Loading...
Close

8 maja 2020

Tekst nominowany w konkursie SGL Local Press 2019 w kategorii reportaż prasowy

s3_gazeta_powiatowa_-_wiadomosci_olawskie_1577951578_7

„Chłopiec, który przeżył” Kamil Tysa, Gazeta Powiatowa – Wiadomości Oławskie

 Tego dnia Marcie nie chce się nic. Odpuszcza domowe obowiązki i idzie się zdrzemnąć. Z płytkiego snu wybudza ją sygnał domofonu.

– Policja, proszę nas wpuścić do klatki.

Naciska guzik, słyszy charakterystyczny dźwięk i wraca do łóżka. Chwilę później wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w niebieskim mundurze uderza pięścią w jej drzwi. Zrywa się ponownie, otwiera, a on pyta o syna. Nagle świat staje w miejscu. To już czas, trzeba jechać

Siedemnaście lat wcześniej

Strach

Wrocław, 2 sierpnia 2002 roku, szpitalny oddział ginekologiczno-położniczy.

– Syn – mówi doktor, a wymęczona i jednocześnie szczęśliwa kobieta uśmiecha się do niego. Właśnie po raz pierwszy została mamą. Dziesięć punktów w skali Apgar. Czyli maks – zdrowy. Na imię będzie mu Szymon.

Jeszcze wtedy nikt nie wie, że chłopiec umiera, ale położne szybko dostrzegają, że noworodkowi sinieją palce. Z czasem puchnie cały i staje się dzieckiem nienaturalnych, ogromnych rozmiarów. Lekarze reagują, choć nie potrafią powiedzieć, co się dzieje. Powiększona wątroba – to pewne. Ale dlaczego? Dostaje lek, który sprawia, że organizm wciąż czuje się jak w łonie matki. Zmienia się przeraźliwie szybko, jakby zaraz miał pęknąć. Kobieta cierpi.

Jest diagnoza: to serce, Szymon nie ma lewej komory. HLSH, czyli niezwykle poważna wada, którą można dostrzec dopiero w drugiej dobie życia. Najczęściej to już za późno, więc noworodki umierają. Rokowania są koszmarne.

– Bardzo nam przykro, ale powinna się pani pożegnać z synem.

– Nie, on musi żyć!

Nadzieja

Choć jest początek XXI wieku, a od pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce minęło siedemnaście lat, lekarzy dziwi, że dziecko z taką wadą mogło się w ogóle urodzić. Medycyna zna HLSH, ale dotychczas widywała pacjentów, którzy mieli lewy przedsionek i ubytki w jednej komorze. A Szymon nie ma nic. Ani przedsionka, ani lewej komory.

Marta Konieczna, prawniczka, nie potrafi się poddać. Dlaczego ona? Dlaczego jej syn? Czym sobie na to zasłużyli? Tysiące myśli w głowie i przekonanie o niesprawiedliwości. Rozwiązań brak. Z każdą sekundą, minutą, godziną, chłopiec przemierza kolejne metry w drodze na tamten świat. Chciałaby go złapać za rękę, przytulić i obiecać, że wszystko będzie dobrze. Nie może. Nie będą się bawić, śmiać i uczyć jazdy na rowerze. Nawet jej nie zapamięta, nigdy nie powie „mamo”. Nie zdąży zamarzyć, nie pokocha.

Ciągle myśli o słowach lekarzy. Jej strach miesza się z lękiem. Pomóc może tylko cud. Nie potrafi bezczynnie czekać. Szuka kogoś, kto da jej nadzieję. Trafia na profesora Edwarda Malca, kardiochirurga.

– Walczmy, pani Marto.

Spokój

Gdy wszyscy inni załamują ręce, on chce spróbować, operuje. Zabieg jest niezwykle trudny, wieloetapowy. Ciało Szymona trzeba wychłodzić, jego stan przypomina hipotermię. Za każdym razem – a powtórzeń jest kilka – mama żegna się z synem. Ryzyko, że umrze na stole, jest ogromne.

Nawet dla tak doświadczonego specjalisty jak profesor Malec ta operacja jest czymś nowym. Pierwsza, druga, trzecia – wszystkie kończą się sukcesem. Po wielu miesiącach walki, stan chłopca wydaje się stabilny. Z intensywnej terapii trafia na salę ogólną. Mama nie odstępuje go na krok. Nic innego nie ma teraz znaczenia. Gdy nie siedzi przy łóżku, bierze książki i się uczy. O chorobach serca chce wiedzieć wszystko. Nie może dać się zaskoczyć, musi poznać możliwości. Wie, że są dopiero na początku drogi.

Spokój trwa tylko chwilę. Nagle Szymon przestaje oddychać. W sali są sami, więc woła o pomoc i zaczyna go reanimować. Umiera jej na rękach. Przybiegają lekarze, Marta siada na podłogę i płacze. Ktoś rzuca, że „jej spazmy nikomu nie pomogą”. Odpowiada łamiącym głosem:

– Ma pan śliczną córeczkę, która biega po dworze w różowej sukience, więc nie może pan wiedzieć, co czuje matka umierającego dziecka.

Chłopiec łapie oddech. Żyje, bo zareagowała.

Czternaście lat później

Szczęście

Rok 2016, Szymon Konieczny to nastolatek, który marzy, by zostać prezenterem pogody. Jest zapalonym kibicem Śląska Wrocław, kocha przyrodę i świetnie się uczy. Swoją pracowitością i systematycznością zadziwia nauczycieli. Spokojne oczy i nieschodzący z twarzy uśmiech to jego znaki rozpoznawcze.

Z Iwoną Płaczek przerabia historię w ramach indywidualnego nauczania. Na pierwszej lekcji kobieta nie wie, jak poważnie jest chory. Zaskakuje ją już wtedy. Z biegiem czasu będzie to robił regularnie.

– Gdy dostał świadectwo z czerwonym paskiem, przestraszył się, że w przyszłym roku z powodów zdrowotnych może nie powtórzyć tego wyniku. Powiedziałam mu, że przerobiliśmy już dużo materiału do przodu, więc nie musi się martwić. Był prawdziwie szczęśliwy, to go naprawdę uspokoiło. Innym razem zapytał, czy mógłby pomóc komuś potrzebującemu. Chciałabym, żeby wszyscy moi uczniowie byli tak prostolinijni, odpowiedzialni i dobrzy jak on. By potrafili darzyć świat taką miłością.

Szymon z mamą od kilku lat mieszkają w Jelczu-Laskowicach. Znalezienie szkoły we Wrocławiu graniczyło z cudem.

– A kto weźmie odpowiedzialność za chore dziecko? Mamy nie robić nic innego, tylko go pilnować, by nic się nie stało? Jeszcze nam zaniży poziom, może lepiej niech idzie do szkoły specjalnej?

Marta słyszy to regularnie, mimo że jej syn jest w pełni sprawny intelektualnie. Mówi dość. W dwudziestotysięcznym miasteczku, oddalonym od stolicy Dolnego Śląska o 25 kilometrów, takich pytań nie zadaje nikt.

Przyjaźń

Chłopiec czerpie z życia, ile może. A może niewiele. Szybko się męczy, ma obniżoną odporność, jego serce słabnie. Sam fakt, że przeżył czternaście lat, jest zaskoczeniem. Nikt nie wie, ile mu zostało. Może dzień, może miesiąc, może rok lub dwa. Marta nigdy nie godzi się, by żył pod kloszem. Gdy poczuje się lepiej, jeżdżą na wycieczki. Czasem próbują nawet sportu. Tylko jednego dać mu nie może.

Choć bardzo by chciał, Szymon nie jest jak jego rówieśnicy. Gdy oni biegają po szkolnych korytarzach, grają w piłkę, jeżdżą na rowerze i przeżywają pierwsze zauroczenia, on uczy się w domu i musi uważać na każdy krok. Jest dla nich niewidzialny, czuje się samotny. Nikt go nie odwiedza, ale to bardzo dojrzały czternastolatek. Wiele godzin rozmów z mamą pozwala mu rozumieć sytuację.

Wszystko zmienia się pewnego dnia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Informacja o nastolatku z poważną wadą serca krąży już w środowisku lokalnym. Centrum Wolontariatu „Zielony Parasol” wystawia stoisko na corocznym pikniku w jednej ze szkół. Można podejść i przygotować kartkę ze słowami wsparcia dla Szymona. Powstaje ich mnóstwo, teraz wolontariusze muszą je dostarczyć do adresata. Wśród nich są Magda i Tomek, studenci, którzy poświęcają swój wolny czas, by pomagać innym.

Szymon patrzy na kartki i nie może uwierzyć, że tyle osób przejęło się jego historią. Kręci głową z niedowierzaniem. Wzrusza się Magda, która kilka minut wcześniej z lekką obawą ścisnęła jego delikatną, siną rękę.

– Najpiękniejszy był ten szczery uśmiech. Już dawno nie widziałam, żeby ktoś się tak autentycznie cieszył. Nie zrobiliśmy przecież niczego wielkiego, ale do mnie właśnie dotarło, jak samotny musi być ten chłopiec. To niesprawiedliwe, że dźwiga tak wielki ciężar i nie może liczyć na wsparcie rówieśników.

Tomek myśli podobnie. Nie chcą tak tego zostawić. Dołącza do nich Agnieszka. Już w trójkę zaczynają odwiedzać Szymona regularnie. Nie mogą uwierzyć, jak wielką ma w sobie radość, jak bardzo pragnie żyć. Nie ma do nikogo pretensji, nigdy nie jest smutny. Wciąż powtarza, że da radę, opowiada o marzeniach, planuje przyszłość. Zaraża pozytywną energią, uczy doceniać każdą chwilę.

To szybko przestaje być wolontariat. Szymon ma prawdziwych przyjaciół. Może grać z nimi w planszówki i rozmawiać godzinami. Czuje, że ta relacja jest prawdziwa. Gdy podczas jednej z kolejnych wizyt w szpitalu, lekarz zapyta go o rodzeństwo, odpowie, że ma – trójkę. Wtedy zdziwiony doktor spojrzy na jego mamę, która wcześniej mówiła mu, że syn jest jedynakiem.

– No przecież mam Agnieszkę, Magdę i Tomka!

Marta uśmiecha się, a potem płacze.

– To są wspaniali ludzie! Oni wprowadzili ogromną radość do życia mojego syna. Dzięki nim przestał być sam. Przyjaciel to jest bardzo poważne słowo. Ale dla opisania tej trójki to za mało. Stali się dla mnie tak ważni, że jeśli komukolwiek z nich stanie się krzywda i będą potrzebować jakiejkolwiek pomocy, to zrobię dla nich wszystko. Już zawsze będą mi bliscy, bez względu na to jak potoczą się ich losy. To przecież jeszcze młodzi ludzie. Być może gdzieś kiedyś wyjadą, ułożą sobie życie w różnych miejscach. Dla mnie są rodziną i będą rodziną. Traktuję ich jak najbliższych domowników. Czasem nie mogę uwierzyć, jak mądrzy są, jak bardzo świadomi życia. Nie da się opisać, jak wysoki poziom człowieczeństwa reprezentują.

– Drugiej takiej trójki nie ma – wtrąca Szymon. Mama ociera łzy.

Dobroć

Jest zima, zbliża się Boże Narodzenie. Wolontariusze organizują akcję „Paczka pełna radości”. Ruszają ulicami miasta, by wręczyć prezenty świąteczne dzieciom z najbiedniejszych rodzin. Szymon kilka dni temu wyszedł ze szpitala. Nie czuje się najlepiej, ale idzie razem z nimi. Jego ciężki, nierówny oddech pokazuje, ile wysiłku go to kosztuje. Walczy, bo bardzo chce pomóc.

Trzeba wejść na pierwsze piętro. Próbuje. Kilka schodków to za dużo. Musi zawrócić. Kilkuletnia dziewczynka wychodzi do niego, trzymając tatę za rękę. Szymon daje jej prezent, a ona mocno go przytula. Zwykle nie płacze, ale tym razem widać jego wzruszenie.

Cierpienie

To nie są łatwe święta. Stan chłopca długo był stabilny, ale w ostatnich miesiącach znacznie się pogarsza. Mógłby być kwalifikowany do przeszczepu, tyle że w jego przypadku szanse przeżycia takiej operacji są znikome.

– Obiecaj mi mamo, że nie umrę pod rurami w szpitalu. Nie chcę cierpieć jeszcze bardziej niż teraz.

Marta nie wie co robić. Od czternastu lat na własną rękę studiuje kardiologię. Doskonale zdaje sobie sprawę, że transplantacja serca u dziecka jednokomorowego prawie na pewno oznaczałaby także przeszczep płuc i wątroby. Po trzech latach Szymon potrzebowałby kolejnego serca, a po sześciu – jeszcze jednego. Byłby też szczególnie narażony na nowotwór.

Alternatywy? Nie ma żadnej. To nastolatek z sercem staruszka. Lekarze dają mu maksymalnie rok.

– Muszę zrobić wszystko, by mieć pewność, że w momencie, w którym przyjdzie mi się z nim pożegnać, on nie będzie czuł bólu.

Wypowiadając te słowa, wcale nie wierzy w pożegnanie. Żegnali się przecież wiele razy, a on zawsze wracał. Był silniejszy od statystyk, sprawiał, że lekarze ze zdziwieniem drapali się po głowie. Tego, co robił, nie było w żadnych książkach. Może i tym razem udowodni, że niemożliwe nie istnieje?

Podejmują wspólną decyzję. Chcą przeszczepu. Znów będą walczyć.

Siła

Szpital, lekarz rozmawia z Szymonem.

– Wiesz, że możesz umrzeć?

– Tak, ale ja dam radę.

– To bardzo trudna operacja. Nawet jeśli jakimś cudem się uda…

– Wytrzymam każdy ból, wytrzymam wszystko, byleby żyć.

Klamka zapadła, trzeba czekać.

Trzy lata później

Troska

Jest rok 2019, telefon milczy. Prawie dorosły już chłopiec ma za sobą wszystkie procedury, które musi przejść pacjent przed przeszczepem serca. Torba z rzeczami stoi spakowana w jego pokoju. Trzeba być gotowym, bo dawca może się pojawić w każdej chwili.

Trwają wakacje, Szymon jest słaby jak nigdy. Eksperymentalne leczenie dało mu trochę czasu. W ostatnich miesiącach żyje jednak jak na tykającej bombie. Już nigdzie nie wychodzi, nie jest w stanie sam zawiązać buta, kłopot sprawiają mu najprostsze czynności. Marta boi się pójść na pocztę, oddaloną o dwieście metrów od jej mieszkania. Jeśli już musi, przykłada telefon do ucha, a syn cały czas do niej mówi.

W ciągu kilku tygodni wiele razy go reanimuje. Nie zliczy, jak często jego serce zatrzymuje się na kilka sekund. Już nie tylko wie, ale też widzi, że może go stracić w każdej chwili.

Nowa nadzieja

Ostatni dzień sierpnia. Szymon publikuje na swoim profilu na Facebooku dwa zdjęcia. Na pierwszym jest kardiochirurg dr Zbigniew Religa, odpoczywający po udanym przeszczepie serca w 1985 roku. Na drugim jego pacjent – wciąż żyjący trzydzieści lat później.

– Też o tym marzę. Mam dużo do zrobienia, więc te trzydzieści latek więcej by mi się przydało. Historia tego pana rodzi nową nadzieję.

Szok

Wrzesień. Piątek trzynastego. Tego dnia Marcie nie chce się nic. Odpuszcza domowe obowiązki i idzie się zdrzemnąć. Z płytkiego snu wybudza ją sygnał domofonu.

– Policja, proszę nas wpuścić do klatki.

Naciska guzik, słyszy charakterystyczny dźwięk i wraca do łóżka. Chwilę później wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w niebieskim mundurze uderza pięścią w jej drzwi. Zrywa się ponownie, otwiera, a on pyta o syna.

– To musi być jakaś pomyłka, zbieżność nazwisk. Faktycznie mieszka tu Szymon Konieczny, ale to jest chory chłopiec, który nie wychodzi z domu, więc na pewno niczego nie przeskrobał.

– Ale wy przecież czekacie na serce!

Nagle świat staje w miejscu. Marta już wie, że nie usłyszała telefonu, który wcześniej podłączyła do ładowania. Lekarze ze Śląskiego Centrum Chorób Serca nie mogli się dodzwonić, więc poprosili o pomoc policję. Nie musieli tego robić, ale wtedy serce trafiłoby do kogoś innego.

Budzi się syn. Gdy słyszy rozmowę mamy z policjantem, mdleje. Musi go ocucić. Odzyskuje przytomność i mają cztery godziny, by dojechać do Zabrza. Choć czekali na ten moment wiele lat, nie potrafią się pozbierać. Pomaga funkcjonariusz.

To już czas, trzeba jechać.

Rozpacz

Docierają na miejsce. Po kilku godzinach przygotowań, Szymon wjeżdża na blok. Być może widzą się właśnie po raz ostatni. Oboje płaczą. Szymon łapię mamę za rękę, a potem ją przytula.

– Nie płacz, ja wrócę. Po drugiej stronie bez ciebie nie wytrzymam. Ty po prostu na mnie czekaj, a ja wrócę.

6.00, przeszczep się rozpoczyna. Wraz z nim najtrudniejsze godziny w życiu Marty. Nie ma już odwrotu. Postawiła wszystko na jedną kartę i nic nie może zrobić. Znów musi czekać. Ale to nie jest takie oczekiwanie, jak to na telefon ze szpitala. Wtedy miała syna przy sobie, mogła z nim spędzać czas, rozmawiać i o niego dbać. Teraz jest sam, otoczony zespołem lekarzy. Siedemnaście lat wcześniej zaprotestowała, gdy pierwszy raz kazali się jej pożegnać z synem. Powiedziała, że on musi żyć i wraz z nim o to życie walczyła. Przeszczep sobie wyszarpali, bo długo nikt nie chciał się operacji podjąć. Ta wada była gorsza niż wszystkie inne, szansa na sukces bliska zeru. Zaryzykował dr Szymon Pawlak.

Przerażenie

Godziny mijają, lekarze nie mówią nic. Magda, przyjaciółka chłopca, która kilka dni wcześniej wyjechała na długo wyczekiwane wakacje, spaceruje właśnie po jednym z włoskich miasteczek. Dzwoni do niej Agnieszka i mówi o operacji Szymona.

Początkową radość szybko zastępuje przerażenie. A co jeśli się nie uda? A co jeśli już go nie zobaczą? Myślami są z nim. Pozostaje wiara. Wierzą, że da radę. Bo jak nie on, to kto?

Radość

W tym samym czasie Marta próbuje się czegokolwiek dowiedzieć. Bezskutecznie. Dzwoni nawet do lekarzy z Wrocławia, którzy świetnie znają Szymona. Próbują też oni, ale kardiochirurdzy z Zabrza mówią im tylko, że zabieg wciąż trwa.

O 21.00 z bloku operacyjnego wychodzi jedna z pielęgniarek, cała zapłakana. Przytula Martę.

– Ucieszy się pani, gdy zobaczy, jak Szymon wygląda.

Nie mówi nic więcej, milczą też lekarze. Pierwsze godziny po przeszczepie są najważniejsze. Zabieg się zakończył, ale nie wiadomo, jak pacjent zareaguje. Jest teraz na intensywnej terapii, mama obserwuje go przez szybę. Nie odrywa od niego wzroku. Po kilku godzinach Szymon budzi się na chwilę. Podnosi kciuk do góry i znów zasypia.

Niedowierzanie

Rankiem jest już przytomny. Do Marty jeszcze nie dociera, że operacja się udała. A Szymon w swoim stylu znów zadziwia wszystkich.

– Dajcie mi coś do zjedzenia, bo na tych kroplówkach długo nie pociągnę.

To pierwsze słowa, które wypowiada po operacji. Lekarz nie wierzy w to, co słyszy. Patrzy na chłopca, a potem na jego mamę.

– Widziałem ludzi o różnym szczęściu, ale wy naprawdę macie niesamowitego farta. Co medycyna to medycyna, ale nad wami czuwa jakaś magia.

Jedzenia nie dostaje. Na tym etapie wykluczone jest nawet picie wody. Dzień później prosi raz jeszcze, tym razem skutecznie. Na śniadanie zjada kanapkę z masłem, a potem chce drugą. Na obiad rosół z kluskami. Lekarz znów przeciera oczy.

– To pierwszy raz, gdy komuś podaję rosół na intensywnej terapii.

Dojrzałość

Szymon rozmawia z pielęgniarką.

– Co będziesz teraz robił, skoro już masz nowe serce? Pewnie będziesz jeździł na rowerze?

– To też, ale przede wszystkim będę pamiętał o dawcy i jego rodzinie. Dzięki nim dostałem życie.

Kobieta wychodzi ze łzami w oczach, wzruszona słowami siedemnastolatka. Nigdy wcześniej żaden pacjent nie powiedział jej czegoś takiego.

Zaskakująca jest nie tylko jego dojrzałość, ale też forma. Dwa dni po operacji chce usiąść – „szkoda mu czasu na leżenie”. Lekarze nie zszyli mu mostka, bo przeważnie pacjenta po przeszczepie trzeba otwierać drugi raz. Nie w tym przypadku. Rehabilitanci pomagają mu usiąść, a potem stanąć. Kilka dni później samodzielnie wchodzi na trzecie piętro.

– Mówiłem ci mamo, że wrócę. Wiedziałem, że dam radę.

Miesiąc po operacji wychodzi ze szpitala.

Marzenia

Jest końcówka listopada. Kolejne biopsje pokazują „zero”. Przeszczep przyjął się perfekcyjnie. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć, bo praktycznie zawsze jest choć kilkuprocentowy odrzut. Jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie zmienić książki medyczne. Nic tutaj się nie zgadza. Nie widać problemów z wątrobą, a zbierająca się na początku woda w płucach, już została opanowana.

I on, i jego mama muszą teraz uważać. Przez rok nie powinien wychodzić z domu. Musi unikać tłumów, bo leki przeciwodrzutowe całkowicie niszczą jego odporność. Nie przejmuje się. Przetrwał już gorsze rzeczy.

Rozmawiamy w przytulnym salonie. W tym samym, w którym trzy lata temu mama Szymona powiedziała mi, że nie wie, czy zdecydują się na przeszczep. Oboje uśmiechają się jeszcze szerzej niż zwykle.

– O czym teraz marzysz?

– Najbardziej chciałbym pójść na taki długi spacer. Zawsze marzyłem też o tym, żeby przejechać się na rowerze.

Wciąż chce też zostać prezenterem pogody. Telewizja Polska obiecała mu staż. Najpierw jednak zda maturę i pójdzie na studia. Prawdopodobnie językowe.

 

Konkurs SGL Local Press 2019 wsparli:

belka z logo2019 1