Loading...
Close

20 marca 2017

Moi bohaterowie są stąd

Oplatek

Rozmowa z  Łukaszem Opłatkiem dziennikarzem tygodnika „Aktualności Lokalnych” i laureatem konkursu Local Press w kategorii reportaż

Portal Stowarzyszenia Gazet Lokalnych: – W swoim nagrodzonym w konkursie Local Press reportażu „Żyj, byle niedługo” napisał pan, że przyjmujemy modę z Zachodu  na spłacanie długów emocjonalnych pieniędzmi. Czy podobnie jak obywatele bogatego Zachodu coraz chętnie zrzucamy obowiązek opieki nad niepełnosprawnymi bliskimi na instytucje?

Łukasz Opłatek: – Tak wynika z moich rozmów. Łatwiej niż kiedyś decydujemy się zapłacić za opiekę nad bliskimi niż  podejmujemy się jej samodzielnie. Coraz łatwiej wymazujemy gumką myszką linię genealogiczną między nami a członkami naszych rodzin.

Co się zmieniło?

Zmienił się model rodziny. Już nie mieszkamy pod jednym dachem z rodzicami i dziadkami. Kiedyś opieka nad starszymi członkami rodziny była oczywista. To był element wychowania. Teraz już tak nie jest, bo mieszkamy oddzielnie. I gonimy za karierą i pieniędzmi.

Swój reportaż napisał pan z punktu widzenia instytucjonalnych opiekunów osób porzuconych przez rodziny. Nieobecny jest w nim głos chorych i ich rodzin. Te rodziny mogą mieć jednak zrozumiałe powody, dla których nie zajmują się swoimi schorowanymi bliskimi. Często ludzie pracują, ale nie są w stanie zapewnić swoim chorym opieki, gdy są w pracy, bo za mało zarabiają. Albo sami chorują. To jest dramat. Dlaczego zrezygnował pan z ich głosu?

Dla mnie poruszające jest to, że coraz więcej dobrze sytuowanych osób umieszcza swoich bliskich w różnych instytucjach opiekuńczych. Tak jak opisani w reportażu rodzice niepełnosprawnych dzieci, którzy pozbyli się ich, bo nie pasowały do ich idealnego świata. Jeśli ktoś z powodów finansowych nie może zapewnić opieki chorej matce czy ojcu to jest usprawiedliwiony. Dla mnie szokujący był zanik związku uczuciowego między rodzicami a dziećmi,  w sytuacjach gdy jedni lub drudzy mogli sobie z tą opieką poradzić.

Pisze pan głównie reportaże?

Reportaże to ułamek mojej pracy, bo pracuję w tygodniku lokalnymi i mam też inne obowiązki. Reportaż jest czasochłonnym gatunkiem dziennikarskim i wymaga zaangażowania, takich tekstów nie piszę więc tak często jakbym chciał.

Uważa Pan jednak, że warto je pisać?

To najbardziej pasjonujący gatunek dziennikarski. Odkrywa emocje i wymaga bliskiego kontaktu z bohaterami. Trzeba umieć ich skłonić, by chcieli  szczerze o sobie opowiedzieć, przekonać, że  dziennikarz nie chce ich skrzywdzić. Reportaż jak chyba żaden inny gatunek pozwala wejść w skórę bohatera i pokazać świat z jego punktu widzenia. Nie oceniać go jednak, bo to nie jest zadaniem reportażu, ale zrozumieć.

Ma pan sposoby na to, żeby bohater tekstu się przed panem otworzył?

Staram się go wysłuchać, dać mu czas, żeby opowiedział mi swoją historię. Moje ego nie jest najważniejsze. Ważne jest też, by uwierzył, że nie wykorzystam jego słów dla sensacji.

W którymś momencie musi jednak paść trudne dla bohatera pytanie. Takie, które wcale nie musi mu się spodobać.

I ono pada, ale w reportażu nie muszę zadawać go na początku. Wyczuwam moment, w którym takie pytanie mogę  zadać. To chwila, kiedy więź między mną a  moim bohaterem jest już dostatecznie mocna. Staram się też postawić w sytuacji mojego rozmówcy i formułować pytanie jak najdelikatniej.

W „Aktualnościach Lokalnych” jest miejsce na reportaż? Takie teksty wiele wymagają od czytelników. To nie są newsy na pierwszą stronę, które wszystkich zainteresują. Są też kosztowne dla wydawcy, bo reporter pochłonięty pracą nad reportażem  nie napisze innych tekstów. Gazety powszechnie rezygnują z tego gatunku.

Po kilku latach pracy w „Aktualnościach Lokalnych” mam wrażenie, że nasi czytelnicy oswajają się z reportażem i coraz lepiej go przyjmują. Może także dlatego, że moi bohaterowie  to ludzie stąd, a czytelnicy lubią czytać o osobach, które znają. Inna rzecz, że moi szefowie ufają mi, więc moje reportaże często trafiały na jedynkę.

Podczas gali Local Press pojawił się pan na scenie spóźniony, gdy przewodniczący jury konkursu Mariusz Szczygieł zaczął pytać czy ktoś z pana redakcji mógłby odebrać za pana nagrodę. Nie spodziewał się pan nagrody?

To była moja piąta próba w konkursie SGL Local Press. Bywałem nominowany, ale głównej nagrody nigdy  nie zdobyłem. Nie sądziłem więc, że za piątym razem może mi się udać. Spóźniłem się jednak tylko dlatego, że na autostradzie skręciłem w niewłaściwy zjazd. Gdy dotarłem na miejsce usłyszałem swoje nazwisko i  zdyszany wbiegłem na scenę.

Na zdjęciu: Łukasz Opłatek i przewodniczący jury, Mariusz Szczygieł. Foto. Kamil Tysa

Wkrótce na www.gazetylokalne.pl będzie można przeczytać wyróżnione w konkursie teksty

W tym roku sponsorują i patronują nam:

sponsorzy_belka