Loading...
Close

17 maja 2018

Na granicy życia i śmierci

wywaid1

Na zdjęciu: Gala konkursu SGL Local Press 2017.
Tekst nominowany w konkursie SGL Local Press 2017  w kategorii „wywiad i inne gatunki publicystyczne”.

Autorka: Joanna Lewandowska, „NOWa Gazeta Trzebnicka”

Artur Habowski przez przypadek został kierowcą karetki. Jeździł do wypadków, ratował ludzie życia. Widział wiele bólu, łez, ludzkich tragedii. Teraz jako technik sekcji zwłok, balsamista, tanatokosmetolog i tanatopraktyk zajmuje się przygotowywaniem ciał do pogrzebów, wykonuje balsamacje. Na czym według niego polega szacunek do zmarłego i czy stykając się na co dzień ze śmiercią sam się jej boi?

NOWa: Jako ratownik medyczny w woj. lubuskim zaczął Pan pracę trochę przez przypadek. To właśnie w zespole ratunkowych pomagał Pan ratować ludzkie życie, ale i po raz pierwszy zobaczył jak umiera człowiek?

Artur Habowski: Kolega, który był ratownikiem medycznym pomógł mi załatwić pracę. Byłem kierowcą karetki, miałem przeszkolenie medyczne. Pomagałem przy reanimacji, intubowaniu, podawaniu leków. Wiedziałem wiele wypadków. Najwięcej zdarzeń było latem, kiedy pojawili się motocykliści. Niektórzy z nich jadą ile maszyna dała, nie myślą o tym, że kierowcy mogą ich nie zauważyć w lusterkach. Z drugiej strony, kierowcy nie mają nawyku uważania na motocyklistów. Zwykle po wypadkach motocykliści zostawali inwalidami albo ginęli na miejscu czy w trakcie dojazdu do szpitala. Po wypadku przy prędkości powyżej 100 km motocykliści praktycznie nie mają szans na dalsze normalne życie. Pomagałem wielu ofiarom takich wypadków. Latem zdarzały się też często utonięcia. Kilka lat temu zaczęliśmy spotykać się z dopalaczami. Kiedy ja pracowałem, to nasza pomoc polegała na podawaniu leków, które zapobiegały danym objawom; kiedy ktoś wymiotował, dostawał lek przeciwwymiotny, kiedy był pobudzony coś na uspokojenie. Były drgawki, majaczenie, utraty przytomności. Nie znaliśmy składników dopalaczy, dlatego podawaliśmy lek na występujące akurat objawy. Wiele widziałem pracując w pogotowiu.

NOWa: Co pan czuł, kiedy zmarła pierwsza osoba, której jechał pan z pomocą?

A.H.: Dokładnie nie pamiętam pierwszej osoby, która przy mnie zmarła. To było dziwne uczucie. Nie wywołało u mnie łez, ale trudno było mi się odnaleźć. Byłem zły i bezsilny, bo myślałem czy przypadkiem nie jechaliśmy zbyt wolno. Pamiętam, kiedy któregoś dnia pojechaliśmy do wypadku. Okazało się, że ofiarą był mój kolega. Zmarł na moich rękach.
Też jako 15-latek dorabiałem sobie w firmie pogrzebowej nosząc trumnę. Nie miałem bezpośredniego kontaktu ze zwłokami czy prochami. Nie widziałem ich, ale wiedziałem, że znajdują się w trumnie czy urnie, którą niosę na cmentarz.

 NOWa: Czy udzielając pomocy czuł pan presję otoczenia? Myślał pan o rodzinie ofiary?

 A.H.: Wyłączałem emocjonalne myślenie. O tym, że ktoś obok płacze i krzyczy, że w domu na tę osobę ktoś czeka. Może żona, dzieci. Gdybym o tym myślał, nie mógłbym racjonalnie myśleć.

 NOWa: Jak to się stało, że z ratownika medycznego ratującego ludzkie życie stał się pan technikiem przeprowadzającym sekcje zwłok?

 A.H.: Po dwóch latach pracy w pogotowiu chciałem spróbować pracy w prosektorium. Szkoliłem się przez miesiąc w Zakładach Medycyny Sądowej jako technik sekcji zwłok sądowo-lekarskich, administracyjnych i anatomopatologicznych, czyli takich szpitalnych. Kurs zacząłem jeszcze jako pracownik pogotowia, najpierw na urlopie. Uczyłem się robienia sekcji, czyli jak otworzyć ciało, o wszystkich jego jamach, jak otworzyć klatkę piersiową, jamę brzuszną, jak wypreparować rdzeń kręgowy. Musiałem nauczyć się całego atlasu anatomii. To nie jest oczywiście poziom lekarski, gdzie trzeba znać również nazwy w języku łacińskim, ale nauki było bardzo dużo. W czasie kursu zrobiłem w sumie około 40 – 50 sekcji. Zdałem egzaminy pod okiem lekarzy i profesorów. Egzamin składał się z dwóch części: teoretycznego i potem praktycznego – wykonaniu dwóch sekcji zwłok. Po uzyskaniu dyplomów zacząłem pracę w prywatnej firmie na śląsku. Zajmowałem się ubieraniem ciał do pogrzebów i wykonywaniem sekcji sądowo-lekarskich i szpitalnych z lekarzem, jako asystent.

 NOWa: Niektórzy mdleją na sam widok krwi, a pan rozcina i bada ciała ludzi, którzy już nie żyją.

 A.H.: Traktuje to jak pracę. Nie myślę o tym czy człowiek, którego sekcje mam przeprowadzić miał rodzinę, dzieci, mamę czy ojca. Podchodzę do sekcji myśląc, że moja praca ma celu pomoc w zrozumieniu przyczyny zgonu. Podam taki obrazowy przykład: przez pasy przechodzi pieszy, potrąca go samochód. My podczas sekcji zwłok jesteśmy w stanie stwierdzić, z której strony samochodu ten człowiek przechodził, czy auto uderzyło go gdy wchodził dopiero na jezdnię czy w chwili, kiedy już schodził na chodnik. Czy samochód uderzył go z przodu, z boku czy z tyłu. Podobnie jest z osobami powieszonymi. Badając ich ciała możemy stwierdzić czy popełnili samobójstwa czy tylko ktoś chciał, żeby to tak wyglądało. Bywa tak, że ktoś może kogoś udusić, a potem stara się go powiesić na pasku czy linie, żeby upozorować samobójstwo. Znając reakcje organizmu wszystko to możemy dokładnie odtworzyć. Jako osoby wykonujące sekcje widzimy to, czego nie może dostrzec nikt inny. Dzięki temu dostajemy też przestrogi na własne życie.

 NOWa: Sekcjami zajmuje się Pan od 2011 roku. Czy przez te wszystkie lata pracy zdarzyło się, że coś wyjątkowo pana poruszyło. Traktuje pan swoją pracę zadaniowo, ale przecież jest pan człowiekiem, ma rodzinę, dziecko.

 A.H.: Zawsze staram się wyłączać emocje, ale były takie przypadki, które zapamiętałem. Była młoda kobieta, około 30 lat. Potrącił ją samochód, a ona była w zaawansowanej ciąży, w 8 miesiącu. Wtedy miałem bardzo trudną rozmowę z jej mężem, ojcem nienarodzonego dziecka. Musiałem zapytać czy po sekcji dziecko mam włożyć z powrotem do łona matki czy będzie pochowane w osobnej trumnie. Mężczyzna zdecydował, że do łona matki. Robiłem też sekcję młodego chłopaka. Wyjątkowo głupia śmierć. Jechał autem, spadł mu telefon. Kiedy się po niego schylił, auto uderzyło w słup, on wyleciał przez przednią szybę, bo nie miał zapiętych pasów. Obok siedziała jego narzeczona. Miała zapięte pasy. Jej nic się nie stało. W dodatku był to zawodowy kierowca ciężarówki. Staram się „nie przynosić pracy do domu”, ale mam ten komfort, że żona pracuje w zakładzie pogrzebowym i niektóre tematy nie są tabu.

 NOWa: Zdarzają się i takie wypadki, w wyniku których ciała są bardzo zmasakrowane. Czy nie wywołuje to w panu lęku?

A.H.: Po zakończeniu pracy w prywatnej firmie pracowałem z Zakładzie Medycyny Sądowej na Śląsku. Tam widziałem wszystko. Począwszy od ofiar katastrofy pod Szczekocinami, po ciała rozczłonkowane, a nawet takie, przez które przejechał tramwaj. To jest swego rodzaju wyzwanie. Bo jeśli rodzina chce, żeby ciało przygotować do pogrzebu to należy wykonać balsamowanie zwłok i rekonstrukcje. Ale do tego również trzeba ukończyć specjalistyczne kursy.

 NOWa: A na czym dokładnie polega rekonstrukcja ciała?

 A.H.: Ofiary wypadków mają zwykle połamane kości. Moim zadaniem jest zespolić je i tak przygotować ciało, aby wyglądało, jakby zmarły spał. Najtrudniejsza jest zawsze rekonstrukcja twarzy. Ubytki w skórze uzupełniamy specjalistycznymi woskami, a całą twarz pokrywamy kosmetykami. Ja jestem zwolennikiem makijażu metodą natryskową, bo woski są bardzo podatne na pęknięcia. Malowanie pędzelkiem czy gąbką może je uszkodzić.

 NOWa: Większości ludzi balsamowanie zwłok kojarzy się pewnie z owijaniem ciała w bandaże nasączone różnymi ziołami i substancjami chemicznymi. Jak ten proces przebiega?

 A.H.: – W Polsce jest to jeszcze nadal bardzo mało popularny zabieg. Większość rodzin chce, aby wykonać ten zabieg ze względów estetycznych. Po balsamacji znikają wszystkie niepożądane znamiona śmierci, jak sine uszy, plamy opadowe, sina twarz, usta, palce, paznokcie, całe dłonie. Poza tym, po balsamacji całe ciało jest zdezynfekowane. Osoby, które żegnają się ze zmarły nie zarażą się niczym od denata przez dotyk, a nawet pocałunek. Inną korzyścią jest to, że po balsamacji ciało się nie rozkłada, a wysycha. Oczywiście wszystko zleży od tego, kto jakich płynów używa. Można dać słabsze środki i bardzo mocne. Sam robiłem balsamacje zwłok dla studentów Akademii Medycznej do wydziału anatomii prawidłowej. Zwłoki, bez przebywania w chłodni, wytrzymały dwa lata.

 NOWa: Jak wykonuje się ten zabieg?

 A.H.: Na zasadzie podmiany płynów; krew na płyn balsamujący. Do tego trzeba znać całą „hydraulikę naczyń krwionośnych”. Płyn balsamujący wprowadzamy do ciała za pomocą specjalnej pompy, która działa trochę jak serce – płyn wpuszczamy tętnicą a żyłą odzyskujemy krew. Naczyniami krwionośnymi płyn dociera do wszystkich narządów: do ust, do uszu, rąk, narządów wewnętrznych. Jest tylko jeden warunek – trzeba to zrobić profesjonalnie, bo jeśli balsamację wykonamy źle, ciało będzie napuchnięte i te zmiany są już nieodwracalne.

 NOWa: Skoro balsamacja ma tyle zalet, to dlaczego jest tak mało popularna?

 A.H.: Dlatego, że to kolejne koszty. Niektórzy natomiast nie chcą żadnych zabiegów, bo mówią, że po co to zmarłem, jak on już i tak nie żyje? Z tego, co również zauważyłem dla ludzi nadal najbardziej liczy się to, jak wygląda trumna i cała oprawa ceremonii pogrzebowej, nie przykładają jednak większej uwagi do wyglądu osoby zmarłej. Najważniejsze dla nich jest opinia ludzi, którzy wezmą udział w pogrzebie. Odbywa się to na zasadzie „sąsiad miał dębową trumnę, ja muszę mieć lepszą!” .

 NOWa: Bardzo dużo wie pan o śmierci. Boi się jej pan?

 A.H.: – Boję się każdej śmierci. Cztery lata temu ubierałem do pogrzebu dziadka, w tym roku babcię. To było przeżycie, ale chciałem zrobić to sam, z szacunkiem do ich ciał. Zdarzają się jeszcze tacy „fachowcy”, co muszą się napić. Czasem ludzie do mnie przychodzili „z prośbą”, żeby zmarłego w konkretny sposób uczesać i przynosili za to flaszkę. Kiedy odmawiałem byli zdziwieni, że jak to możliwe, że ja ze zmarłymi pracuję, a nie piję. Dla mnie zmarły to ten sam człowiek, tylko, że nie żyje. Nie rozumiem jak można się bać czy brzydzić zmarłego bliskiego.

 NOWa: Wierzy pan w to, że po śmierci coś na nas czeka?

 A.H.: Jestem wychowany w wierze katolickiej, aczkolwiek czy wierzę w coś po śmierci… to trudne pytanie. Znajomy kiedyś powiedział w wywiadzie, że my się nie boimy śmierci, tylko bólu, męczarni w szpitalach. Nie wierzę w zmartwychwstanie, bo wiem co dzieje się z ciałem po śmierci, co z niego zostaje. Nie wierzę również w koniec świata. Dla mnie koniec świata będzie wtedy, kiedy ja umrę.