Najlepszy tekst – nagroda SGL Local Press 2019 w kategorii dziennikarstwo śledcze i interwencyjne

„Haracz za pracę” (cykl) Janusz Kucharski, Andrzej Andrysiak, Gazeta Radomszczańska

Tekst 1.

TYTUŁ: Żłobek, dotacje i haracz za pracę

[Śledztwo Gazety]

* Pracownice sieci żłobków i przedszkoli należących do firmy New Look, oskarżają ich kierownictwo o łamanie przepisów kodeksu pracy. Musiały zwracać część swojej pensji „pod stołem” w zamian za zachowanie pracy. Kwota zapisana w umowach trafiała na ich konta, z niej oddawały co miesiąc ponad 600 złotych

* Żłobek, w którym pracowały, działa w ramach unijnego projektu, dzięki czemu rodzice nie płacą za pobyt dzieci. New Look dostał na niego 1 mln 133 tys. 907 zł dotacji. To 91 proc. wszystkich kosztów projektu

* Zawyżanie wynagrodzeń pracowników i odzyskiwanie ich nieoficjalną drogą to proceder znany unijnym kontrolerom, ale bardzo trudny do udowodnienia

Pracownice opowiedziały o procederze Gazecie. Rozmawialiśmy z nimi osobno, relacje są spójne w szczegółach, zostały nagrane. Kobiety złożyły oświadczenia, że są gotowe powtórzyć je przed organami wymiaru sprawiedliwości i wszelkimi instytucjami kontrolnymi.

Pracodawca zaprzecza oskarżeniom. Sugeruje zmowę, zemstę i działania konkurencji. Zapowiada pozew, jeśli publikacja się ukaże.

Firma New Look prowadzi 27 żłobków i przedszkoli w województwie, w tym trzy w Radomsku. Większość w ramach unijnych projektów. Dostała na nie co najmniej 11,5 mln zł dotacji.

Opisany przez nas proceder dotyczy jednej placówki, nie mamy informacji, że dotyczy też innych.

***

Wiosna 2019 roku. Do Gazety dociera informacja, że w sieci przedszkoli Akademia Myszki Miki, która prowadzi w całym województwie żłobki i kluby dziecięce, dochodzi do nieprawidłowości. W Radomsku sieć ma trzy placówki, przy ul. Fabianiego, Przedborskiej i Pułaskiego.

W maju udaje nam się dotrzeć do jednej z pracownic i namówić na wstępną rozmowę. Jej opowieść na pierwszy rzut oka wygląda nieprawdopodobnie: ma umowę o pracę, pracuje jako opiekunka w żłobku, dostaje na konto pensję, ale z niej co miesiąc musi oddawać szefostwu ponad 600 złotych. To warunek zatrudnienia, który postawił dyrektor.

Dlaczego firma miałaby zawyżać wynagrodzenie na papierze, płacić wyższe podatki i wyższe składki na ZUS, skoro mogłaby po prostu zapłacić mniej oficjalnie? Bo placówka prowadzona jest w ramach unijnego projektu i to Unia pokrywa większość kosztów jej działalności.

Informujemy naszą rozmówczynię, że musimy nasze rozmowy zarejestrować a ona musi być gotowa powtórzyć relację przez sądem. Wycofuje się, nie naciskamy.

Ale pracujemy nad tematem. W kolejnych miesiącach próbujemy dotrzeć do innych pracownic. Jest bardzo trudno, boją się rozmawiać. Udaje się we wrześniu. Także nasza pierwsza rozmówczyni zmienia zdanie i zgadza się opowiedzieć o procederze.

Rozmowy prowadzimy osobno i rejestrujemy. Nasze rozmówczynie proszą jedynie o niepodawanie ich danych w tekście, jeśli ostatecznie on powstanie. Przyjmujemy ten warunek. Jednocześnie kobiety potwierdzają, że złożą oficjalne zeznania przed organami wymiaru sprawiedliwości, jeśli będzie taka potrzeba.

Relacja pierwsza

We wrześniu znalazłam ogłoszenie w internecie, że poszukiwani są pracownicy do placówki. Zadzwoniłam. Robiłam wtedy kurs opiekuna w żłobku. Nie dostałam odpowiedzi od razu, sprawa się przeciągała. Pod koniec listopada dowiedziałam się, że projekt ruszy.

Umowę podpisaliśmy w grudniu, terminową, do czasu zakończenia projektu, czyli do maja 2020 roku. Dotyczyła opieki nad dziećmi do lat trzech.

Żłobek mieści się przy ul. Pułaskiego. Docelowo w projekcie miało być 30 dzieci na cztery opiekunki. Startowaliśmy w grudniu z 12-15 dziećmi, potem ich przybyło do 30. Pracowaliśmy w dwóch zmianach, od 6.30 do 14.30 i od 8.30 do 16.30.

W umowie, którą podpisałam, była kwota 3320 zł brutto, na rękę wychodziło ponad 2300 zł. I takie pieniądze wpływały na konto.

Umowy podpisywałyśmy wszystkie razem, w biurze na pierwszym piętrze przy ul. Pułaskiego. Wtedy też z ust pani dyrektor padła kwota – 640 zł. Że mamy oddawać. Nie zrozumiałam na początku, o co chodzi. Pani dyrektor obiecała, że co miesiąc kwota będzie niższa. Bo jak sobie zasłużymy, to będziemy mniej oddawać.

Nie tłumaczyła powodów, powiedziała, że tak ma być. Powiedziała, że w sumie będziemy dostawać 1740 zł i powinnyśmy się cieszyć, bo to jest najniższa krajowa. A że na umowie mamy więcej, to spokojnie możemy sobie wziąć jakiś fajny kredyt.

Pensje były płacone do 15. następnego miesiąca, przelewem na konto. Po pierwszej wypłacie pani dyrektor przyszła i spytała, czy mamy pieniądze, by się rozliczyć. I tak było co miesiąc. Po przelewie pensji wypłacałam pieniądze z konta i oddawałam. Na moim koncie widać te wypłaty, choć zwykle są trochę wyższe, bo brałam też pieniądze na własne potrzeby.

Pani dyrektor pytała nas o pieniądze na sali, w kuchni. Potem wymyśliła, że nie będziemy jej dawać każda z osobna, tylko zbierać je wszystkie razem, w kopertę, i dopiero zanosić na górę. Sama raz zaniosłam taką kopertę.

W kwietniu moje dziecko zachorowało, miało rotawirusa, dosłownie leciało przez ręce. Byłam przez dwa tygodnie na zwolnieniu. W tym czasie pani dyrektor przyszła do dziewczyn i oświadczyła, że oprócz tego, że na zwolnieniu mamy płacone 80 procent wynagrodzenia, to dodatkowo, jeśli któraś z nas pójdzie na zwolnienie, za każdy dzień musi jej oddać 23 zł.

Na początku maja poszłam na zwolnienie. Nie oddałam już haraczu za kwiecień i kolejne miesiące.

W sierpniu dostałam wypowiedzenie. Kilka razy pani dyrektor dzwoniła do mnie w sprawie rozliczenia. Odpowiadałam, że nie dam, bo nie mam. Używała argumentów, że bardzo mi pomogła, a ja nie dysponuję swoimi środkami.

***

Sprawdzamy sieć przedszkoli Akademia Myszki Miki. Najpierw internet. Na stronie wielkie hasło „Postaw na rozwój dziecka”, niżej dopisek: „Zaopiekujemy się twoim dzieckiem! Zobacz, jakie korzyści otrzymasz ty oraz twoja pociecha”. I informacja: Bezpłatne przedszkole. Nie pobieramy żadnych opłat.

Jak to możliwe? Odpowiedź znajduje się w zakładce „Projekty unijne”. Tu są opisy projektów, na które New Look otrzymał dotację oraz regulaminy rekrutacji. W zakładce „Projekt – Żłobek Kot w Butach” (ten przy Pułaskiego) informacja, że realizowany jest w ramach „Osi Priorytetowej X Adaptacyjność pracowników i przedsiębiorstw w regionie, Działania X.1 Powrót na rynek pracy osób sprawujących opiekę nad dziećmi w wieku do 3 lat Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Łódzkiego na lata 2014-2020”.

Okres realizacji projektu: od czerwca 2018 do 31 maja 2020. Wartość projektu 1.246.107,84 zł, dofinansowanie: 1.133.907,84 zł.

Cel projektu opisano tak: „Umożliwienie powrotu do pracy dla 30 osób (29 kobiet i 1 mężczyzny) zamieszkałych w mieście i gminie Radomsko poprzez utworzenie 30 nowych miejsc opieki w żłobku w Radomsku oraz zapewnienie wsparcia w zakresie aktywizacji zawodowej dla osób bezrobotnych oraz biernych zawodowo 12 osób (11 kobiet i 1 mężczyzny) w okresie od 01 czerwca 2018 do 31 maja 2020 roku”.

Konkursy na dofinansowanie uruchomienia żłobków i klubów dziecięcych ogłasza Zarząd Województwa Łódzkiego, on też podpisuje umowy. Odbyło się ich już kilka. W regulaminie konkursu z maja tego roku zapisano, że minimalna wartość projektu to 50 tys. zł, minimalny wkład własny 9 proc. wartości. O dofinansowanie mogą się ubiegać osoby prywatne, firmy i samorządy.

Program cieszy się powodzeniem. Finansowanie jest bardzo wysokie, pokrywa większość kosztów, zaś rodzice nie płacą za pobyt dzieci.

Sprawdzamy wykaz placówek utworzonych w ramach tych dotacji. W tym z 27 marca 2019 roku widnieją 123 placówki utworzone w latach 2015-2018, prowadzące prawie 2,5 tys. miejsc w żłobkach i klubach dziecięcych.

21 placówek utworzyła firma New Look, na w sumie 338 miejsc. Te zawarte w wykazie otwarto w Bełchatowie, Błaszkach, Brzezinach, Dobroniu, Gorzkowicach, Łasku, Pabianicach, Pajęcznie, Piotrkowie, Radomsku, Ręcznie, Ruścu, Tomaszowie, Tuszynie, Warcie, Zduńskiej Woli, Zelowie.

Kwoty dofinansowania projektów wyszczególnionych na stronie firmy wynoszą od 570 tys. do 1,79 mln zł. W sumie to 11,5 mln zł.

Relacja druga

Pracowałam tam od połowy grudnia 2018 r. do końca maja. W sierpniu ubiegłego roku chodziłam po mieście i zostawiłam CV w żłobku na Fabianiego. Jestem po pedagogice, nie mam stricte wykształcenia pedagogicznego wczesnoprzedszkolnego, ale robiłam też terapeutykę. To wystarczyło. W połowie listopada dostałam telefon od pani dyrektor, żeby przyjść na rozmowę. Miałam się zjawić na Przedborskiej, nie było jeszcze placówki na Pułaskiego, ona się dopiero otwierała.

Poszłam na rozmowę, pani dyrektor po krótkim wywiadzie stwierdziła, że mam tę pracę. Miałam załatwiać papiery z poprzednią firmą. Dowiedziałam się, że to projekt unijny i od razu też usłyszałam: dostanie pani więcej na papierze, do ręki mniej. Ale to dla pani będzie korzystne, bo można wziąć kredyt i następny pracodawca też lepiej spojrzy na wyższe zarobki. Nie padły stawki, tylko informacja, że na umowie będzie więcej, natomiast później, przy rozliczeniu między nami, będzie troszkę mniej. Takiego właśnie słowa użyła pani dyrektor: troszkę.

Zależało mi na pracy w zawodzie, wcześniej pracowałam w sklepie, więc się zgodziłam.

Zaczęłyśmy pracę w połowie grudnia. Żłobek mieści się w budynku po Esbanku. Na piętrze są biura, a na dole duże sale, z tego dwie łączone i zaplecze kuchenne. Docelowo miałyśmy 30 dzieci, zaczynałyśmy od kilkunastu. Pierwsza zmiana od 6.30 do 14.30, druga od 8.30 do 16.30. Z tym, że jeśli ostatnie dziecko wyszło wcześniej, to miałyśmy zapowiedziane, że jak posprzątamy, to możemy iść, nie musimy czekać do 16.30.

W grudniu, jak projekt ruszył, spotkałyśmy się wszystkie z panią dyrektor, obeszłyśmy placówkę, zapoznałyśmy z miejscem pracy i później na górze było podpisanie umowy.

Na umowie o pracę była kwota 3320 zł. Umowa terminowa, na półtora roku, na czas trwania projektu. Pensja miała być płacona do 15. następnego miesiąca. Na konto dostawałam 2380 zł. I w ciągu dwóch dni po przelewie pani dyrektor zgłaszała się po pieniążki. 640 zł do ręki. Oddawałyśmy, bo chciałyśmy pracować.

Najpierw każda z nas chodziła na górę i sama wręczała haracz. Później pani dyrektor    powiedziała, żebyśmy wkładały pieniądze razem do koperty i zostawiały jej na górze albo w kasetce. Do kasetki nie włożyłyśmy ani razu, jedna z nas zanosiła je na górę.

Pracowałam do 30 maja. Nie miałam żadnego zatargu z panią dyrektor, właściciela widziałam raz, na pierwszym spotkaniu organizacyjnym z rodzicami. Tego dnia pani dyrektor zeszła na dół, spytała, czy jestem. Akurat usypiałam dzieci. Zszedł też właściciel. Powiedział: to jest pani wypowiedzenie. Zdębiałam. Spytałam o podstawę. Odpowiedział, że nie musi mieć powodu, by mnie zwolnić. Powiedział jeszcze, żebym się cieszyła, że nie mam dyscyplinarki, bo oni mają nagrania, jak się znęcam nad dziećmi. Zdębiałam po raz drugi. Oczywiście takich nagrań nie ma, bo być nie mogło.

Mam podejrzenia, dlaczego zostałam zwolniona. My w pewnym momencie zaczęłyśmy o tym bezprawnym odbieraniu części wynagrodzenia rozmawiać, konsultowałyśmy się nawet z prawnikiem. Był w szoku: jak, w dzisiejszych czasach? Kazał nam nawet nagrywać, używać pełnych nazwisk, ale ja już nie miałam możliwości. To pewnie był powód.

Próbowałyśmy szukać innych dziewczyn, z innych placówek. Jedną znalazłyśmy, była u prawnika, usłyszała, że nie ma dowodów, żeby się w to nie bawiła, bo od razu przegra.

Taka jest moja relacja. Mam jeszcze dowód na koncie, każdego miesiąca po otrzymaniu pensji wypłacałam pieniądze, kwoty są trochę wyższe, bo brałam coś dla siebie. Ale mam jeden przelew, z marca, bo wtedy byłam na zwolnieniu i przesłałam na konto jednej z dziewczyn, żeby przekazała pieniądze za mnie. 640 zł. Przelew opisałam „haracz”.

***

Właścicielem firmy New Look jest Paweł Dędek. Rocznik 1988. Firma nie występuje w Krajowym Rejestrze Sądowym. Znajdujemy ją w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, gdzie rejestrowane są jednoosobowe działalności gospodarcze.

Według wykazów Regionalnego Programu Operacyjnego, dotacje otrzymuje firma New Look Paweł Dędek. Siedzibę ma w Gorzkowicach, tam też znajduje się jedno z przedszkoli.

W 2014 roku Dędek startował w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z list Prawa i Sprawiedliwości w okręgu łódzkim. Przedstawiał się jako przedsiębiorca. Dostał 844 głosy, mandatu nie zdobył.

W 2016 roku jego nazwisko pojawiło się w artykule tygodnika Newsweek o tym, jak Bartłomiej Misiewicz miał załatwiać pracę działaczom PiS w regionie łódzkim. Tygodnik pisał, że do pracy w spółce zależnej od PGE GiEK z rekomendacji Misiewicza, wtedy rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej, poszedł właśnie Dędek, jako dyrektor trzygwiazdkowego hotelu Wodnik.

***

Opisany przez nasze rozmówczynie proceder nie jest niczym nowym. Zna go Komisja Europejska i utworzony przez nią Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF). To jedna z nieprawidłowości, które Unia definiuje jako sytuację, gdy „beneficjent lub inny podmiot biorący udział w realizowaniu projektu naruszy przepisy prawa wspólnotowego lub prawa krajowego”.

Proceder opisuje też w rozprawie doktorskiej „Wyłudzanie środków Unii Europejskiej – studium kryminalistyczne” Michał Strzelecki.

„W projektach, w których refundacji podlegają koszty wynagrodzeń dla pracowników, oszustwo może polegać na deklarowaniu maksymalnych wynagrodzeń przewidzianych w umowie o dofinansowanie, a wypłacaniu ich pracownikom w niższych kwotach” – pisze. – „Wymaga to współdziałania osób zatrudnionych u beneficjenta, które zgadzają się kwitować odbiór wynagrodzenia wyższego niż rzeczywiście otrzymywane bądź podpisywać nierzetelne dokumenty dotyczące godzin pracy, delegacji służbowych, diet i tym podobnych wydatków służących do sztucznego rozdęcia kosztów kwalifikowalnych”.

Strzelecki przytacza wyrok Sądu Okręgowego w Krakowie, który badał taką sprawę. „Spółka z o.o. „S”, zawarła z PARP umowę na prowadzenie szkoleń z informatyki. Łączna kwota dofinansowania wynosiła 3.324.679 zł, z tego maksymalnie 2.131.800 zł mogło zostać wydane na wynagrodzenia dla trenerów prowadzących szkolenia. Maksymalna stawka wynagrodzenia dla trenera wynosiła 200 zł brutto za godzinę i taką też według dokumentów otrzymywali. W rzeczywistości dostawali 50-70 zł za godzinę. Trenerzy którzy otrzymywali wynagrodzenia przelewem, zwracali je następnie w gotówce panu „A”, który był większościowym wspólnikiem i prokurentem spółki, zaś ci którzy odbierali wypłatę w gotówce, po prostu kwitowali odbiór wyższej sumy”.

Według Strzeleckiego „mechanizm oszustwa polegający na wykazywaniu fikcyjnych kosztów pracy jest jednym z najlepiej poznanych sposobów wyłudzania unijnych pieniędzy”.

Co grozi za te praktyki? Zwrot dotacji oraz od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Relacja trzecia

Jestem z zawodu nauczycielką, ale nie mogłam znaleźć pracy w zawodzie. Tę ofertę znalazłam na OLX, podesłała mi ją też znajoma. Firma potrzebuje nie opiekunki, ale nauczyciela w żłobku. Wysłałam mailem CV, to był listopad 2018, niedziela. W poniedziałek dostałam telefon od pani dyrektor z propozycją wstępnej rozmowy.

We wtorek pojechałam na rozmowę na godz. 13 na Przedborską. Trwała około godziny. Pani dyrektor pytała o doświadczenie, wykształcenie, czy mam dzieci, czy opieka nie będzie mi kolidować z pracą. Od razu wypisała mi dokumenty na badania lekarskie. W środę poszłam na Przedborską zobaczyć, jak funkcjonuje placówka. Miałam pracować w nowym punkcie na Pułaskiego. Usłyszałam, że projekt jest finansowany z Unii.

W poniedziałek pani dyrektor zaprosiła wszystkie dziewczyny na Pułaskiego. Ale rano dostałyśmy telefon, że do tego spotkania nie dojdzie. Niepokoiłam się, bo zwolniłam się już z poprzedniej pracy, a nie miałam jeszcze umowy w ręku.

Umowy podpisywałyśmy w grudniu na Pułaskiego, w biurze na górze. Na umowie było 3320 zł brutto. Wtedy pani dyrektor wyskoczyła z tekstem: ale wiecie panie, że będziecie musiały do kasy biurowej oddawać co miesiąc pieniądze? Byłyśmy tam wszystkie. Wcześniej przy rozmowie na Przedborskiej nie padło nic na ten temat.

Nie wiem, czy któraś z dziewczyn wtedy wiedziała, jakie dokładnie są warunki zatrudnienia. Pani dyrektor powiedziała, że będziemy musiały zwracać 640 zł. Ja wtedy przerwałam podpisywanie. Ona spytała: ale coś nie odpowiada? Byłam postawiona przed faktem dokonanym, zwolniłam się już z poprzedniej pracy, więc podpisałam.

Zapytałam pani dyrektor: ale jak ma być? Odpowiedziała, że do kasy co miesiąc ma wpływać 640 złotych od każdej z nas. Któraś spytała, czy przelewem. Odpowiedziała: dostaniecie wypłatę, z tej wypłaty będziecie wyciągać pieniążki i mi przekazywać do ręki, albo zostawiać w biurze w kopercie.

Padło też pytanie: dlaczego? Usłyszałyśmy, że projekt nie przewiduje pomocy kuchennej i pielęgniarki, natomiast wymagane jest, aby takie osoby były. A że nie ma środków, trzeba nas okroić z wypłaty. I wtedy ona będzie miała pieniądze na jeden etat. A ponieważ tamte osoby są na połówkach, wszystko będzie się jej zgadzać.

Na początku każda z nas przekazywała pieniądze osobno. Ale któregoś dnia pani dyrektor zeszła do nas na dół i powiedziała, że ona wolałaby, abyśmy wkładały pieniądze do koperty, opisywały i żeby jedna z nas zanosiła je na górę. To było wiosną.

Właściciela widziałam przy powitaniu rodziców i otwarciu placówki, w grudniu przed świętami. Przyjeżdżał czasami do biura. Był, gdy przyjechali kontrolerzy. Sprawdzali najpierw dokumenty na górze, potem zeszli na dół. Sprawdzali stan wyposażenia, mebli. Pytali, nas ile mamy dzieci, w jakim wieku. To były dwie panie i jeden pan.

W marcu pani dyrektor któregoś dnia zeszła do nas na dół i oznajmiła, że nie może być tak, żebyśmy chodziły na zwolnienia. Powiedziała: od teraz za każdy dzień zwolnienia będziecie mi oddawały jeszcze 23 złote. Nie wiem, dlaczego akurat taka kwota. Powiedziałam, że przecież już oddaję 640 zł i teraz jeszcze za zwolnienie? Odpowiedziała: tak, na to wychodzi.

Wtedy tak się zdenerwowałam, że po powrocie do domu zadzwoniłam do inspekcji pracy. Powiedziano mi, że osoba, która zajmuje się przyjmowaniem skarg na pracodawców, pracuje do godz. 15, a jeśli chcę złożyć skargę, to i tak muszę się stawić osobiście w Łodzi. Odpuściłam. Potem zadzwoniłam do znajomego prawnika. Zdębiał. Powiedział, że trudno uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją, tym bardziej, że to są ogromne dotacje.

W czerwcu dowiedziałam się, że jestem w ciąży, lekarz stwierdził, że jest zagrożona, wysłał mnie na zwolnienie, kazał się nie przemęczać i leżeć. Lipiec, sierpień i do połowy września pani dyrektor nie odzywała się. W połowie września zadzwoniła, spytała jak się czuję i czy wrócę po macierzyńskim do pracy. Odpowiedziałam, że bardzo bym chciała. Wtedy zapytała, kiedy mogłybyśmy się rozliczyć. Odpowiedziałam, że na razie nie mogę przyjechać do placówki.

***

W czwartek 3 października umawiamy się na rozmowę z Angeliką Dędek, żoną Pawła Dędka, która prowadziła placówkę przy ul. Pułaskiego.

Spotykamy się w przedszkolu przy Przedborskiej. Mówi, że za wszystko odpowiada mąż, on jest właścicielem, a ona pomaga. Informuje, że w tej chwili firma ma 27 placówek w całym województwie łódzkim, z tego większość to żłobki dofinansowane z Unii Europejskiej. Rodzice nie ponoszą opłat.

Pytamy, czy trudno było znaleźć pracowników.

Angelika Dędek: – Jeśli chodzi o Radomsko i Piotrków Trybunalski to nie jest źle, bo i w Piotrkowie i w Częstochowie są szkoły, gdzie można uzyskać kwalifikacje do pracy w przedszkolu czy żłobku.

Pytamy: – Mamy zeznania pani pracowników, którzy twierdzą, że co miesiąc musieli oddawać pani ponad 600 złotych do ręki.

Angelika Dędek: – Naprawdę? Wszystkie panie są zatrudnione na umowę o pracę.

Gazeta: – Ale pracownicy twierdzą, że musieli wyciągać pieniądze z konta i przynosić gotówkę do pani, pani się upominała o te pieniądze co miesiąc.

– Nic z tych rzeczy. Absolutnie. Ja prowadzę spółkę Akademia Dziecka 2, to spółka zarejestrowana w Radomsku. Ja nie wiem, o jakich paniach pan mówi, nie wiem, z kim pan rozmawiał.

Czyli twierdzi pani, że nic takiego nie miało miejsca?

– Nie, absolutnie.

Zaprzecza pani, że pobierała od nich pieniądze?

– Zaprzeczam jak najbardziej. Poza tym ja, jako Angelika Dędek, nie pobieram żadnych dotacji unijnych. Dotacje pobiera odrębna firma, New Look Paweł Dędek.

Ale pani zarządza jego przedszkolami…

– Ja jestem dyrektorem przedszkola. W żłobkach pracownicy zawierają umowy z moim mężem.

***

Godzinę później dostajemy telefon. Dzwoni adwokat Michał Król. Zaprzecza jeszcze raz w imieniu firmy, że proceder opisany przez nasze rozmówczynie miał miejsce i prosi, by ewentualne dodatkowe pytania przesłać mailem, w ramach zachowania standardów dziennikarskich.

– Rozumiem, że jak są ciekawe sygnały, to wszystkie trzeba sprawdzić, ale to wygląda na jakieś bardzo mocne pomówienie, bo tego typu praktyka na pewno nie jest stosowana w firmie – mówi.

Sprawdzamy kim jest Michał Król. To łódzki adwokat, były wiceprzewodniczący sejmiku, były wiceprezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Był radnym miejskim Łodzi, wszedł z listy Łódzkiego Porozumienia Obywatelskiego, które później zamienił na Prawo i Sprawiedliwość. W 2018 roku startował z list PiS do Sejmiku Wojewódzkiego. Mandatu nie zdobył.

***

W piątek 4 października umawiamy się na rozmowę z Pawłem Dędkiem. Przyjmuje nas w biurze w Gorzkowicach.    Rozmowę rejestrujemy, on także. Opowiadamy o relacjach pracownic.

Paweł Dędek: – I z kim to ustalają?

Gazeta: – Z pana żoną, Angeliką Dędek.

Paweł Dędek: – Dla mnie to jest bardzo zaskakujące. To co mówicie i co pracownicy opowiadają. Jak w dzisiejszych czasach można kogoś zmusić do wyciągania pieniędzy, które są przelewane?

Gazeta: – Za pracę.

– Po co w ogóle mielibyśmy wykonywać taki proceder? Lub ktoś z moich pracowników? Wszystkie moje wynagrodzenia wychodzą przelewami.

Dędek sugeruje, że wie, o kogo chodzi. Mówi o jednej z pracownic w Radomsku, która „chce nam zrobić brzydki PR. Ze względu na to, że została zatrudniona w ubiegłym roku i cały czas przebywała na nieprawdziwych zaświadczeniach L4 i zwolnieniach opiekuńczych”. Według niego chodzi o czystą zemstę.

Mówi też o innej pracownicy, która została zwolniona, bo wrzeszczała na dzieci. Dlatego firma rozwiązała z nią umowę. Dodaje też, że pracuje w jego konkurencji, która działa na rynku radomszczańskim, i te relacje to uderzenie w wizerunek firmy.

(Żadna z naszych rozmówczyń nie pracuje u konkurencji)

Paweł Dędek: – Prowadzę 11 lat firmę i nigdy nie było wobec nas prowadzone żadne postępowanie prokuratorskie czy administracyjne.

Przypominamy, że nasze rozmówczynie są gotowe złożyć zeznania w sądzie i przed komisjami kontrolnymi.

Paweł Dędek: – Ależ proszę, niech składają. Jeśli mają na to dowód, że coś takiego się odbywało, ja chętnie wysłucham. Ja też jestem omylnym człowiekiem, zatrudniam wiele osób. Nie mam styczności z pracownikami jeśli chodzi rekrutację i rozmowy. Zajmuję się wieloma innymi rzeczami, między innymi wspieraniem dzieci autystycznych, na tym skupiam się najbardziej, bo to najtrudniejsze do prowadzenia. Umowy oczywiście są podpisywane przez mnie i przekazywane przez pracowników. Mam wielu dyrektorów i na pewno nigdy nie dotarły do mnie takie informacje. Dziwi mnie, dlaczego nikt nie trafił do mnie z jakimś pismem, z jakąś informacją. I czemu miałby służyć ten proceder.

Zwracamy uwagę, że tu chodzi o dotacje i mechanizm wyłudzenia znany Komisji Europejskiej.

Paweł Dędek: – Dotacje, z których korzystam, nie są 100-procentowe. Jeżeli nawet te osoby tak twierdzą, to śmiem twierdzić, że uczestniczą w jakimś procederze z moim pracownikiem w celu okradania mojej firmy. Bo który normalny człowiek w dzisiejszych czasach, idąc do pracy, otrzymując pieniądze na konto, wyciąga pieniądze z konta i zwraca? Na podstawie czego?

Pytamy, czy rozmawiał o tym z żoną.

Paweł Dędek: – Wczoraj, tylko przez chwilę. W żadnym wypadku takich sytuacji nie było. Jeżeli coś takiego się dzieje, to mam wrażenie, że uczestniczy w tym pracownik, który chce wmanewrować naszą firmę. Ja sądzę, że to zwykłe uderzenie przez konkurencję.

Gdy zwracamy uwagę, że nie ma konkurencji, odpowiada:

– Sam urząd miasta jest konkurencją. On toczył z nami batalie, gdy otwieraliśmy pierwsze przedszkole na Przedborskiej. Spóźniliśmy się dokładnie kilka dni z rejestracją przedszkola i nie dostaliśmy dotacji. Ledwie utrzymywaliśmy się, pobierając głodowe czesne od rodziców. Jakoś to przetrwaliśmy, w końcu uzyskaliśmy dotację. Uważam, że za dużo jest zbiegów okoliczności. Jeżeli te osoby mają jakieś obiekcje, nich zgłoszą sprawę do prokuratury. Niech to sąd rozstrzygnie. Niech się podpiszą imieniem i nazwiskiem.

Poinformowaliśmy, że zagwarantowaliśmy naszym rozmówcom anonimowość do czasu zeznań przed sądem albo organami kontrolnymi, ponieważ boją się nacisków.

Paweł Dędek: – Nie wiem, jakich nacisków mogą się bać. Jestem człowiekiem, który stroni od nacisków. Nigdy nie zrobiłem krzywdy, zawsze chcę pójść na ugodę z pracownikiem, żeby każdy był usatysfakcjonowany. Ale jeśli ta osoba się nie podpisze w waszym artykule, będę musiał skierować sprawę do sądu o zniesławienie i żądać bardzo wysokiego odszkodowania.

Nasze informatorki złożyły redakcji oświadczenia następującej treści:

„Oświadczam, że podtrzymuję wszystkie informacje przekazane Gazecie, dotyczące zwrotu części wynagrodzenia wypłaconego przez firmę New Look i jestem gotowa złożyć zeznania przed organami wymiaru sprawiedliwości i innymi instytucjami kontrolnymi.”

 

Tekst 2

TYTUŁ: Haracz za pracę: kolejne dowody

[Śledztwo Gazety. CD]

* Kolejna, czwarta już, pracownica sieci przedszkoli i żłobków Akademia Myszki Miki, opowiada o procederze oddawania części pensji w zamian za zachowanie pracy

* Żłobki finansuje Unia Europejska. Zawyżanie wynagrodzeń i odbieranie ich części pracownikom pod stołem to złamanie prawa

* Gazeta dysponuje nagraniem, na którym była pracownica, która odmówiła płacenia haraczu, rozmawia na ten temat z kierownictwem

Czwartek po południu, 10 października, dzień publikacji przez Gazetę tekstu „Unijne dotacje, żłobek i haracz za pracę”. Dostajemy wiadomość na Messengerze. Ktoś pisze:

„Temat dotyczący brania łapówek od pracowników w zamian za pracę. Byłam jedną z pracownic. Proszę o informację, gdzie mogłabym się zwrócić, żeby pomóc innym pokrzywdzonym w złożeniu zeznań.”

Kontaktujemy się, umawiamy na spotkanie. Nagrywamy relację. Wysłuchujemy opowieści, weryfikujemy ją oraz przedstawione w niej informacje. Nasza rozmówczyni, jak poprzedniczki, składa oświadczenie, że jest gotowa złożyć zeznania przed organami ścigania. Jej dane zachowujemy do tego czasu do wiadomości redakcji.

Jej relacja dowodzi, że opisany przez nas proceder „haracz za pracę” dotyczył nie tylko jednej placówki New Look w Radomsku przy Pułaskiego. Także co najmniej drugiej, przy ul. Fabianiego.

Co napisaliśmy tydzień temu

„Na konto dostawałam 2380 zł. I w ciągu dwóch dni po przelewie pani dyrektor zgłaszała się po pieniążki. 640 zł do ręki. Oddawałyśmy, bo chciałyśmy pracować. Najpierw każda z nas chodziła na górę i sama wręczała haracz. Później pani dyrektor powiedziała, żebyśmy wkładały pieniądze razem do koperty i zostawiały jej na górze” – tak zaczynał się tekst „Unijne dotacje, żłobek i haracz za pracę”. Trzy pracownice żłobka „Kot w butach”, działającego przy ul. Pułaskiego, opowiadały, że były zmuszane do zwrotu części wynagrodzenia.

Dlaczego firma miałaby to robić, płacąc wyższe składki ZUS i podatki, zamiast zapłacić mniej oficjalnie? Działalność żłobka w 91 proc. finansuje Unia Europejska. To ona pokrywa większość kosztów.

Proceder zawyżania wynagrodzeń jest znany unijnym kontrolerom, ale bardzo trudny do udowodnienia. Grozi za to do ośmiu lat więzienia.

Relacje pracownic odebraliśmy osobno. Są spójne w szczegółach, zostały nagrane, a kobiety złożyły oświadczenia, że gotowe są je powtórzyć przed organami wymiaru sprawiedliwości i wszelkimi instytucjami kontrolnymi.

Właściciel firmy Paweł Dędek zaprzeczył, że taki proceder miał miejsce i zagroził pozwami.

New Look prowadzi 27 placówek w województwie łódzkim, w tym trzy w Radomsku. Większość w ramach unijnych projektów, na które dostała co najmniej 11,5 mln zł dotacji.

***

Już w dzień publikacji Paweł Dędek przechodzi do kontrataku. Na naszej stronie facebookowej, pod informacją zajawiającą tekst, umieszcza komentarz.

Oświadcza, że „kierowane oskarżenia są wyłącznie pomówieniem”. Pisze, że jest od 11 lat przedsiębiorcą i jego firma New Look nigdy nie miała konfliktu z prawem. Twierdzi, że relacje byłych pracownic to „zwykła manipulacja”, „w której uczestniczy Gazeta celem sprzedaży swoich nakładów poprzez wymyśloną sensację”. Oskarża kobiety o zemstę za zwolnienie ze względu „ciągłego pozorowania choroby i korzystania z zaświadczeń L4 oraz złego odnoszenia się wobec naszych podopiecznych”. Pisze, że „cała ta sytuacja i opis w gazecie odzwierciedla zmowę i chęć zemsty wobec firmy New Look. Stwierdza, że „od momentu zatrudnienia paniom przyświecał jeden cel, aby korzystać z przywileju otrzymywania wysokiego zasiłku chorobowego”.

Dędek informuje także, że kieruje sprawę do sądu i że pozew zostanie skierowany przeciw Gazecie i wobec trzech byłych pracownic. Sugeruje też, że „być może są to dobrze przemyślane działania mojej konkurencji, która nakłoniła do zaaranżowania całej tej inscenizacji”.

Zmowa trzech byłych pracownic placówki przy ul. Pułaskiego oraz manipulacja – to linia obrony Pawła Dędka. Jego wyjaśnieniom przeczą kolejne dowody zebrane przez Gazetę.

Oto relacja byłej pracownicy przedszkola przy ul. Fabianiego, która zgłosiła się do Gazety po publikacji:

Ofertę pracy znalazłam na stronie internetowej urzędu pracy. Tam był adres. Wysłałam swoje CV. Zostałam zaproszona na dzień próbny. To było w żłobku na ul. Fabianiego. To było na początku września. Pracę rozpoczęłam tam 19 września zeszłego roku. Ja z panem dyrektorem ani z panią dyrektor nie rozmawiałam. To załatwiały dziewczyny, które tam pracowały. Dostałam telefon od jednej z pracownic z zaproszeniem na ten dzień próbny. Dziewczyny miały wolny wybór, one decydowały czy się nadaję czy nie. Widziały jak pracuję i po tych ośmiu godzinach mnie zaakceptowały. Z zaproszeniem zadzwoniła do mnie koleżanka, z którą razem studiowałam pedagogikę. Była zdziwiona tym, że szukam pracy.

Wiem, że na następny dzień były jeszcze dwie dziewczyny zaproszone.

Ja byłam w środę, zostałam przyjęta. Najpierw oczywiście badania i umowa. Dokumenty były przysyłane z Gorzkowic, bo stamtąd przyjeżdżał do żłobka catering. I przy okazji różne dokumenty były przywożone. Podpisałam umowę i podpisaną zabrał ten pan, który rozwoził catering. On zabrał ją do Gorzkowic.

Umowa była standardowa, pensja 2700 zł brutto, zakres obowiązków, czas pracy. Nic szczególnego. Dostałam pieniążki za niecały wrzesień. W październiku przypadał Dzień Nauczyciela i z tej okazji miałyśmy dostać premię, wydaje mi się, że z tych funduszy unijnych. Była lista do podpisania. Dziewczyny dzwoniły do pani dyrektor M. z Gorzkowic, i dowiedziały się, że 100 zł możemy sobie zostawić, a 500 zł zwracamy pod stołem z tej premii. Bo to było 800 zł brutto, niecałe 600 na rękę. Pieniądze miały iść na konto. Tyle nam zostawia dyrektor, takie było wyjaśnienie. Stówkę mamy dla siebie, a resztę mamy mu oddać.

Ja się nie zgodziłam i wtedy zaczęły się problemy. Pani dyrektor powiedziała, że mam nie podpisywać listy. Powiedziałam dziewczynom w pracy, że ja w żadnym przypadku nie zamierzam żadnych pieniędzy oddawać.

Dziewczyny mi tej listy nie dały. Bały się. Myślę, że miały mi za złe, że się odezwałam, bo one mogą przez to stracić pracę. Bo ja zadzwoniłam do tej pani M. i powiedziałam jej, że żadnych pieniędzy nie oddam.

Ja tych pieniędzy nie dostałam. Dziewczyny mi tej listy nie pokazały i od razu rano dały temu panu, który wozi catering. I tyle ją widziałam.

Przepracowałam październik, a potem poszłam na zwolnienie na córkę. Pieniądze wpłynęły i zaczęły się takie rozmowy, że dziewczyny muszą zadzwonić do pani dyrektor, żeby dowiedzieć się, ile ja z tej pensji mam zwrócić pod stołem. Powiedziałam, że nie zwrócę i na tym się skończyło. Przez jakiś czas dziewczyny krzywo się na mnie patrzyły. Potem poszłam znów na zwolnienie i już tam nie wróciłam.

Kiedy tam pracowałam, były na mnie naciski, żeby oddawać i słyszałam, że ten proceder był w każdym przedszkolu w Radomsku. Jedna z dziewczyn opowiadała mi o tym, jak zbiera te pieniądze. Widziałam kopertę, do której trafiały, i jak została włożona do pudełka, które z cateringiem do Gorzkowic zabrał ten pan. Zrobiłam nawet jej zdjęcie.

Przy Fabianiego pracowałyśmy we cztery. Trzy dziewczyny co miesiąc oddawały te pieniądze. Jedna z nich mówiła do mnie: super, że się postawiłaś, może teraz się coś zmieni? Ale skoro byłam sama, to co się mogło zmienić? Prosiłam, mówiłam, że tak nie może być. Mówiłam: dziewczyny, dlaczego nic nie zrobicie. Odpowiadały: czego ty chcesz, przecież masz pracę, gdzie znajdziesz lepszą? Jakby utrata tej pracy to był koniec świata.

Dziewczyny opowiadały, że jedna dziewczyna na rozmowie z panią Angeliką (żona Pawła Dędka, prowadziła żłobek przy ul. Pułaskiego, to ona odbierała haracz od pracownic żłobka przy ul. Pułaskiego – przyp. red.) miała z góry zapowiedziane, że te pieniądze trzeba oddawać, a kiedy ta zaprotestowała, to pani Angelika    powiedziała jej: a czego ty chcesz? Na twoje miejsce jest 10 innych chętnych.

Byłam z tym nawet w MOPS-ie u radcy prawnego, tam udzielają bezpłatnych porad. Ten człowiek mnie wyśmiał. Powiedział do mnie: no czego pani chce, przecież w końcu nikt nie zabrał pani tych pieniędzy. Chce pani zrobić z siebie pośmiewisko, chce pani, żeby ją wytykali palcami na mieście? Chce pani zrobić temu człowiekowi na złość. Ręce mi opadły.

Były wśród dziewczyn też rozmowy o tym, że na umowie mają wyższą kwotę i jeśli chcą się starać o jakieś świadczenia, to ich dochód jest za wysoki. Mają problem. Fizycznie tych pieniędzy nie miały, musiały je oddawać, a o zasiłek nie mogą się starać. Mówiły, że jak to będzie trwało dłużej, to w końcu coś z tym zrobią.

Co wiemy na tę chwilę:

Trzy pracownice żłobka przy Pułaskiego oskarżają szefostwo firmy o haracz za pracę (te relacje Gazeta opisuje tydzień temu).

Właściciel firmy broni się, że to zmowa byłych pracownic jednej placówki.

Nowy świadek, była pracownica z placówki przy ul. Fabianiego potwierdza, że ten proceder odbywał się także tam.

Z jej relacji wynika, że w firmie wie o tym wiele osób.

Ale to nie wszystko. Nasza rozmówczyni wykonała zdjęcie koperty, o której wspomina (patrz obok). Zarejestrowała także rozmowę telefoniczną z panią M., o której wspomina w swojej relacji. Znamy jej dane, ale ponieważ nie jesteśmy pewni jej roli w sprawie, na razie ich nie podajemy.

Zapis rozmowy z 2018 r.:

M.: – Akademia Myszki Miki, słucham

Pracownica: Dzień dobry, dzwoniono do mnie z tego numeru, AB (tu dane naszej rozmówczyni – przyp. red.) z tej strony.

– Tak, cześć, tu M. z tej strony, (tu pada nazwisko – przyp. red.). Dzwonię, bo dziewczyny mówiły, że jesteś na zwolnieniu.

Tak, tak.

– Coś tam poważnego się stało?

To znaczy ja jestem z córką, bo córka zachorowała i na nią wzięłam zwolnienie.

– Aha, a wiesz co, a powiedz mi, bo w sumie tak z dziewczynami rozmawiałam, no nie wiem, że miałaś dzwonić do Pawła w jakiejś sprawie, i w ogóle, no nie wiem, jak to z tobą będzie?

Ja powiedziałam, że skoro tak, no kurcze, nie będę oddawała tej premii, nie będę oddawała tych pieniędzy z pensji, tak?

– Yhm.

Także liczę się z tym, że będę zwolniona.

– To znaczy, wiesz co, nie, myślę, że chodzi o to, że jak będziesz szła na zwolnienie, to wystarczy, żebyśmy porozmawiały. Nie chodzi o to, że… Matko kochana… Słuchaj, rozmawiałam z dziewczynami na ten temat, odnośnie premii, i rozmawiałam też z Pawłem, i mówi, że w sumie dobrze, bo u nas w Pajęcznie też mamy dziewczynę, która krótko pracuje i po prostu nie przysługiwała jej ta premia w kwocie 800 złotych brutto.

Rozumiem.

– Dawaliśmy dziewczynom premie takie nauczycielskie…

Yhm.

– Po sto złotych. I było uzgodnione z dziewczynami, że jak dostaną wypłatę, no i tam to wiesz, jak one zwracają, to po prostu mają sobie po sto złotych wziąć.

No tak, no tak.

– No i nie wiem, czy tam ci dziewczyny przekazały czy nie, bo one    sobie tam pobrały, ale chyba czekały, aż ty chyba tam będziesz się rozliczała. Żeby też sobie wziąć po sto złotych.

Ale ja nie dostałam tej premii, no więc jak ja miałam? Nie rozumiem?

– Hm… Nie dostałaś, bo to nie przelewem, tylko gotówką. Z kasy przedszkolnej miało być. Ale że akurat poszłaś na zwolnienie w piątek, to dziewczyny nie mogły ci tego przekazać po prostu.

Ale nic mi dziewczyny nie mówiły. Ja w piątek byłam w przedszkolu, bo ja zamykałam przedszkole…

– No, bo wiesz.. Ja mówię tak, jak przyjdziesz dzisiaj do pracy, to pojadę do Radomska to porozmawiamy sobie. Słuchaj, my nie jesteśmy tak, żeby robić na złość, jeśli chcesz pracować i w ogóle, no to wiesz, to wiadomo, dziecko jak jest chore, no to się po prostu na zwolnienie idzie. Ja to rozumiem, bo też mam swoje dziecko, jak jest chore, to też idę na zwolnienie. Tylko kwestia jest taka, czy ty chcesz po prostu dalej pracować?

Na razie jestem na zwolnieniu, bo dziecko jest chore, nie mam z kim zostawić, a nie będę jej chorej brać, więc na razie jestem na zwolnieniu. Przez ten tydzień czasu. Pójdziemy na kontrolę, zobaczymy, jak dalej to będzie wyglądać. No zobaczymy. Mam nadzieję, że wrócę. A co dalej, jak tam dalej, to zobaczymy. (…)

– A odnośnie tych pieniędzy, to myślę, że się jakoś dogadamy. Wiesz, ogólnie jest tak, że rozmawiałam z Pawłem odnośnie tej… przyznania premii. Ogólnie jest tak, że to jest projekt, tak? No i Paweł, jako pracodawca, wiadomo, prywatny pracodawca, pewnie rozumiesz, każdy musi jakieś tam mieć plusy i minusy, żeby był wilk syty i owca cała. Dlatego on tak ma, ma możliwość, żeby dawać więcej osobom na umowie, a z pracownikiem się dogaduje, tak? Takie coś jest do lutego tylko, bo projekt się kończy w lutym. Później w lutym ta osoba, która ma tyle na rękę, tyle dostaje na umowie i nie ma żadnych tam wiesz, kombinowania, cudowania. Także jest tylko przez taki okres. Dlatego tak. A jeśli chodzi o tę premię, to też wiesz, to jest tak, że krótko pracujesz i dlatego nie dostałaś.

No ja wiem.

– A poza tym nie chciałaś podpisać, no to wiesz, dziewczyny    się godzą na to, na warunki takie, jakie im Paweł daje, no bo chcą pracować, zależy im na pracy, a wiesz, o pracę teraz w tych czasach jest trudno. Także wiesz. Nikt nie ma do ciebie pretensji. I ja też nie chcę, wiesz, wiadomo, różnie to w życiu bywa.

Co wiemy na te chwilę?

Z rozmowy wynika, że wiedza o haraczu za pracę jest w firmie powszechna.

  1. powołuje się na ustalenia z „Pawłem” (z kontekstu wynika, że chodzi o Pawła Dędka).

Zwrot części wynagrodzenia nie dotyczy tylko pensji, ale też innych dodatków. Tu: premii.

W poniedziałek skontaktowaliśmy się telefonicznie z M. Zaprzecza, jakoby taka rozmowa się odbyła. Twierdzi, że nic nie wie o procederze.

Pytamy: – Mamy relację, z innego ośrodka. Pracownica rozmawia z panią o przekazywaniu pod stołem pieniędzy. I pani mówi, jak ten system wygląda i co ona ma zrobić.

M.: – Wie pan co, no niemożliwe.

Niemożliwe, że pani głos jest tam na taśmie?

– Wie pan co, no kurcze, z nikim nie rozmawiałam w Radomsku, ponieważ pracuję w Gorzkowicach w przedszkolu.

Skontaktowaliśmy się z Pawłem Dędkiem, poprosiliśmy o komentarz do naszych informacji. Poprosił o przesłanie pytań mailem.

Wysłaliśmy pytania:

* Jaką rolę (funkcję) pełni pani M. w pana firmie?

* Dlaczego prowadziła ona rozmowy na temat tego procederu (zwrotu części wynagrodzenia)?

* Czy robiła to w pana imieniu (w nagranej rozmowie powołuje się na ustalenia z panem)?

Otrzymaliśmy odpowiedź. Paweł Dędek stanowczo zaprzecza, że w jego firmie występuje proceder „zwracania części wynagrodzenia” z otrzymywanych przez pracowników pensji. Informuje, że „wszyscy pracownicy otrzymują wynagrodzenia na konta, poszczególne placówki są prowadzone przez różne osoby i funkcjonowanie takiego procederu byłoby nawet logistycznie niemożliwe”.

Pisze: wskazuje pan, że „Mamy zeznania kolejnych pana pracownic, opowiadających o opisanym przez nas procederze zwrotu części wynagrodzenia w firmie New Look”. Według niego zeznania kolejnych pracownic muszą być nieprawdziwe, bowiem po ubiegłotygodniowej publikacji Gazety wdrożył „wewnętrzny audyt, czy rzeczywiście ktoś nie działał na szkodę mojej Firmy lub jej pracowników. Dotychczasowe czynności sprawdzające nie wykazały jakichkolwiek uchybień w tym względzie”.

Informuje także, że „wszyscy pracownicy złożyli oświadczenia, że nie dokonywali jakichkolwiek zwrotów części wynagrodzenia”. Dodaje, że nie może się odnieść do relacji kolejnej pracownicy, bez wysłuchania nagrania.

W sprawie roli pani M. odpowiada: nie jest ona pracownikiem firmy New Look, jest pracownikiem firmy powiązanej kapitałowo z New Look, w której on jest prezesem. „Jest wicedyrektorem jednej z placówek i nie zajmuje się sprawami związanymi z funduszami europejskimi, co podniesione zarzuty czyni absurdalnymi. Pani M. stanowczo zaprzecza supozycjom zawartym w pana pytaniach. Bez dostępu do nagrania lub chociaż stenogramu nie jestem w stanie tego zweryfikować, a jej dotychczasowa postawa nie uzasadnia kwestionowania jej stanowiska”.

Na koniec pisze, iż odnosi wrażenie, że nasze „działanie jest – niekoniecznie w sposób świadomy – elementem zmowy mającej zdyskredytować moją firmę, którą przez wiele lat budowałem wkładając tyle serca i środków finansowych i działając nie tylko z pobudek ekonomicznych, ale także mając na celu dobro naszych wychowanków. Byłbym np. wdzięczny gdyby Państwa Gazeta poświęciła chociaż część energii na opisanie naszych działań z dziećmi niepełnosprawnymi i autystycznymi”.

 

Tekst 3

TYTUŁ: Śledztwo w sprawie haraczu za pracę

Chodzi o wyłudzenie z Unii Europejskiej nawet 570 tys. zł. Policjanci ustalili, że pracownice sieci żłobków i przedszkoli zmuszane były do comiesięcznego oddawania kwoty 640 zł ze swojego wynagrodzenia. Proceder opisała Gazeta. Właściciel wciąż zaprzecza, że miał on miejsce. Jego kancelaria do byłych pracownic wysyła pisma, w których proponuje złożenie pisemnych oświadczeń, że w firmie do takich sytuacji nie dochodziło

Poniedziałek, 28 października. Byłe pracownice sieci żłobków i przedszkoli Akademia Myszki Miki otrzymują przesyłki polecone. W nich pisma, zatytułowane „Ostateczne wezwanie przedsądowe”. Kancelaria Adwokacka Michała Króla, reprezentująca Pawła Dędka, „prowadzącego działalność pod firmą New Look Paweł Dędek” (to ona prowadzi sieć Akademia Myszki Miki), twierdzi w piśmie, że według jej ustaleń to właśnie adresatki rozmawiały z Gazetą w sprawie opisanej w tekście „Unijne dotacje, żłobek i haracz za pracę”. Skąd takie ustalenia, nie wyjaśnia.

Do pisma dołączone jest oświadczenie o treści:

„Niniejszym oświadczam, że podczas mojej pracy w placówce firmy New Look w Radomsku nigdy nie dochodziło do sytuacji, abym była zmuszana do zwrotu jakiejkolwiek części otrzymywanego przeze mnie wynagrodzenia, a ewentualne moje wcześniejsze wypowiedzi w tym względzie, w szczególności do dziennikarzy musiały zostać źle zrozumiane”.

Kancelaria pisze także, że na złożenie oświadczenia czeka pięć dni, po tym terminie wystąpi z pozwem o przeprosiny w Gazecie i wielotysięczne odszkodowanie.

Byłe pracownice kontaktują się z Gazetą, informują o pismach. Są wzburzone. Znają sprawę, bo czytały o niej w Gazecie.

O procederze w sieci Akademia Myszki Miki piszemy w Gazecie od czterech tygodni. Firma New Look prowadzi w województwie łódzkim 27 żłobków i przedszkoli, w tym trzy placówki w Radomsku. Większość w ramach unijnych projektów, na które dostała już co najmniej 11,5 mln zł dotacji. Pokrywają one nawet 91 procent kosztów. Jest to bardzo atrakcyjne dla rodziców, bo nie płacą oni za pobyt dzieci w takich placówkach.

W pierwszym tekście przedstawiliśmy relację trzech byłych pracownic żłobka przy ul. Pułaskiego. Opowiadały o tym, że były zmuszane do oddawania części swojego wynagrodzenia szefostwu placówki. W umowie miały zapisane wynagrodzenie wysokości 3320 zł brutto, do ręki dostawały 2380, z tego 640 zł musiały oddawać dyrektorce placówki, którym jest żona właściciela spółki New Look. Proceder na pierwszy rzut oka wyglądał absurdalnie, bo firma płaciła wyższe składki    i podatki od kwoty zapisanej w umowie. Ale to nic innego, jak znany unijnym kontrolerom sposób na wyłudzenie części dotacji. Bo koszty pokrywa Unia.

Tak relacjonowała to jedna z pracownic: „Na konto dostawałam 2380 zł. I w ciągu dwóch dni po przelewie pani dyrektor zgłaszała się po pieniążki. 640 zł do ręki. Oddawałyśmy, bo chciałyśmy pracować. Najpierw każda z nas chodziła na górę i sama wręczała haracz. Później pani dyrektor powiedziała, żebyśmy wkładały pieniądze razem do koperty i zostawiały jej na górze”.

W poniedziałek osoby, których relacje przedstawiliśmy w pierwszym tekście, złożyły zeznania na policji. Funkcjonariusze prowadzą intensywne czynności w sprawie. We wtorek zabezpieczyli dokumentację w jednej z siedzib firmy.

W środę rano nadkomisarz Włodzimierz Czapla z Komendy Powiatowej Policji w Radomsku potwierdził, że policjanci prowadzili czynności operacyjne w sprawie wyłudzenia środków finansowych pochodzących z budżetu Unii Europejskiej.

Informuje: – Nawet 570.000 zł pochodzących z budżetu Unii Europejskiej mogła wyłudzić mieszkanka powiatu piotrkowskiego, która korzystała z projektu współfinansującego wynagrodzenie za prace opiekunek w żłobkach. 28-letnia mieszkanka powiatu piotrkowskiego, będąc prezesem zarządu podmiotu gospodarczego działającego na terenie powiatu radomszczańskiego, w okresie od grudnia 2018 roku do kwietnia 2019 roku dokonała wyłudzenia środków pochodzących z dofinansowania wynagrodzenia za prace dla opiekunek w żłobku. Jak ustalili policjanci zatrudnione pracownice zmuszane były do comiesięcznego oddawania jej kwoty 640 zł ze swojego wynagrodzenia.

Zadzwoniliśmy do Pawła Dędka z prośbą o komentarz do ustaleń policji. Prosił smsowo o przesłanie pytań mailem. Otrzymaliśmy taką odpowiedź:

„Z przykrością stwierdzam, że działania państwa gazety mają charakter manipulacji lub prowokacji. Po pierwsze nie są mi znane żadne ustalenia policji, a w związku z otrzymanym mailem zwróciłem się do policji i otrzymałem informacje, że przeciwko mojej firmie nie jest prowadzone żadne postępowanie, ani też nie dokonano jakichkolwiek ustaleń. Po drugie policja twierdzi, że nie potwierdzała państwu jakichkolwiek informacji, więc w skierowanym do mnie pytaniu pan redaktor zawarł nieprawdziwe stwierdzenie. Dodatkowo w pytaniu tym zawarto logiczną sprzeczność, albowiem prosi pan o komentarz do rzekomego potwierdzenia informacji zawartych w państwa    publikacjach odnośnie sieci Akademii Myszki Miki, w sytuacji kiedy pisali państwo o żłobku w Radomsku Kot w Butach, który nie ma nic wspólnego z siecią Akademii Myszki Miki. Uprzedzam, że dalsze naruszanie dobrego imienia mojej firmy spowoduje podjęcie odpowiednich kroków prawnych”.

(Co do „rzekomej logicznej sprzeczności”: żłobek Kot w Butach w Radomsku jest prowadzony w ramach Akademii Myszki Miki o czym informuje nawet na stronie Akademii oraz na profilu facebookowym).

Po pierwszym tekście do redakcji zgłosiły się kolejne osoby, które opowiedziały o procederze „haracz za pracę”. Twierdzą, że wiedza o nim wśród pracowników sieci jest powszechna. Gazeta weszła w posiadanie nagrania, na którym jedna z pracownic rozmawia z panią M. z placówki w Gorzkowicach o oddawaniu części wynagrodzenia. Dysponujemy zdjęciem koperty z pieniędzmi, którą złożono w placówce przy ul. Fabianiego, gdzie także miało dochodzić do tego procederu. Mamy także screeny z rozmów na internetowych komunikatorach między pracownicami. Tam także są informacje o haraczu, pada nawet to słowo.

Właściciel firmy, jego żona i pani M. w rozmowach z Gazetą zaprzeczali, że takie sytuacje miały miejsce. Paweł Dędek grozi Gazecie sądem.

 

Konkurs SGL Local Press 2019 wsparli:

belka z logo2019 1

Tagi :

Bez kategorii

Udostępnij