Loading...
Close

27 października 2015

Przepraszam za łzy – Nagroda Specjalna Muzeum Powstania Warszawskiego

Renata Botor-Pławecka

Gdy miał dziewięć lat stracił słuch, gdy miał 15 lat został zesłany na Sybir. Przeżył trwającą sześć i pół roku zsyłkę. Jako jeden z pierwszych niesłyszących na Śląsku zdał maturę. Jest społecznikiem i niepokonanym szachistą. O dzieciństwie na Kresach, wojennych przeżyciach, pamiętniku pisanym sadzą oraz życiu bez dźwięków rozmawiamy z 89-letnim Ludwikiem Kamińskim z Pszczyny. Rozmawia: Renata Botor-Pławecka

Ludwik Kamiński, fot. R.Botor-Pławecka

Ludwik Kamiński, fot. R.Botor-Pławecka

– Pamięta pan dzień, kiedy Sowieci przyszli do waszego domu – po pana, siostrę, mamę?
Ludwik Kamiński: – Wszystko dobrze pamiętam. 17 września 1939 r. w nocy w mieście, w którym mieszkałem – w Słonimie, woj. nowogródzkie – gruchnęła wieść, że wkroczyła do Polski Armia Czerwona. 18 września wjechały czołgi. Żydzi, Białorusini zbudowali bramę tryumfalną.

– Polacy wiedzieli, że to nie idą wybawiciele.
– Tak. Polacy dobrze wiedzieli, kim są Rosjanie. Z każdej rodziny kogoś wywieziono na Sybir. Mieliśmy w pamięci wojnę polsko-bolszewicką 1920 r

– To kiedy przyszli po was?
– W 1939 r. zaczęły się aresztowania. 13 marca 1940 r. został zabrany mój ojciec. 14 kwietnia była masowa wywózka na Syberię i wtedy zabrali mnie, mamę i siostrę Reginę. Ze Słonima jechał cały duży pociąg – 48 wagonów, w każdym było 40-60 rodzin.

– Rozumiał pan, co się dzieje?
– Tak. Nie wiedzieliśmy tylko, gdzie nas wywiozą. Przy naszej wywózce obecny był sąsiad, dobrze nas znający. Pozwolili nam zabrać wszystko, co chcemy: ubranie, żywność. Mieliśmy dwie godziny na spakowanie. Bardzo ciężka była ta podróż… Dużo przeszliśmy…

– Dlaczego was zabrali?
– Ojciec był społecznikiem, wybranym przez Tatarów, Żydów i część Białorusinów na członka rady miejskiej. Był kierownikiem komisji rolnej i leśnej urzędu miejskiego, uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej jako młody ochotnik. Poza tym był przedsiębiorcą – wygrywał przetargi na przewozy poczty miejskiej (swoimi końmi rozwoził z listonoszem paczki do mieszkańców miasta i okolicznych wiosek, wybierał listy ze skrzynek pocztowych, woził pocztę na dworzec kolejowy, autobusowy oraz do koszar).
Był dobrze znany w całym mieście. Mama mi opowiadała, że na moim chrzcie był nie tylko ksiądz katolicki, ale i batiuszka prawosławny, imam tatarski i rabin żydowski [śmiech]. Jedna bogata rodzina żydowska przywiozła na te chrzciny z Palestyny cały worek pomarańcz, fig i innych owoców południowych. Przybyło ponad 100 gości…

– Był pan pierwszym potomkiem.
– Tak. Pierwszym po wojnie męskim potomkiem rodziny Kamińskich, znanej w mieście od wielu pokoleń.

– Jak długo jechaliście na Sybir?
– Ze Słonimia najpierw nas przewieźli do Baranowicz. Tam było przeładowanie na wagony rosyjskie, szerokotorowe. Na miejscu, daleko za Czelabińskiem, byliśmy po pięciu tygodniach. Zesłano nas do wsi Olgówka w północno-kazachtańskim obwodzie.

– Opiekował się pan mamą i młodszą siostrą?
– Miałem 15 lat, ale już wtedy nie słyszałem, więc to raczej mama i siostra się mną opiekowały. Wszystko mi tłumaczyły… Proszę sobie wyobrazić: niesłyszący chłopiec, który wcześniej miał dobre, spokojne (choć bardzo pracowite) życie w domu, nagle znalazł się tak daleko. Nie mogę… przepraszam panią… To bardzo bolesne wspomnienia…

– To ja przepraszam. Przerwiemy rozmowę, jeśli pan chce.
– Przekażę pani materiały, które mam. Proszę przejrzeć, jest tam wiele szczegółów…I tak mieliśmy wiele szczęścia, że byliśmy na wolnej zsyłce, a nie w obozie. Do obozu w Komi trafił mój ojciec, było tam o wiele gorzej – ciężko pracował przy wyrębie lasów.

– Udało się spotkać z ojcem?
– Nie. Po amnestii trafił do miejscowości Buzułuk na południowym Uralu, zaciągnął się do armii gen. Andersa. Przez Azję Średnią, Iran, Palestynę, dotarł do Anglii. Zmarł nagle w Anglii w 1942 r. Pochowany jest w Perth.

– Jak wyglądało życie na wolnej zsyłce?
– Pracowaliśmy w polu, przy bykach, krowach i w magazynie. Za tę pracę nic nie otrzymywaliśmy. Kołchozy, sowchozy były to gospodarstwa państwowe. Owoce ich pracy (mleko, zboże, mięso) były od razu zabierane do miasta, a dla ludzi niewiele zostawało. W kołchozie był jeden rachmistrz, który zapisywał, ile godzin się przepracowało.

– To był taki wasz strażnik?
– Nie, raczej brygadzista.

– Rosjanin?
– Ukrainiec. Bo znaleźliśmy się w wiosce zamieszkanej w większości przez Ukraińców. Oni, tak samo jak my, zostali w to miejsce przywiezieni z Ukrainy, ale jeszcze w latach 20. Sami sobie budowali ziemianki. Tylko szkoła była drewniana i zarząd wioski, tzw. budynek sielsowietu i kołchozu. W każdej wiosce było od 50 do 120 Polaków.

– Do szkoły chodziliście?
– Przez rok, by się nauczyć rosyjskiego. To znaczy siostra chodziła, ja nie. Siostra mnie nauczyła rosyjskiego.
Przeżyliśmy, chwytając się różnych sposobów. Podam pani kilka. Gdy pracowaliśmy w polu, to w czasie odpoczynku łuszczyliśmy kłosy zboża i chowaliśmy do kieszeni. Mieliśmy specjalnie głębokie kieszenie, żeby się więcej zmieściło. Po pracy przynosiliśmy to do domu, wrzucaliśmy na ręczne żarna i mieliliśmy. Dodawaliśmy trochę opiłków drzewa, by zwiększyć objętość wypiekanego chleba. Gdy nam kazali wykopywać ziemniaki, to celowo zostawialiśmy w ziemi trochę bulw. Wyciągaliśmy je, kiedy spadł śnieg.

– Ale te ziemniaki zmarzły, zgniły…
– Tak. Ale trzeba było coś jeść. Kłosy zboża, pozostawione na polu, też zbieraliśmy dopiero po zimie, w maju.
Każdy z miejscowych (Ukraińcy) mógł mieć po jednej krowie i dwie, trzy owce. Nam, Polakom, dawali wełnę, z której przędliśmy nici, robiliśmy swetry, szaliki, czapki, rękawice i skarpety. Przez jedną zimę robiłem koszyki z wikliny dla kołchoźników, dostawaliśmy za to kartofle, mąkę i mleko. Nam nie wolno było mieć żadnych zwierząt.

– Ten rachmistrz tak pilnował, by Polacy nic nie mieli?
– Taki był ogólny zakaz. Każdego miesiąca przyjeżdżał do wioski funkcjonariusz NKWD i sprawdzał, co robią Polacy. Mieli informacje.

– Ukraińcy bali się pomóc?
– Każdy myślał, jak przeżyć. Opowiem pani jeden obraz stamtąd, którego nie mogę zapomnieć. W 1943 r. w całym Kazachstanie panował wielki głód. W wiosce, w której mieszkałem, z powodu braku paszy padało bydło. Mama z innymi kobietami poszła do chlewu kołchozowego. Trzymając duże kuchenne noże, otoczyły zdychającą z głodu krowę. Czekały. Nie można było zwierzęcia dobić, bo było kołchozowe, za co groziło aresztowanie. Trzeba było czekać, aż samo zdechnie, co musiał potwierdzić weterynarz. Gdy ten nie wytrzymał tego czekania i wyszedł, kobiety rzuciły się na zwierzę, wykrawały płaty mięsa, zawijały w co miały, przynosiły do domu, żeby dzieci miały co jeść.
Nikomu nie życzę poznania, jak smakuje mięso z padłych zwierząt – twarde, żylaste, pryskające krwią; długie gotowanie czy pieczenie nie pomaga. Ale uratowało to nas od głodu. Przez 12 dni jedliśmy tylko to.

– Już wtedy pisał pan pamiętnik.
– Zacząłem go pisać jeszcze przed wojną, po utracie słuchu…

– Ktoś panu tak poradził?
– Gdy miałem 9 lat, w połowie roku szkolnego zachorowałem na szkarlatynę (panowała epidemia). W wyniku powikłań straciłem słuch. Nie mogłem chodzić do szkoły, czułem pustkę. Trochę uczyłem się z zeszytu siostry, ale przyszło mi też na myśl, że muszę coś zrobić, żeby nie zapomnieć pisania. Pisałem więc pamiętnik (od 1937 r.), co parę dni.

– Na zsyłce… sadzą.
– Z początku miałem ołówek chemiczny. Drewienko otaczające środek usunąłem i z tego robiłem atrament. Gdy to mi się skończyło, zastanawiałem się, co robić. Ktoś powiedział, że można pisać sadzą z komina. Rzeczywiście można było. Brakowało papieru, więc pisałem na „Wybrannych proizwiedieniach” Karola Marksa (takich książek było dużo).

– Ile stron pan zapisał?
– Nie liczyłem. 474 ma jedno z dzieł Marksa, a są dwa tomy. Raz mi to chłopcy ukradli, byłem przerażony. Podniosłem alarm, powiedziałem wszystkim Polakom: zwróćcie mi mój pamiętnik. Odnaleźli i zwrócili, ale na okładce napisali po rosyjsku: „Sprawdzono wojenną cenzurą”. Zrobili to trzej chłopcy.

– Żart taki?
– Tak. Chuligani, którzy byli ciekawi, co ja tak ciągle piszę.

– Dokuczano panu z powodu głuchoty?
– Na Syberii tylko trochę. Najwięcej przykrości doznałem od dzieci w Słonimie, po utracie słuchu. Gdy szedłem do miasta, do sklepu, kościoła, w odwiedziny do babci, za mną biegła gromada chłopców krzyczących „durny, głuchaj”. Musiałem przed nimi uciekać. Pamiętam, że kiedyś schroniłem się u znajomej siostry zakonnej w klasztorze. Brakowało tolerancji. Ciężko było mi się bawić z innymi dziećmi. To tak samo zbyt bolesne wspomnienia…

– Czy kiedyś później spotkał się pan z brakiem tolerancji?
– Nigdy, dorośli rozumieją, że głuchy to też człowiek.

– Kiedy się pan nauczył języka migowego?
– To jest ciekawostka. Miałem wujka, był mężem jednej z sióstr ojca, pochodził z województwa tarnopolskiego. Uczył się w kolegium zakonnym. Była tam grupa głuchych, których zakonnicy uczyli ręczno-twarzowego alfabetu, używanego w całej Polsce Wschodniej. On też to sobie przyswoił, a gdy na urlop przyjeżdżał do Słonimia, nauczył mnie. Do dziś tym alfabetem porozumiewam się ze swoją siostrą. Jesteśmy ostatnimi ludźmi w Polsce, którzy taką mowę znają. Obecny język migowy jest zupełnie inny – używa się tylko rąk, jest alfabet palcowy. W tamtym alfabecie jednocześnie twarz i ręce brały udział w przekazywaniu słów.

– Zna pan jeszcze jakiegoś Sybiraka, który przeżył zsyłkę, będąc osobą głuchą?
– W wiosce, w której żyłem, była starsza kobieta niesłysząca (w czasie mojego pobytu na zsyłce zmarła). Był też jeden mężczyzna niesłyszący, bardzo dobry fachowiec – robił narzędzia rolnicze i uprząż dla krów i byków. Migał bardzo prymitywnie. Przyjaźniliśmy się. Nazywał się Chilko.

– Na zsyłce byliście sześć i pół roku. Co potem?
– Po repatriacji w 1946 r. znaleźliśmy się w obecnym województwie koszalińskim. Tam przez dwa miesiące pracowaliśmy w państwowym gospodarstwie rolnym. Potem odnaleźli nas krewni, którzy byli wywiezieni ze Słonimia do Niemiec na roboty. Mieszkali w Chorzowie, zaprosili nas do siebie. Zostaliśmy na Śląsku. Dostałem pracę w chorzowskim Konstalu, byłem początkowo pomocnikiem kowala i ślusarzem, potem dzięki pomocy Zarządu Głównego Polskiego Związku Głuchoniemych skierowano mnie do Poznania na kurs kreślarza technicznego. Później pracowałem w biurze technicznym przy konstrukcji tramwajów, a po ślubie przeniosłem się do Pszczyny, byłem brygadzistą w Elwo oraz mistrzem w Spółdzielni Inwalidów „Odnowa”.

– Czyli do Pszczyny trafił pan dzięki żonie?
– Tak. Na pielgrzymce niesłyszących w Piekarach Śląskich poznałem pannę Gertrudę Polczyk, mistrzynię krawiecką z Pszczyny, też niesłyszącą. Zakochaliśmy się w sobie. Ślub mieliśmy w 1950 r. Potem tu, w Pszczynie, założyłem Polski Związek Głuchych i klub sportowy niesłyszących oraz klub szachowy.

– I jest pan pierwszym niesłyszącym maturzystą na Śląsku.
– Gdy pracowałem w Elwo, zwróciłem się z prośbą o skierowanie mnie do nauki w technikum mechaniczno-elektrycznym w Bielsku-Białej. Miałem z moim także niesłyszącym kolegą Tadeuszem Raczkiem bardzo poważne trudności, nie chcieli nas przyjąć, bo nie wiedzieli, jak uczyć głuchych. Musieliśmy pisać wniosek do ministerstwa oświaty w Warszawie o pozwolenie na naukę. Dopiero wtedy nas przyjęli. Do matury dotrwałem ja i mój głuchy kolega, a poza tym tylko jeszcze trzy osoby, reszta powtarzała klasę.

– Czyli klasę powtarzali ci wszyscy słyszący?
– Tak [śmiech]. Dlatego ja i mój kolega Raczek jesteśmy pierwszymi niesłyszącymi na Śląsku, którzy zdobyli średnie wykształcenie. A pani Ania Hylak [tłumaczka języka migowego, z pomocą której wywiad mógł się odbyć] jest pierwszą niesłyszącą w Pszczynie, która ukończyła wyższe studia.

– Pan nie chciałby mieć takiego aparatu słuchowego jak pani Ania?
– To nic mi nie pomoże. Całe ucho wewnętrzne mam wycięte. Powikłania po szkarlatynie były tak poważne, że słuch był nie do uratowania. Przebyłem wiele operacji, ale nic nie dało się zrobić.

– I tak pokonał pan słyszących na wielu polach: działalność społeczna, szachy.
– Chciałbym pani przeczytać dwa zdania z napisanego przez siebie życiorysu: „Ścieżki mojego życia poprowadziły mnie od biednej Nowogródczyzny, poprzez zacofaną Syberię, na zamożny, gospodarny Śląsk, który jest mi drugą umiłowaną ojczyzną. Na śląskiej ziemi spoczną moje kości. Moje dzieci proszę, aby na pomniczku widniał napis: Syn Ziemi Nowogródzkiej – Sybirak, aby potem pamiętali o Kresowcach i Sybirakach”.
A ostatnie zdanie niech pani sama przeczyta.
– „Jestem i czuję się szczęśliwym. Od »głuchaja, durnogo«, jakim mnie przezywano w dzieciństwie, osiągnąłem bardzo wiele. Spełniło się wiele moich marzeń, a jeszcze mam tyle przed sobą. Pozostaje tylko żal, że nie słyszę tego pięknego bożego świata, śpiewu ptasząt i szumu drzew. Ubolewam, że nie słyszę głosu swoich dzieci i wnuków oraz zapewne cudownych głosików swoich prawnuczek. Niemniej z ust cokolwiek rozumiem i dziękuję Bogu za przeżyte do tej pory dni, za piękne chwile”.

Jest dźwięk z dzieciństwa, który pan zapamiętał?
– [długie milczenie] Nie. Ludziom słyszącym bardzo trudno sobie wyobrazić, co to jest brak słuchu. A to naprawdę jest bardzo ciężkie… Sam od czasu do czasu boleśnie to odczuwam. Nie słyszę pięknego świata, dźwięku naszej polskiej mowy, nie pamiętam głosu swojej matki. Nie słyszę głosu swoich dzieci, wnuków i prawnuków… Przepraszam za swoje łzy…

Autorka wywiadu dziękuje pani Annie Hylak, tłumaczce języka migowego, za pomoc w przeprowadzeniu rozmowy.

Ludwik Kamiński: ur. 1925 r. w Słonimie, który po II wojnie światowej został włączony do Białorusi. W 1940 r. został wywieziony do Kazachstanu, spędził tam 6,5 roku. W 1947 r. współorganizował  koło Polskiego Związku Głuchych w Chorzowie. Organizował kilka innych kół na Śląsku: w Rudzie Śląskiej, Lipinach Śląskich, Katowicach, Rybniku, Pszczynie, Mikołowie. Był prezesem Klubu Sportowego Głuchych w Pszczynie. Przez kilka lat prowadził Apostolstwo Niesłyszących w całej Polsce. Od lat 50. lider sekcji szachowej PZG w Pszczynie (w 1958 r. z Pawłem Brachaczkiem zdobył srebro na II Drużynowych Szachowych Mistrzostwach Świata Głuchych w Londynie). Uhonorowany licznymi odznaczeniami, m.in. Złotym i Srebrnym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, złotym serduszkiem „Deus Caritas Est”, Krzyżem Sybiraka.
Artykuł ukazał się w „Echu” nr 37 z 17.09.2014 r.