WRZEŚNIA - Sporu o Tonsil ciąg dalszy
O taką kwotę zamierza walczyć spółka MA-JA, która na terenach potonsilowskich chce wybudować osiedle mieszkaniowe. Przypomnijmy, że spółka kupiła 8 ha gruntów od Romana Mycielskiego, który po kilku latach sporów administracyjno-sądowych odzyskał teren należący przed wojną do jego babci Heleny Mycielskiej.
Starosta Dionizy Jaśniewicz 21 marca wydał pozwolenie na rozbiórkę części budynków Tonsilu. Kilka tygodni później wydane przez siebie pozwolenie... zaskarżył do wojewody (!).
12 maja wojewoda wydał decyzję, w której wyraźnie pisze, że „stroną postępowania administracyjnego nie może być starosta, który wydał zaskarżoną decyzję [...]. Jego rola w postępowaniu skończyła się bowiem z chwilą wydania (decyzji – przyp. red.) ”. Wojewoda zauważył, że przyznanie statusu strony „godziłoby w elementarne zasady i wartości obowiązujące w tym postępowaniu”.
Nie to jest jednak w sprawie najistotniejsze. Pozwolenie na rozbiórkę z 21 marca nie było pierwszym; wcześniej urzędnicy w imieniu starosty wydali takich kilka. Budynki systematycznie burzono.
W międzyczasie, od stycznia, Prokuratura Okręgowa w Poznaniu na wniosek właśnie starosty wrzesińskiego, bada sprawę sfałszowania dokumentacji geodezyjnej przez jednego z wrzesińskich geodetów. Sprawa dotyczy mierniczego, który dokonywał m.in. podziału działek na Tonsilu.
– Powstaje zatem zasadne pytanie: cóż takiego robił przez okres dwóch miesięcy starosta? Dlaczego wydał tę decyzję, wiedząc, że są jakieś kwestie, które mogą budzić wątpliwości? – mówi mecenas Dariusz Szyndler z poznańskiej kancelarii Celichowski-Szyndler i Partnerzy, pełnomocnik właścicielki spółki MA-JA Magdaleny Jabłońskiej.
– Pozwolenie na rozbiórkę zostało wydane w momencie, kiedy mieliśmy już wiedzę o masowych fałszerstwach dokumentów geodezyjnych, ale nie mieliśmy jeszcze wiedzy dotyczącej podziału nieruchomości tonsilowskich. Dopiero w wyniku szczegółowego badania okazało się, że w tej sprawie stan prawny jest o wiele bardziej skomplikowany niż w pozostałych, wyszło na jaw bowiem, że do ewidencji wprowadzono podział nieruchomości, którego w ogóle nie było – tłumaczy D. Jaśniewicz. Jak twierdzi starosta, jedynym wyjściem z sytuacji, aby uniknąć nieodwracalnych skutków, było złożenie odwołania od już wydanej decyzji.
– Tego typu decyzja naraziła moją klientkę na duże straty – zaznacza D. Szyndler. – Być może wystąpi na drogę sądową przeciwko staroście i będzie domagać się zadośćuczynienia – dodaje.
Mówi się nawet o 90 tysiącach złotych. Taką kwotę podaje „Głos Wielkopolski”. Starosty to nie przeraża.
– Jest to w jakimś sensie próba wywierania nacisku na organ decyzyjny – twierdzi Jaśniewicz. Żądanie to uważa za zupełnie bezpodstawne. Mało tego – uważa, że są istotne podstawy do podważenia decyzji ministra infrastruktury, który nakazał zwrot nieruchomości Mycielskiemu. Na jakiej podstawie? – Ponieważ minister wydał decyzję w oparciu o nieistniejący podział geodezyjny – zaznacza.
Według starosty w postępowaniu przed ministrem posłużono się sfałszowanymi wypisami z ewidencji nieruchomości. – Skracając cały wywód, można przedstawić sprawę następująco: ministrowi przedstawiono wypis z ewidencji, który potwierdzał nieistniejący podział nieruchomości, minister wydał korzystną dla spadkobierców decyzję, decyzja ta posłużyła do dokonania wpisu do księgi wieczystej, a następnie jej sprzedaży części potonsilowskich nieruchomości nowemu nabywcy – czytamy w oświadczeniu Jaśniewicza. – Cały ten proces nie zmienił jednak fundamentalnego w tej sprawie faktu, że nie dokonano do dziś podziału geodezyjnego tonsilowskich nieruchomości, czyli nie można określić, gdzie przebiega granica nieruchomości, na której dokonywane są wyburzenia – stwierdza kategorycznie włodarz powiatu.
Stanisław Ziemecki, pasierb i pełnomocnik Mycielskiego, jest zdziwiony tym pomysłem. – Starostwo Powiatowe we Wrześni, a dokładniej Powiatowy Ośrodek Informacji i Dokumentacji Geodezyjnej, urzędowo zaświadczył, że każda z wytyczonych przez biuro pana Przyjemskiego działek leży w całości na obszarze objętym roszczeniami właścicielskimi ojca – odbija piłeczkę. – Zakładam, że gdyby podział dokonany przez biuro pana Przyjemskiego był merytorycznie wadliwy, to w starostwie ktoś by to zauważył. W końcu te dokumenty sprawdzają i podpisują uprawnieni geodeci – zauważa.
Dodajmy, że nabywców gruntów potonsilowskich broni fakt, iż kupili działki w dobrej wierze – i trudno tej dobrej wierze będzie zaprzeczyć.
Mecenas Szyndler uważa, że zamieszanie wokół nieruchomości nie służy nikomu. – Moja klientka znalazła kontrahenta z Holandii, który chce zainwestować we Wrześni. Tylko że teraz nie wiadomo, czy to aktualne – zastanawia się prawnik.
Na marginesie. Kilka tygodni temu Sąd Rejonowy we Wrześni uznał, że Skarb Państwa, w imieniu którego występował starosta wrzesiński, nie nabył przez zasiedzenie praw własności do terenów potonsilowskich. – Gdyby decyzja była inna, to Skarb Państwa mógłby wystąpić o zwrot każdej nieruchomości, którą w ostatnich latach odzyskali prawowici właściciele. Cała postępująca reprywatyzacja wzięłaby w łeb – uważa Szyndler.
Ziemecki twierdzi, że w całej historii polskiego sądownictwa nie zdarzył się przypadek, aby wydano ostateczne orzeczenie, że Skarb Państwa nabył przez tzw. zasiedzenie jakikolwiek grunt, który przejął z powołaniem się na przepisy dekretu o przeprowadzeniu reformy rolnej.
– Dlatego od samego początku byliśmy bardzo zdziwieni wnioskiem pana starosty. Jednak skoro chciał spróbować i tej możliwości... To była to jego decyzja. Niemniej jednak ta próba może kosztować podatników, jak dotąd, ponad 14 tys. zł, bo tyle tytułem zwrotu kosztów sądowych zasądził ojcu i pani Jabłońskiej sąd pierwszej instancji – kończy rozważania pasierb Mycielskiego.
Dzisiaj w sądzie we Wrześni odbędzie się prawdopodobnie ostatnia rozprawa w sprawie ustalenia własności potonsilowskich gruntów, na których znajduje się tzw. niebieska hala.
Komentarz naczelnego:
Niechęć starosty Dionizego Jaśniewicza do własności prywatnej stanie się niebawem we Wrześni „przysłowiowa”. To, co byłym właścicielom po dziesiątkach lat udało się odzyskać, starosta chce na powrót zabrać. Nie mogąc wydać nowego dekretu o reformie rolnej czy o nacjonalizacji przemysłu, czepia się różnych drobiazgów formalnych, aby tylko właściciele nie mogli swobodnie dysponować swoim mieniem. Nieważne, że tracą przez to pieniądze, że w tym miejscu nie przybywa miejsc pracy... Że też liberałowie Pana trzymają...
Waldemar Śliwczyński
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.


