Loading...
Close

27 października 2015

To był idealny facet. Marzenie każdej kobiety – zwycięski artykuł w kategorii: „wywiad i inne gatunki publicystyczne”

GAZETA POWIATOWA – WIADOMOŚCI OŁAWSKIE, Agnieszka Herba

Rozmowa z Wiesławą Dargiewicz, która przez osiem lat żyła z księdzem Waldemarem Irkiem. Ma z nim kilkuletniego syna

ks.Waldemar Irek, autor: arch. Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu

ks.Waldemar Irek, autor: arch. Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu

Wiesławą Dargiewicz, Fot. Agnieszka Herba

Wiesławą Dargiewicz, Fot. Agnieszka Herba

– Była pani na pogrzebie?

– Nie byłam. Nie dlatego, że nie chciałam, czy nie mogłam, bo pewnie bym się dowlokła ostatkiem sił. Tak doradzili mi przyjaciele Waldka. Stwierdzili, że powinnam się wyspowiadać, zrobić to dla niego, bo na pewno tego właśnie by chciał. Wyspowiadałam się u jednego z jego przyjaciół. Był u mnie w domu, zabronił iść do kościoła i na pogrzeb. To była też forma pokuty. Tak to odbieram. Na mszę poszłam dopiero wieczorem. Kazał mi też wykasować sms-y. Usiadłam na ławce i zaczęłam po kolei usuwać wiadomości z tego roku. W pewnym momencie przestałam, bo były pisane bezpośrednio do Kubusia i stwierdziłam, że musi je mieć na pamiątkę.

– Mediom dostarczyła pani sms-y pisane w latach 2008-2012. Ludzie zarzucają pani, że z premedytacja je przechowywała, żeby szantażować księdza.

– Wiem. Mówią, że nikt normalny nie trzyma sms-ów sprzed trzech lat. Ja nigdy bym ich nie miała, gdyby nie przypadek. Miałam stare telefony i nie wyrzuciłam ich, były popsute, a w pamięci zachowały się sms-y. Gdybym była wyrachowana, to miałabym sto tysięcy godzin różnych nagrań, komentarzy. A tak nie jest.

– Podobno ksiądz nie znosił, jak pani robiła wspólne zdjęcia.

– Reagował nerwowo, bo bał się, że dostaną się w niepowołane ręce i może zostać zniszczony. To on decydował o wszystkim, ja byłam z boku. Jak widziałam, że coś mu się nie podoba, to ustępowałam. Zresztą nie myślałam wtedy o żadnych konsekwencjach, ani o braku tożsamości dziecka. Wiedziałam, że to bardzo odpowiedzialny mężczyzna. Obiecywał, że Kubuś dostanie wszystko, że pracuje dla niego i nie pozwoli skrzywdzić.

– Ale teraz nie ma śladu po tych obietnicach.

– Jakiś czas temu zmarł jego przyjaciel Leszek. Rodzina, jadąc na pogrzeb, już dzieliła się domem i samochodem. Waldek o tym wiedział. Mówił do mnie: „Widzisz, jakie to hieny”. To dało mu do myślenia i wtedy stwierdził „Wiesiu, muszę koniecznie zmienić testament, chcę, żeby sytuacja była jasna po mojej śmierci”. To było w kwietniu.

– Osiem lat w związku z księdzem, to długo. Ktoś musiał się dowiedzieć. Kto znał waszą tajemnicę?

– Zawsze dbaliśmy o to, żeby nikt nie wiedział. Tajemnicę znali nieliczni, między innymi ksiądz spoza Oławy, Andrzej. Wydawało się, że jest przyjacielem Waldka. Przywoził go do mnie, odbierał. Był czas, kiedy Waldek nawet chciał go zrobić wykonawcą testamentu. Ten człowiek wielokrotnie nas odwiedzał, ale później zaczął szantażować Waldka. Zawsze podchodziłam do niego z rezerwą. Okazało się, że słusznie.

– Co się stało?

– Chodziło o samochód. Waldek dał mu pieniądze, żeby kupił dobre, bezpieczne auto. Zaufał, bo wiedział, że się na tym zna. Kupił takie auto, że rzeczoznawca złapał się za głowę i powiedział wprost: „tylko mafia sprzedaje coś takiego. Niech pani dziękuje Bogu, że nie wylecieliście w powietrze.” Jeździłam z dzieckiem tym samochodem. Cały czas się psuł, czuć było paliwo. Jak poznałam prawdę, w nerwach wykrzyczałam do Waldka: „Jak nas nie kochasz i chciałeś zabić, to trzeba było powiedzieć, po prostu bym zniknęła”. To mocne słowa, ale byłam w szoku. Samochód po poważnym wypadku, mogliśmy zginąć. Ten „przyjaciel” oszukał nas na pieniądze, bo kupił grata, a resztę gotówki zabrał. Waldek powiedział mu, co o tym myśli. Pokłócili się, zaczął się konflikt i od tamtej pory szantażował. Ta sytuacja była przestrogą. Dowiedzieliśmy się, jaki ten człowiek jest naprawdę. Waldek powiedział mi: „Dobrze, że tak się stało, bo ja tego złodzieja miałem zrobić wykonawcą testamentu.”

– Czy to on wyjawił wasz sekret?

– Tak. Powiedział o tym w kurii, a nawet w Rzymie. Waldek poczuł się przez niego zdradzony. Z tego powodu nie został biskupem. Mówił mi o tym, podczas ostatniego spotkania. Płakał i stwierdził, że został upokorzony i zniszczony, że przyjaciel go zdradził. Zresztą, jak poszłam do kurii prosić o pomoc, to oni doskonale wiedzieli, jaka jest prawda. Miałam tę świadomość, że nie ujawniam żadnej tajemnicy, bo zrobił to jego „przyjaciel”.

– Pamięta pani kiedy pierwszy raz odwiedziła Waldka w mieszkaniu we Wrocławiu? Jakie było wrażenie? 

– Byłam w szoku. Powiedziałam, że nie pasujemy do siebie, bo żyjemy w dwóch innych światach. On kochał piękne rzeczy, antyki, dzieła sztuki. Miał tego mnóstwo. Mieszkanie we Wrocławiu było jego wizytówką. To był pałac! Zbudował go z ruiny, wyremontował. W oknach są witraże, specjalnie je wstawiał. Szok. Tam królował przepych, zresztą jak wszędzie w tych ich pałacach…

– Nie uważa pani, że będąc księdzem, nie powinien żyć ponad stan?

– Pani Agnieszko, ale oni wszyscy tak żyją! Wizytówką wielu wrocławskich księży w tej chwili jest samochód. Audi A8 to norma. Kiedyś popsuł mu się, powiedziałam, żeby wziął mojego starego forda. Odmówił. Stwierdził, że koledzy go wyśmieją. Rutkowski był ostatnio na Ostrowie Tumskim i jak zobaczył, jakie auta są tam zaparkowane, to zwątpił.

– Powiedziała pani kiedyś, że to zwyczajnie nie wypada? Że księża powinni być uosobieniem skromności, a nie żyć na pokaz…

– Waldek zawsze powtarzał, że pomaga innym. Regularnie przekazywał pieniądze na Dom Samotnej Matki we Wrocławiu. Nikomu nie odmówił pomocy. Wielokrotnie byłam świadkiem, jak dawał pieniądze potrzebującym.

– Jak często się spotykaliście?

– Przychodził zawsze, kiedy tylko miał wolną chwilę. Zazwyczaj wieczorem  lub wcześnie rano. Chciał być jak najbliżej dziecka. Czasami nawet mówiłam: „Dziś nie przyjeżdżaj, bo ktoś ma do mnie przyjść”, ale on nalegał.

– Miał na sobie sutannę?

– Nigdy. Miał zabronione. Nie było o tym mowy, nie życzyłam sobie. Zawsze przychodził w koszulach, które ja mu wybierałam i lubiłam najbardziej. U mnie też wisiały jego wyprasowane i wyprane. To był zupełnie normalny, piękny facet. Marzenie chyba każdej kobiety, jeżeli chodzi o kulturę, normalność i skromność. Cudowny mężczyzna. Te kilka godzin w ciągu dnia żyliśmy w pięknym świecie marzeń… Zamykaliśmy drzwi i to był tylko nasz świat. Ostatnie półtora roku, to było coś pięknego. Życzę każdej kobiecie takiego faceta. Zawsze marzyłam, żeby został moim mężem, mimo, że mam za sobą jedno nieudane małżeństwo. On był idealny.

– Kim jest architekt ze Stanów Zjednoczonych, z którym podobno miała pani romans?

– To wymyślona postać, mówiłam tak w pracy i wszystkim, którzy pytali o ojca dziecka. Musiałam coś wymyślić. Odpowiadałam, że wyjechał na kontrakt. Z nikim innym się nie spotykałam. Waldek to moja jedyna prawdziwa miłość i do końca życia… Byłam mu wierna jak pies.

– Będzie pani w czwartek w „Rozmowach w toku”

– Niestety…

– Jak to niestety, nie chciała pani brać udziału w tym programie, ktoś panią zmusił?

– To było proszenie mnie, godziny rozmów przez telefon. Nie chciałam się zgodzić. Bardzo długo mnie przekonywali. Ludzie myślą, że poszłam tam dla pieniędzy. To nie są żadne pieniądze, dostałam 400 złotych plus koszty podróży. Przyjaciółki mnie przekonały, bo nigdy w życiu bym się nie zdecydowała. Żaden argument do mnie nie trafiał. Żaden. Zapierałam się do końca, nawet przed samym wejściem do studia. Zmotywowano mnie ostatnim argumentem: „żebym przestała myśleć o sobie, bo, jak ktoś zobaczy ten program, a jest w podobnej sytuacji, to może zadba o dokumenty i nie będzie musiał udowadniać, że nie jest wielbłądem.” Po prostu to ma pomóc innym kobietom.

– Dlaczego nosiła pani perukę? Czy w ten sposób chciała być mniej rozpoznawalna?

– Powód jest zupełnie inny. W ciągu kilku miesięcy straciłam wszystkie włosy. Za ten cały stres zapłaciłam ogromną cenę. Moje dziecko tak samo. Kuba był ciężko chory, kiedy dowiedział się, że ojciec już nie wróci. Dwa tygodnie leżał w szpitalu. Nie pomagały żadne leki…

– Co ks. Waldemar najczęściej kupował pani w prezencie?

– Upominków było dużo. Mam całe pudełko przewieszek, broszek, naszyjników. Były też perły i perfumy. Wszystko z górnej półki. Dbał o mnie, ale nie tak, jak o Kubusia. Syn był dla niego najważniejszy. Miał dosłownie wszystko. Waldek mówił, że zawsze będzie go rozpieszczał. Kuba wciąż nie przyjął do wiadomości, że ojciec już nie wróci. Cały czas pyta, co to znaczy, że ktoś umiera.

– Kiedy mu pani powiedziała?

– Jak skończył trzy latka. Wciąż pytał. Wreszcie, za radą pani psycholog powiedziałam, że tatuś jest w niebie, patrzy na ciebie z góry, jest dumny i bardzo cię kocha. Później stwierdziłam, że to chyba nie był dobry pomysł. Kuba zaczął krzyczeć – „nie”! Była ze mną przyjaciółka, widziała to i nie sądziła, że trzylatek może odebrać to w taki sposób. Wybiegł do pokoju i tam krzyczał. Teraz powtarza, że on już nie ma tatusia.

– Przez cały czas zapewniała pani, że wszystko dla dobra dziecka, że walczy pani o jego tożsamość i za wszelką cenę chce go ochronić. Skąd więc zdjęcie dziecka w tabloidach? Nie sądzi pani, że zrobiła mu krzywdę, godząc się na pokazanie jego wizerunku, naraziła na wytykanie palcami?

– To była inicjatywa Krzysztofa Rutkowskiego. Ja płakałam, błagałam, za nic nie chciałam się zgodzić. Byłam załamana. Powiedział, że to jedyny sposób, aby uchronić Waldka przed ekshumacją.

– Kosztem dziecka?

– Nie było innego wyjścia. To ostatnia deska ratunku. Tylko tak mogliśmy ochronić go przed upodleniem, przed wykopaniem z grobu. Do końca walczyłam, żeby zostawić go w spokoju, tam gdzie leży. Byliśmy pewni, że, gdy siostrzenica księdza zobaczy zdjęcie Kuby i to, jak bardzo podobny jest do ojca, wtedy zrezygnuje z ekshumacji. Tu nie było najmniejszych wątpliwości, Kubuś nawet ma takie same gesty jak ojciec. Wystarczyło przyjść do nas, zapukać, rodzina księdza wiedziała, gdzie mieszkam.

– Ksiądz Irek powtarzał pani, że nikt nie może dowiedzieć się o waszej tajemnicy, że wszystko ma zostać miedzy wami. Obiecywała pani, że właśnie tak będzie, że będzie go pani chronić. Skąd decyzja, żeby zgłosić się do detektywa Rutkowskiego. Pewne było, że jak on się za to zabierze, o tajemnicy księdza dowie się cała Polska…

– To była jedyna droga. Napadano mnie pismami z kancelarii adwokackiej, w których mieszano mnie z błotem. Dostawałam anonimy, telefony z zastrzeżonych numerów, groźby. Chciałam wszystko załatwić po cichu, byłam przecież u arcybiskupa. Jednak on nie chciał mnie słuchać. Co miałam robić? Nie było kilku dróg do wyboru. Została już tylko jedna. Wiedziałam, że Waldek mi to wybaczy. Zawsze mówił, że wszystko jest Kubusia. Moja ukochana przyjaciółka mi powtarzała, że muszę walczyć, a Rutkowski na pewno mi pomoże. Miała rację.

– W oławskim domu księdza było sporo dowodów na to, że może mieć dziecko. Kiedyś wspomniała pani, że jeden z księży podarł zdjęcie Kuby.

– Tak, to prawda. Przyznał się do tego w mojej obecności. Waldek miał też poduszkę z wizerunkiem Kuby, jego akt urodzenia, sporo nagrań i zdjęć. Dwóch księży weszło do domu Waldka w dniu śmierci. Wyważyli drzwi i znaleźli go martwego. W marynarce miał klucze do mieszkania przy ulicy Katedralnej we Wrocławiu. Zabrali klucze i pojechali tam, chociaż wcale nie powinni. Szczególnie jeden z nich, który nie był wykonawcą testamentu.

– Czego szukali na Katedralnej? Rozumiem, że chcieli zniszczyć dowody, wskazujące na dziecko…

– Tu nie chodziło o dziecko ani o zdjęcia. To akurat była dla nich mniej istotna sprawa. Oni szukali czegoś innego.

– Majątku, pieniędzy…, czego?

– To były rzeczy szczególnie ważne. Waldek mi opowiadał, że mieli problemy w pracy, na uczelni. Chodziło o bardzo duże kwoty pieniędzy. Waldek płakał i walczył, żeby prawda wyszła na jaw. Wciąż powtarzał, że musi walczyć ze złodziejami. Nie miał pieniędzy na stypendia dla studentów, chociaż państwo już je przyznało i wypłaciło. Ktoś przejął te pieniądze wcześniej, zanim trafiły na fakultet. Podejrzewał kto.

– Twierdzi pani, że księża weszli na Katedralną, po to, aby zniszczyć dowody, związane z tą sprawą?

– Nie mam na to dowodów, ale przypuszczam, że tak było. Szczególnie jednemu z nich na tym zależało. Nie ma laptopów i telefonów. Jeden telefon był na firmę, a drugi nasz na kartę, ale ten firmowy nie miał prawa zginąć, bo tam mogły być różne rzeczy. Jeżeli się znajdą, to dobrze, bo przecież wszystkie dane można odzyskać, ale jeśli nie, dla mnie sprawa jest jasna. Ktoś z uczelni szukał czegoś, co mogło poważnie zaszkodzić.

– Wiele pani wiedziała o ciemnej stronie Kościoła. Na co Waldemar Irek skarżył się najbardziej?

– Głownie bolało go to, że jest przyzwolenie na homoseksualizm. Wiedział o tym i strasznie ubolewał. Mówił, że sutanna dla takich ludzi jest tylko przykrywką, że są zakłamani. Bolało go bardzo, że chroni się pedofilię i homoseksualizm.

– Ale wy też żyliście w grzechu…

– Tak, to prawda. Rozumiem, że nas skazano i oczerniono, tylko dziwi mnie to, że nikt nie pochylił się nad dzieckiem. Dlaczego dziecko od początku poniosło konsekwencje naszego grzechu? Dlaczego Kościół, go nie chronił? Dlaczego arcybiskup nie powiedział „chłopczyku, miałeś durnych rodziców, ale pomyślimy, co dalej, jak cię chronić.” Nikt z Kościoła się nad nim nie pochylił.

– Pani nie jest bez winy, wiedząc z kim się wiąże.

– Nie chcę, żeby nikt się nade mną litował. Od początku mój rozum w tym uczestniczył i wiedziałam, że ponoszę wielka odpowiedzialność za ten związek. Przerosło mnie to, że nie ma żadnych dokumentów. Gdyby Waldek zostawił jakaś adnotacje, to nikt by się o niczym nie dowiedział.

– Próbowała pani zakończyć ten związek?

– O Jezu, żeby raz! Średnio kończyłam raz w miesiącu. On już się przyzwyczaił, że nie odbieram telefonów, mówię, że odejdę, wyjadę. Był rok próby i walki z bliskością. Wiedzieliśmy, że jak się nie będziemy spotykać, to Waldek będzie żył w czystości. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, mówił, że jest silny do momentu, kiedy nie przyjdzie do mnie. Tego się nie da wytłumaczyć. Próbowaliśmy, ale nie udało się. Nie byłam w stanie się odkochać.

– Miała go pani w domu tylko dla siebie, ale przecież nie mogliście się publicznie pokazywać, chodzić z dzieckiem na zakupy. Nie brakowało pani tej zwykłej codzienności?

– Chodziliśmy na zakupy. Spotykaliśmy się we Wrocławiu. Pamiętam doskonale nasze ostatnie spotkanie przed jego wyjazdem do Rzymu. Byliśmy z Kubusiem w Ikei. Zadzwonił i powiedział, „jak ładnie zaparkowałaś. Jestem obok, już do was idę”. Był pięknie ubrany, w jasne kolory, wyglądał wspaniale. Jego obraz z tamtego dnia utkwił mi najbardziej w pamięci. Po jego śmierci pojechałam do Ikei i chciałam nagranie z monitoringu. Niestety, dane przechowują tylko miesiąc. Ten dzień był naprawdę szczególny. Podeszła do nas biedna kobieta i daliśmy jej pieniądze. Podziękowała i powiedziała: „Dbajcie o to dziecko!”. Waldek spojrzał na mnie i dodał: „słyszałaś, ja ci cały czas tak powtarzam”. To było takie symboliczne. Często też mówił, że Bóg nas rozgrzeszy.

– Co mówił o mieszkańcach Oławy?

– Kochał to miasto, często to powtarzał. Uwielbiał tu wracać, bo tu był jego dom. Był nieszczęśliwy we Wrocławiu, bo tam panował inny klimat, inni ludzie. Kochał swoją Oławę. Nawet gdy mówiłam, że wyjadę i zabiorę Kubusia do Niemiec, błagał, żebym została: „Wiesiu, proszę cię, chcę, żeby Kubuś wychowywał się w Oławie, bo tu są cudowni ludzie.” Czuł się tu najlepiej.

– Skoro tak bardzo kochał mieszkańców, dlaczego przez te lata nie podjął decyzji i nie zrezygnował z bycia księdzem? Wydaje się, że zrozumieliby, gdyby powiedział wiernym wprost, że ma dziecko, kocha je ponad wszystko i właśnie dlatego musi zrezygnować z posługi kapłańskiej.

– Nie wyobrażał sobie życia zawodowego w momencie, gdy musiałby zrezygnować z tej funkcji. Nie potrafił podjąć tej decyzji. Wiedział, że w Kościele go zniszczą, że nie będzie mógł więcej pisać i wykładać. Uwielbiał swoich uczniów.

– Jak spędzaliście święta Bożego Narodzenia?

– Zawsze razem. Pięknie przygotowane, u mnie w domu. Nawet, jak miał wyjazdy, wszystko dostosowywał do nas.

– Zostanie pani w Oławie?

– Jak sąsiedzi usłyszeli, że planuję sprzedaż mieszkania, od razu miałam odwiedziny i przekonywali mnie, że muszę zostać. Ci wszyscy ludzi mnie nie oceniają, znają mnie od dawna i na tym bazują.

– Szuka pani pracy?

– Tak. Czekam właśnie na telefon. Mam iść na rozmowę. To praca poza Oławą, ale w moim zawodzie (pielęgniarka przyp. red).

– Rutkowski pani pomógł?

– Tak, podpowiedział, że w danym miejscu mam duże szanse na pracę. Od początku bardzo dużo mi pomógł. Tylko on zobaczył krzywdę dziecka. Na pierwszym spotkaniu przeczytał dokumenty i powiedział: „Pomogę Kubusiowi”. Zorientował się, że to podejrzana sprawa, która ma kilka wątków, w tym kryminalny… Ja bym sobie z tym nie poradziła, w żadnym wypadku.

Rozmawiała Agnieszka Herba

Fundatorzy nagród, Patroni medialni oraz Partnerzy:

localpress_1_3