Loading...
Close

6 maja 2016

Bywa, że serce przez dwa dni wali jak młot

Godyn.Michal

Gdy go zobaczyłem, zamarłem. Adaś wyglądał, jakby już nie żył. Sprawdzałem tętno – zero. Oczy zamglone. Wziąłem dziecko na ręce. Ile sił w nogach biegłem do drogi, gdzie czekała karetka – Michał Godyń z krzeszowickiego komisariatu policji wspomina uratowanie wyziębionego dwulatka w Racławicach.

Ewa Solak: Każdy policjant to twardziel?

Michał Godyń: W tej pracy liczy się empatia i mocna psychika. Często spotykamy się z ludzkimi tragediami. Są sytuacje, gdy człowiekowi odbiera mowę, zapiera dech w piersi, ale nie może po sobie pokazać żadnych emocji.

A w domu?
– Dom jest azylem. Rodzina daje poczucie bezpieczeństwa, siły. Trzeba umieć oddzielić to, co dzieje się w pracy, od życia prywatnego. Mieć dystans. Inaczej pojawia się problem.

Policjanci często korzystają z pomocy psychiatrów?
– Mają taką możliwość, jeśli zaczynają obawiać się o swoje emocje i zdrowie. Dla mnie wsparciem jest rodzina.

Pracuje pan w zawodzie podwyższonego ryzyka, nie zawsze lubianym.
– Nigdy nie zdajemy sobie sprawy, co nas czeka, choćbyśmy nie wiem jak byli pokojowo nastawieni. Doświadczyłem paru sytuacji, gdy jeszcze na drugi dzień po zdarzeniu serce waliło mi jak młot. Dziś ludzie mają chyba większe zaufanie do policjantów niż kiedyś. To normalne, że nie wszyscy nas lubią. Zwykle są to ci, co łamią prawo.

Chyba że zdarzają się sytuacje takie, jak z wyziębionym Adasiem. Uratował pan dwulatka od śmierci. Wszyscy byli panu wdzięczni.
– Niedługo rocznica, a pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. O godzinie ósmej wsiadłem do auta. 10 kilometrów do pokonania. Do Racławic. To było ogromne przeżycie. Strach, czy chłopiec żyje, gdzie jest. Zajechałem tam, akurat msza się kończyła. Prowadził biskup pomocniczy krakowski, ks. Damian Muskus. Ludzie zaczęli się schodzić do kościoła. Chcieli pomóc szukać Adasia. Kiedy chłopiec się odnalazł, nie wiadomo było, czy przeżyje. Ksiądz biskup dał mu ostatnie namaszczenie.

Aż ciarki przechodzą po ciele…
– Na miejscu cały czas działali policjanci i strażacy. Przeszukali cały dom, otoczenie. Chłopiec wyszedł w nocy z domu w samej koszulce. Oprócz niej i skarpetek, nic więcej na sobie nie miał. Nikt nie wiedział, w którą stronę poszedł. Przecież to był tylko dwulatek! Z dzielnicowym Racławic Pawłem Duszą poszliśmy szukać wzdłuż rzeki Racławki. On w górę, ja w dół.

Miał pan przeczucie, że tam go znajdzie?
– Nawet nie, ale jakiś taki upór, żeby szukać do skutku. Tylko to zimno było przeraźliwe. Przeszedłem jakiś kilometr. Nic. Ale coś mnie tknęło, poszedłem w stronę zarośli. Przechodziłem już tamtędy, ale postanowiłem sprawdzić jeszcze raz. Chłopiec leżał za drzewem, dlatego nie było go widać ze ścieżki. Gdy podbiegłem, zamarłem. Adaś wyglądał, jakby już nie żył. Usłyszałem jeszcze krzyk kobiety, która w tym momencie też go zauważyła. Sprawdziłem tętno – zero. Oczy zamglone. Wziąłem dziecko na ręce. Ile sił w nogach biegłem do drogi. Krzyczałem, że potrzeba karetki. Usłyszałem potem, że przy takim stanie dziecka, lekarz mógłby stwierdzić zgon.

Ale udało się, dziecko przeżyło.
– Tak. Po godzinie dziewiątej go odnalazłem, przez jakiś czas na zmianę z innymi policjantami reanimowałem. Czekaliśmy na karetkę. Adaś miał organizm wyziębiony do 12 stopni, podczas gdy do tej pory na świecie najniższa temperatura osoby uratowanej wyniosła 13,7 stopnia! Byliśmy przerażeni, czy przeżyje. Dostaliśmy jednak informację, że w Krakowie jest sprzęt ratujący życie ludziom z hipotermią. Wieczorem tego samego dnia, po przewiezieniu do szpitala, usłyszeliśmy, że narządy chłopca zaczęły pracować.

Czuje się pan z nim w jakiś sposób związany?
– Emocjonalnie bardzo. Czuję się jak jego wujek. Odwiedzałem go w szpitalu. Niebawem jadę na tort, będą jego urodziny. Pierwsze po tym zdarzeniu.

Zastanawiał się pan, co sprawiło, że był pan tak zdeterminowany, żeby szukać chłopca?
– Wszyscy go szukaliśmy. W akcji brało udział 25 policjantów i 33 strażaków. Ale nie wiem, może to wynik tego, że sam mam czwórkę dzieci. Możliwe, że to doświadczenie podpowiedziało mi, jak mogłyby się zachowywać, będąc same.

Lubi pan dzieci?
– Bardzo. Jestem zresztą nauczycielem w klasach mundurowych w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych w Krzeszowicach. A ze swoimi dziećmi staram się spędzać jak najwięcej czasu. Zawody, wyjazdy, zakupy, mnóstwo rzeczy robimy razem. W weekendy zamieniam się w kucharza i gotuję dla wszystkich. Też to lubię i samo jakoś mi to wychodzi, nawet bez próbowania…

Po uratowaniu Adasia zrobiło się o panu głośno w ogólnopolskich mediach. Czuł się pan bohaterem?
– Raczej nie. Przez jakieś dwa tygodnie po zdarzeniu wszyscy żartowali, że boją się otworzyć lodówkę, czy aby i stamtąd nie wyskoczę jak z ekranu telewizora. Na każdym kanale programy o Adasiu, zwykle z moim udziałem. Doszło do tego, że odbierałem telefony tylko te, które musiałem. Duże zamieszanie się zrobiło.

A pan się widział w TV?
– Raz. Stwierdziłem wtedy, że muszę schudnąć.

Żarty, żartami, ale medale i odznaczenia zostały.
– Pamiątki. Ostatnio nawet z profesorem Januszem Skalskim oraz Barbarą i Jerzym Stuhrami otrzymałem laur na Gali Rynku Zdrowia. Ponoć historię odnalezienia Adasia śledziły w internecie ponad cztery miliony osób.

Jak długo pracuje pan w policji?
– 18 lat. Ale nie jest tak, jak niektórzy myślą, że czekam na szybką emeryturę. Nic z tych rzeczy. Jakoś nie wyobrażam sobie, że miałbym być emerytem! Lubię swoją pracę.

Jest pan też strażakiem.
– W Ochotniczej Straży Pożarnej w Czernej działam już 20 lat. W rodzinie wszyscy zresztą byli strażakami. Kiedyś chciałem być zawodowym, ale zdałem egzamin do szkoły policyjnej. Pomyślałem, że trochę poszerzę rodzinne tradycje. Dziś wiem, że dobrze zrobiłem.

Chęć niesienia innym pomocy. Skąd się to bierze?
– Trudno powiedzieć. Ale u mnie to jest chyba wrodzone. Działam w Stowarzyszeniu Inicjatyw Społecznych w Czernej. Jestem też honorowym dawcą. Oddałem już ponad 35 litrów krwi.

Chciałby pan, żeby dzieci poszły w pana ślady?
– Do policji? Nie zastanawiałem się nad tym. Sądzę, że same wybiorą swoją drogę. Zrobią to, co chcą. Ważne, żeby wyrosły na dobrych ludzi.

Ewa Solak, Tygodnik „Przełom”
Tekst był nominowany w konkursie SGL Local Press 2015 w  kategorii „Nagroda Specjalna Muzeum Powstania Warszawskiego”.