Loading...
Close

27 października 2015

Niebo do wynajęcia – najlepszy reportaż

Małgorzata Potoczak-Pełczyńska, Nowiny Jeleniogórskie

Na tablicy ogłoszeń pod hasłem lokale/ Przeczytałem przedwczoraj ogłoszenie ciekawe/ Niebo do wynajęcia”.

Na zdjęciu autorka tekstu. Fotografia z archiwum prywatnego

Na zdjęciu autorka tekstu. Fotografia z archiwum prywatnego

Kto nie zna przeboju Roberta Kasprzyckiego? Spróbować znaleźć taki lokal „z widokiem na Raj. Tam gdzie spokój jest święty. No i święci są pańscy. Szklanką ciepłej herbaty. Poczęstuje Cię Pan”. Tylko jak to zrobić? Do Bożego Narodzenia zostało tylko kilka dni.

Ogłoszenie ma 24 znaki: „Niebo do wynajęcia. Szukam ludzi i miejsc”. Zamieszczone w kilku wydaniach gazety, okazało się śladem donikąd. Żadnych zgłoszeń. Od tych, którzy wynajmują niebo. I od tych, którzy go szukają.

W dobie internetu może niebo łatwiej będzie wynająć przez internet. W googlach wyskakuje agroturystyka „Niebo do wynajęcia”. Notowania ma dobre. Ale miejsce za daleko. Nawet Trzej Królowie nie zdążyliby z Jeleniej Góry dotrzeć na czas w Zachodniopomorskie. Trzeba szukać bliżej. Cieplicki adres „Ósmego nieba” jest nadzieją. A jednak nadzieją do… wynajęcia. Po restauracji został tylko szyld „Ósme niebo” i przyklejone reklamy „DO WYNAJĘCIA”. W Jeleniej Górze niebo splajtowało?

Kolejny trop wiedzie do Szklarskiej Poręby.

Czy niebo można zjeść?

W knajpce „Niebo w gębie” w Szklarskiej Porębie na sześć dni przed Bożym Narodzeniem oczy wpatrzone w kartę menu: tutaj firmowe „niebo w gębie” można zjeść za 27 zł. Zamienić szklankę herbaty na pizzę?

– Można próbować – radzi kobieta z sąsiedniego stolika. Rodzina Bąk: mama, tata i dwie córeczki, przyjechała w góry z Bydgoszczy na urlop.
– Niee, nieba zjeść nie można. Lepiej spróbować go znaleźć w drugiej osobie. W rodzinie – protestuje mąż.
Przy kolejnym stoliku dwójka młodych ludzi. Zakochanych. To widać.
– Może w górach wyżej, to łatwiej o niebo? Ale ja wolę morze – Magdalena Nykiel przyjechała właśnie do Radka, narzeczonego, który w Szklarskiej Porębie przygotowuje apartamenty pod wynajem. Szkoda, że nie oferuje nieba.
– Dla mnie niebo to szczęście, wszystko, co wiąże się z moją narzeczoną. Jest w błogosławionym stanie – uśmiecha się Radek. Magda patrzy na niego i też się śmieje:
– Człowiek, jak jest szczęśliwy, to patrzy w niebo. Kiedy odczytałam test ciążowy, momentalnie wzrok poszybował ku górze. Ale tam był tylko sufit.

Na sześć dni przed Bożym Narodzeniem zamiast firmowego „nieba w gębie” znalazłam Magdę w błogosławionym stanie. Ale ona nie potrzebuje nieba do wynajęcia. Już je znalazła.

Przedszkolaki w raju

Lepiej pomóc szczęściu. Zamiast w knajpach, nieba poszukać może w… przedszkolu? Zanim dziecięca szczerość i wiara w niebo nie zostanie w szafie jak za małe ubranko.

– Co to jest niebo? – pytam dzieciaki w Przedszkolu nr 3 w Kamiennej Górze. „Niebo to powietrze, gwiazdy, chmury niebieskie, białe i czarne”…
– To siostra na religii nic wam nie mówiła? – podpowiada nauczycielka.
– W niebie mieszka Jezus – poważnym głosem wyjaśnia dziewczynka.
– A na Ziemi nie można znaleźć nieba?
– Nieeee – chórem przekrzykują przedszkolaki.
Janusz Jarosz stoi obok. Podpiera się kulami. W przedszkolu wszyscy go znają.
– Nazywamy go w przedszkolu naszym społecznym menadżerem, a on siebie największym żebrakiem w Polsce, bo ciągle szuka sponsorów dla przedszkola – śmieje się pani dyrektor. W domu, zwyczajnie, Dorota. Z Januszem pobrali się w 2006 roku.

– Leżąc w szpitalach, myślałem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Swoje życie uważałem za przegrane. I wtedy przez internet poznałem Dorotę. To jest właśnie mój okruch nieba – opowiada Janusz Jarosz.

Nie kłamał. W pierwszym mailu napisał Dorocie, że choruje na raka, przeszedł 24 operacje, stracił biodro, miednicę i nogę.
Kiedy chrupnęło mu coś w biodrze, miał 42 lata. Biodro bolało. Lekarz wmawiał mu, że symuluje. Trzy miesiące później w Instytucie Onkologii w Warszawie usłyszał: amputacja nogi albo straci życie.

– Żyję, bo Ten Na Górze chyba się mną brzydzi, dał mi jeszcze pięć minut. Osiem razy było naprawdę bardzo źle.
Kiedy żona odeszła z domu, zostawiła dwóch nieletnich synów. Ważył 37 kg. Ziemniaki obierał na raty, żeby zdążyć do 16, kiedy chłopcy wrócą ze szkoły.
– Proteza nogi, refundowana przez NFZ, ważyła 16 kg, nadawała się tylko jako ławka do siedzenia.
Na wózek Janusz nie dawał zgody. Tylko raz wybrał się tak na ryby. O czwartej rano, żeby nikt nie widział.
– Wydawało mi się, że jak siądę na wózek, to już będzie po mnie.

Pewnej nocy usłyszał apel fundacji „Nie jesteś sam”. Napisał podanie o protezę. Kiedy przyszła zgoda, wyobrażał sobie, że chodzi ulicami miasta w czarnym płaszczu, o lasce. Trzy tygodnie później dostał od fundacji kolejny list. Sprostowanie. Pomylili się. Tytanowa proteza nie dla niego. Już nie widział siebie ubranego w czarny płaszcz, chodzącego ulicami miasta o lasce.

I wtedy uśmiechnęło się do niego niebo. W klinice w Warszawie poznał pacjenta, dziennikarza. Pomógł mu. Janusz dostał tytanową protezę. Marzenie o laseczce okazało się na wyrost, ale i tak jest o niebo sprawniejszy.

Teraz Janusz wynajmuje niebo dla innych. Zna ścieżki, którymi pacjenci powinni się poruszać. Pomógł Ani spełnić marzenie: po amputacji nogi przeszła kilka kroków z dzieckiem na ręku. Z chorym Andrzejem rozmawiał przez skejpa aż do końca jego dni. Takich podnajemców nieba Janusz ma wielu.
– Wróciłem do żywych, chciałem coś robić – tłumaczy się Janusz z kłopotliwych pytań o pomoc dla innych.
Próbował zostać wolontariuszem, edukować dzieci w kole wędkarskim. Nie wyszło. Odkąd poznał Dorotę, pomaga przedszkolakom w Kamiennej Górze. Nie ma takiej możliwości, żeby dzieciakom z publicznego przedszkola nie załatwił sponsorów na sprzęt elektroniczny, monitoring przedszkola, a ostatnio na… pierwszą w Polsce komnatę solną dla dzieci.

– Ludzie są dobrzy, chcą pomagać, trzeba im tylko pokazać, że ma to sens – tak uważa Janusz.

Niebo to inni

– Niebo to spotkania z ludźmi, którzy mają otwarte serca i otwarte głowy na drugiego człowieka – mówi Katarzyna Morawska, aktorka Zdrojowego Teatru Animacji, zapytana o niebo w ulicznej sondzie. Dwa tygodnie temu w tragicznych okolicznościach straciła mamę.
– Ja mam w życiu niesamowite szczęście do ludzi. Wiedziałam o tym. Ale fala ludzi i życzliwości, która mnie otoczyła po śmierci mamy… Nie wiem, jakich słów użyć, żeby nie były banalne albo zbyt górnolotne. Czułam, jakbym oddychała życzliwością. Inni ludzie byli moim powietrzem. Z każdym oddechem czułam się lżej.
Odbierała telefony, co ma zrobić z kredytem mamy, z mieszkaniem, przyjaciółka zawiozła do rodzinnego Radomia.
– Tyle osób życzliwych wzięło udział w ceremonii pogrzebowej. I żegnali moja mamę z wiarą, nadzieją. Powód nie był niebiański, a ja dzięki tej życzliwości czułam się jak w raju.

Rozmawiamy w sklepie ze zdrową żywnością. Na pięć dni przed Bożym Narodzeniem najlepiej sprzedają się pierogi z kapustą i grzybami.
– Niebo to mój kościół. A kościół to ludzie z mojej parafii, życzliwi, kochani – mówi niespodziewanie Krystyna Pawluk, ekspedientka. Należy do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, który opiera się na zasadach biblijnych. A w Biblii nie ma tradycji związanych ze świętem Bożego Narodzenia. Pani Krystyna świętuje z rodziną co tydzień: od zachodu slońca w piątek do zachodu słońca w sobotę. Czytają fragment Pisma św. śpiewają pieśń. Dziękują za cały tydzień.
Sobotnie nabożeństwo w kościele i ludzie, których tam spotyka. Szukając nieba, pani Krystyna trafiła pod ten adres.

Niebo Pod Aniołem

Ludzie są zmienni. A niebo powinno mieć stały adres. Uparcie tropię miejsce, gdzie można fioletowym flamastrem napisać: „niebo do wynajęcia”.
– Kobieto, gdzie ja z moim charakterem do nieba?! – śmieje się Bogusia Rudnicka. Przy kubku herbaty, w Galerii Pod Aniołem, którą prowadzi w Dobkowie, czytamy kronikę domu.
– Goście piszą, że czują się tutaj, wśród aniołów, jak w niebie. Ja tam nie czuję się jak w niebie. Ale rozmawiam z aniołami. Łagodnie. A jak mam zły dzień i skrzydło ułamię, to też potrafię nakrzyczeć – upiera się przy swoim Bogusia.
Niechętnie wraca do czasów sprzed trzynastu lat. Mąż stracił pracę, trójka małych dzieci.
– Było kiepsko. Płakać można dzień, dwa, ale dzieci się tym nie najedzą.
Wtedy odnalazła swojego anioła. W Dobkowie pojawił się student ASP. Lepił z gliny. Spróbowała.
– Kiedy wzięłam glinę do ręki, nie myślałam, co ugotować, co będzie dalej. Poczułam spokój.
Ulepiła anioła.
– Bałam się, ale anioł mówił „próbuj, idź”. Nie wiem, jak dałam radę. Ludzie we wsi kręcili głowami, że babę porąbało, bo chce we wsi galerie otwierać.
Pierwszą partię skrzydlaków niebiańskich, którą wiozła na rynek, potłukła w transporcie. Lepiła dalej. Sprzedawała anioły na rynkach miast, nie miała zarejestrowanej działalności. Policja chciała ją aresztować w Legnicy. Lepiła dalej. Tylko nie miała gdzie wypalać tej ceramiki.
– Znowu pomógł anioł. Poznałam ceramika ze Świebodzic. Kiedyś ktoś pomógł jemu. Otworzył dla mnie drzwi pracowni.
Dopiero cztery lata, jak ma bieżącą wodę w domu. Przedtem nosiła wodę z rzeki. Bogusia pokazuje zdjęcia starej stodoły „z wylęgarnią szczurów i myszy”, dzisiejszej Galerii Pod Aniołem. Trzy razy paliła się jej instalacja w stodole. „Obudziło mnie coś w nocy”. Syn, porządkując stodołę, niemal stracił oko. Lekarze byli zadziwieni, że oko uratowali. „A ja wiem, że to odgórnie było”.
Przy Bogusi nie tylko czuwały anioły. Córki zawsze przy niej stały. Od dziesiątego roku życia pomagały lepić. Nie tylko anioły. Fachowiec za wylepienie łupkiem toalety przy pracowni chciał 500 zł. „Karusia, będziesz to robić” – powiedziała Bogusia. „Ale, mamo, ja tego nie umiem” – broniła się Karusia. „Córciu, rozumiem, ale musimy to zrobić. Dasz radę, krzywo będzie, ale nasze”.

Córki do szkoły średniej dojeżdżały do Jeleniej Góry, do technikum hotelarskiego. Wstawały o piątej, siedem kilometrów szły na przystanek autobusowy na piechotę. Kiedy najstarsza Agata dwa lata temu broniła licencjat na turystyce, Bogusia pojechała do Wrocławia:
– Wywołali najlepszą studentkę na uczelni, Agatę Rudnicką. Myślałam, że umrę z radości. Łzy mi ciekły jak z kranu. Byłam z niej taka dumna.
W Galerii Pod Aniołem ogień w kominku się pali. Wokół anioły z gliny. Przy wspomnieniach bolesnych i radosnych Bogusia Rudnicka już prawie zgadza się na dopisek w powietrzu: „Galeria Pod Aniołem. Niebo do wynajęcia”.
– Dziś ta pogoń, wyścig, wszystkich do przodu gna. Glina wycisza. Przyjadą, popracują w glinie, może znajdą tu inny świat – na dowód pokazuje wpis z kroniki: „Było bosko. Anioły czuwają nad tym miejscem”.

Ale kiedy odjeżdżam z Dobkowa, Bogusia kieruje mnie pod inny adres.
– W Radzimowicach, u Władzi i Wiktora, znajdzie pani magiczne miejsce. Jak się wychodzi na wierchowinę, ta przestrzeń… ja dopiero tam zaczęłam słyszeć bicie swojego serca. Tam zaczęłam rozmyślać, po co żyję. Tam znajdzie pani to swoje niebo.

Niebo nieśpieszne

Nie tak łatwo dotrzeć do nieba. Trzeba przejść przez czyściec – pokonać drogę z Mysłowa do Radzimowic. Samochód podskakuje na wybojach nieasfaltowej drogi. Góry Kaczawskie na wyciągnięcie ręki. Piękne to niebo do wynajęcia.

W Radzimowicach stoi 11 domów. Mieszka tu kilkanaście osób. Wśród nich Władzia Gil i Wiktor Urbańczyk. Prowadzą agroturystykę, uprawiają orkisz, pieką chleb. Karmią cztery koty. Pilnują posągów buddyjskich, które zostawił im na przechowanie znajomy Japończyk. Chodzą do lasu. Prowadzą projekty dotyczące górnictwa, Słowiańszczyzny, a ostatnio i „sztuki życia”. Palą pod kuchnią. Gotują. Żyją.
Ich dom stoi koło… rynku. Tak nazywają plac na środku Radzimowic. Przed wejściem do domu na drewnianym szyldzie wyryte słowa:
„Jeśliś strudzony zniżą się te progi i spoczynek cie czeka
Jeśliś znękany rozszerzą się ściany i spokój tu znajdziesz”.
Obietnica nieba już od progu? Ryzykowne hasło.
Wiktor Urbańczyk nie jest zdziwiony, że ktoś wskazał mi ten adres „nieba do wynajęcia”. Na Starej Górze potrafią dziać się cuda.
– Szukałem domu w górach, myślałem o Tatrach, ale w wędrówkach za minerałami trafiłem na Starą Górę – opowiada, częstując od wejścia gorącą i zdrową zupą z dyni. Najwyraźniej w niebie nie tylko można liczyć na szklankę ciepłej herbaty.
– Tak, to wyjątkowe miejsce. Wielu ludzi tak czuje. Nam jest tu jak w niebie. Ten dom pozwolił na realizację marzeń, rozwinięcie skrzydeł – potakuje pomiędzy kolejnymi łyżkami zupy. W Radzimowicach mieszka od 26 lat. Odkąd rzucił pracę jako urzędnik w Legnicy i kupił tu dom. Ale, jak przyznaje, o tym, że decyzja była słuszna, przekonał się dopiero po kilkunastu latach. Nie chce mówić, jak trudno było podnieść dom z ruiny. Woli rozmawiać o niebie.
– Gwiazdy tu są na wyciągnięcie ręki. 25 lat temu pewna sierpniowa, spadająca gwiazda spełniła życzenie ”żeby być z moją Władą”. Teraz mówię do Włady: „Ty moja spadająca gwiazdo”.
Wiktor nie szuka innego nieba. Do miasta zjeżdża tylko w pilnych potrzebach. To świat przyjeżdża do niego. Choćby w pierwszą sobotę sierpnia, kiedy organizuje Festiwal „Świat Kultur”.
– Ale bez przesady. Tłoku tutaj nie ma. To miejsce wybiera ludzi, ono samo decyduje, kto ma się tutaj pojawić – mówi enigmatycznie. I już pomaga rozebrać Władzi płaszcz, bo właśnie wróciła z miasta. Patrzy na nią wzrokiem, jakby to wczoraj, a nie 25 lat wstecz, dojrzał spadająca na Starą Górę gwiazdę.
Włada śmieje się, że to u nich w domu szukam nieba do wynajęcia.
– Przecież już dawno mamy hasło naszej agroturystyki: „Skosztuj nieba w domu chleba” – protestuje Wiktor.
– Długo mi nawet las połamany przeszkadzał. Dziś uważam, że tutaj mamy wszystko – zdradza Włada i parzy kawę z kurkumą i cynamonem. Wiktor pokazuje wiersz, jaki napisał kiedyś dla swojej Włady:

„Dom tu zbuduję
na skale, na skale
Ogień niebu rozpalę
na stałe, na stałe
Woda ze źródła popłynie
orzeźwi me skronie
Zaniesie miłość dolinie
rozsrebrzy księżycem dłonie (…)”

Słońce zachodzi, kiedy znów pokonuję czyściec drogi ze Starej Góry ku dolinie. I jak tu, podskakując na wybojach, nie zgubić adresu nieba do wynajęcia?
„Gdy wróciłem do domu gdzie się błękit z betonem/Splata w Babel wysoki sięgający do chmur/Zaparzyłem herbatę w swym pokoju nad światem/Myśląc „nic nie straciłem, pewnie tak jest i tam”.
Zatrzymuję samochód. W notatniku zapisuję jeszcze jedno zdanie Wiktora:
„Nie może być pośpiechu, wtedy można celebrować życie, wprowadzać do niego własne rytuały. Sztuki życia nie da się zamknąć w jedne ramy”.

Tak jak nie można znaleźć jednego adresu nieba do wynajęcia.

Fundatorzy nagród, Patroni medialni oraz Partnerzy:

localpress_1_3