Talent zapisany w genach
Od kiedy Pani maluje? Znajomi są zaskoczeni Pani zdolnościami...
Miłość do malarstwa noszę w sobie chyba od zawsze. Już od najmłodszych lat każdą wolną chwilę poświęcałam na szkicowanie i rysunek kredkami. Pierwszym portretem, który naszkicowałam, była podobizna koleżanki ze szkolnej ławki, Sylwii Koziołek. Niektóre szkice z tamtych lat mam do dzisiaj. A czy znajomi są zaskoczeni? Tak, czasami nawet bardzo. Zdumieniu i pytaniom nie ma końca. Ja mimo wszystko uważam, że na razie nie mam się czym chwalić. Maluję dopiero od czterech lat farbami olejnymi i jako początkujący malarz robię sporo błędów. Ale to bardzo miłe, gdy ktoś pochwali mój talent, wówczas wiem, że warto rozwijać własne zdolności.
Nazwisko Senska ma w Złotowie artystyczną renomę...
Tak, Alfons Senska to mój dziadek. Był wspaniałym rzeźbiarzem. Z pewnością odziedziczony w genach talent artystyczny przyczynił się do tego, że dzisiaj najpiękniejsze chwile życia spędzam przy sztaludze. Od czasu do czasu próbuję powracać do tematyki sakralnej, tak miłej memu dziadkowi. Malowałam już portret papieża Jana Pawła II, ikonę ze św. Rodziną, Jezusa z uczniami i wiele innych motywów religijnych.
![]()
Gdzie szuka Pani inspiracji?
Z uwagi na to, że jestem początkującą malarką, inspiruje mnie wszystko. Tak wiele chcę spróbować! Przez pewien okres zajmowałam się tylko zwierzętami. Zainspirowana pewnym filmem zaczęłam malować konie, żyrafy, tygrysy. Fascynowała mnie ich dzika i jednocześnie piękna natura. Później nastało lato i postanowiłam „zaprzyjaźnić się” z kwiatami. Motywy z udziałem maków, róż lub słoneczników często przewijają się w moim malarstwie. Długo jednak nie potrafię trzymać się jednej tematyki. Później malowałam kobiety, z reguły egzotyczne Wietnamki, Chinki lub zwiewne baleriny. Zawsze szukam czegoś innego, tajemniczego. W przerwach między portretami kobiet malowałam dzieci i ich niewinny świat. A ostatnio, zainspirowana pewną wystawą, zaczęłam malować martwą naturę. Bardzo często studiuję obrazy znanych malarzy, poznaję ich techniki i style malarstwa. A. Styka, A. Mucha, T. Łempicka, W. Whitaker... Nie ukrywam, że czasami próbuję coś skopiować, naśladować swych mistrzów.
Czym się Pani zajmuje oprócz malarstwa?
Na co dzień pracuję w ośrodku dla osób w podeszłym wieku. Malarstwo traktuję jako dodatkowe źródło dochodów. Ale nie tylko... Przede wszystkim jest to hobby, które przerodziło się w ogromną pasję. Z dumą mogę się przyznać, że moje obrazy znajdują się w Polsce, Niemczech i Danii.
Który ze swoich obrazów darzy Pani największym sentymentem?
Moim ulubionym obrazem jest Geisha. Trzykrotnie ją malowałam i zawsze sprzedałam. To znaczy, że chyba nie tylko mnie się podoba..
Ile czasu zajmuje Pani namalowanie obrazu?
Obraz maluję od kilku dni do miesiąca. Wszystko zależy od wielkości płótna i stopnia trudności danego motywu. Należy też wziąć pod uwagę, że farby olejne schną kilka dni, a więc okres powstawania jednego obrazu potrafi być czasami bardzo długi. Maluję przede wszystkim pędzlem i farbami olejnymi. Od pewnego czasu sięgam również po szpachelkę. Przy prawie wszystkich obrazach zaczynam od szkicu, później nakładam farbę. Czasami jednak maluję techniką „alla prima”, czyli pierwszej próby, bez szkicu. Muszę w tej technice wiedzieć bardzo dokładnie, zanim zacznę malować, co i gdzie ma powstać na płótnie.
Wystawa Pani prac w rodzinnym Złotowie?
W zeszłym roku urządziłam pierwszy raz wystawę na festynie w Paderborn, gdzie mieszkam. W tym roku planuję dwie kolejne. Wystawa w Złotowie? Hmm... Ciekawy pomysł, warto się zastanowić...
Malowanie to dla Pani pasja czy element zarobkowania?
Malarstwo nigdy nie będzie dla mnie wyłącznie formą zarobkowania. To najwspanialsze hobby na świecie, coś, co po sobie zostawiam dla potomnych. A najbliższym moim celem lub raczej planem jest namalowanie właśnie Złotowa. Jakiś czas temu Adam Pulit zaproponował mi namalowanie widokówek z wizerunkami Zlotowa. Mam nadzieję, że to jeszcze aktualne? Zostawię sobie to na długie zimowe dni i wieczory.
Jest Pani ze Złotowa, mieszka w Niemczech...
Muszę przyznać, że chyba jestem stuprocentową Polką, dumną ze swoich złotowskich korzeni. Często opowiadam znajomym Polakom i Niemcom o moim rodzinnym mieście, pokazuję im zdjęcia, skąd pochodzę. Najmilej wspominam Szkołę Podstawową nr 1, wychowawczynię Teresę Cichą i Grażynę Komorowską. No i oczywiście moją klasę. Bywam czasami w Złotowie, ale nie zawsze udaje się spotkać starych znajomych. Zastanawiam się, co słychać u Ani Lewandowskiej czy Asi Krystianiak albo u Beaty Taras? Ostatnim spotkaniem, które mile wspominam, jest mini-zlot kilku innych koleżanek na złotowskiej starówce. Była Sylwia Koziołek, Mariola Mikler, Gosia Pieńkowska, Angelika Herman, no i ja. Oczywiście dziewczyny pozmieniały nazwiska i fryzury, ale pozostały tymi samymi dziewczynami z dawnych lat. Bardzo miło wspominam też klasowego kolegę-sąsiada, naszego geniusza matematycznego, Marka Kopickiego. Z jego siostrą i moim bratem spędziliśmy całe dzieciństwo na szalonych zabawach w Indian i Eskimosów, łącznie z budowaniem igloo. Ciekawe, dokąd zaprowadziło go życie? Wspomnienia są miłe, ale czasami łezka popłynie, bo jak tu nie tęsknić za swoim miastem, rodziną i przyjaciółmi…
Złotów zmienia się?
Tak, nieczęsto przyjeżdżam do Polski, a jak już jestem, to nie mogę się napatrzeć i nadziwić, jak wspaniałym miastem stał się ten nasz Złotów. Z roku na rok pięknieją domy i ulice. Przybywa zieleni i nowych projektów, takich jak promenada nad Jeziorem Miejskim. Aż żal odjeżdżać!
Koleżanki i kolegów z pewnością zainteresuje, jak się Pani żyje w Niemczech?
W Niemczech mieszkam ponad 14 lat. Jestem szczęśliwą mężatką i mam dwójkę dzieci. Życie płynie tutaj podobnie jak w Polsce, praca, dom rodzina. A czy wrócę do Polski? Trudne pytanie... Jakiś czas temu kupiliśmy z mężem kawałek złotowskiej ziemi, więc nie wiadomo, co mnie jeszcze w życiu czeka...
Rozmawiał Janusz Justyna
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



