Pobierz widget
- Nasz szpital jest szpitalem małym i u nas realia są zupełnie inne - tłumaczy dyrektor SPZOZ Mogilno Jerzy Kriger

STRZELNO - Chore płuca dwuletniej Leny

Paweł Lachowicz , 21 lipiec 2011, 09:05
W strzeleńskim szpitalu procedury wygrały z koniecznością udzielenia błyskawicznej pomocy tracącej i odzyskującej przytomność dwuletniej dziewczynce. W szpitalu inowrocławskim pomocy udzielono natychmiast. Na dokumenty szpital poczeka. Lekarz Marcin Florczyk przebieg wydarzeń przedstawia nieco inaczej.
STRZELNO - Chore płuca dwuletniej Leny

Dwuletnia Lena jest jeszcze chora. Ewa Pilichowska martwi się o jej zdrowie. Nie może zrozumieć dlaczego w strzeleńskim szpitalu dokumenty były ważniejsze, niż udzielenie pomocy jej córce. fot. Paweł Lachowicz

STRZELNO - Chore płuca dwuletniej Leny

Lekarz POZ Marcin Florczyk był świadkiem sobotniego zajścia, gdyż w tym czasie siedział w izbie przyjęć strzeleńskiego szpitala przy drugim biurku. Historię opowiedzianą przez rodziców Leny przedstawia nieco inaczej fot. Paweł Lachowicz

 

Wyjazd do Powidza

Miniony wakacyjny weekend rozpieszczał nas prawdziwą letnią aurą. W sobotę 9 lipca od samego rana świeciło słońce. Mieszkanka Strzelna Ewa Pilichowska wraz z rodziną: 8-miesięczną Adą, 2-letnią Leną oraz ojcem dzieci Romanem wybrała się na rodzinną wycieczkę do Powidza.

Dzień zapowiadał się ciekawie, gdyż odbywały się tam właśnie XVII Dni Powidza.

Pani Ewa orientowała się już wcześniej, że organizatorzy zapewnili wiele atrakcji dla mieszkańców i przybyłych gości.

Podczas podróży do Powidza w samochodzie zasnęła 2-letnia Lena. Ponieważ dziewczynka spała jeszcze, gdy dotarli do Powidza, została w samochodzie. Pani Ewa co chwilę doglądała, czy dziecko jeszcze śpi. Po obudzeniu okazało się, że dziecko ma wysoką temperaturę, o czym świadczyło jej całe rozpalone ciało. Rodzice natychmiast podjęli decyzję o powrocie i wizycie u lekarza.
 

 

Traciła przytomność

- W drodze powrotnej, jak przejeżdżaliśmy przez Orchowo, mała zaczęła tracić przytomność - opowiada Ewa Pilichowska.  

Pani Ewa zadzwoniła do Strzelna, do brata Waldemara, żeby kupił w aptece lek przeciwgorączkowy oraz sprawdził, czy w Strzelnie przyjmuje jakiś pediatra.

- Ja od samego początku nie chciałam jechać do szpitala w Strzelnie, gdyż wiedziałam od kolegi, który ma córeczkę w wieku Leny, że on kiedyś późnym wieczorem ze swoim dzieckiem przyszedł po pomoc do strzeleńskiego szpitala, tam kazali mu czekać na korytarzu i nie chcieli nawet sprawdzić, jaką dziecko ma temperaturę, gdyż jak tłumaczyli nie mogą tego zrobić, ponieważ procedury nie pozwalają zrobić tego na korytarzu. Ale bałam się o dziecko i chciałam jak najszybciej dotrzeć do specjalisty - opowiada pani Ewa.

Gdy rodzice z na wpółprzytomną Lenką dotarli pod szpital w Strzelnie, czekali na nich brat Waldemar oraz mama pani Ewy. Zabrali do domu młodszą córeczkę Adę.
 

 

Czy są dokumenty

W tym samym czasie rodzice wraz z rozgorączkowaną Leną wbiegli na izbę przyjęć strzeleńskiego szpitala.

- Pani w izbie znała sytuację, bo brat był wcześniej i mówił o całej sytuacji, ale z wielkim ociąganiem się wstała. Ja poprosiłam o pediatrę, wówczas usłyszałam pytanie, czy mam skierowanie na oddział. Gdy powiedziałam, że nie mam, pani w izbie przyjęć powiedziała, że najpierw musi dziecko obejrzeć lekarz ogólny. Więc poprosiłam o lekarza ogólnego, wówczas  usłyszałam jeszcze pytanie, czy mamy dokumenty dziecka. Gdy powiedziałam, że nie mamy, usłyszałam, że dokumenty muszą być - opowiada pani Ewa.

Z jej relacji wynika, że spytała pielęgniarkę, czy uważa, że jadąc z nieprzytomnym dzieckiem miała najpierw jechać po dokumenty.

- Usłyszałam, że takie są procedury. Więc nie rozmawiałam więcej, odwróciłam się i powiedziałam do Romana, że jedziemy do Inowrocławia. Nie miałam, na co czekać, bo ja byłam przerażona, mimo to, że Lenka się trochę ocuciła, ale nikt nie mógł stwierdzić, że stan mojego dziecka jest dobry, bo nawet ta pani nie wychyliła głowy z okienka przyjęć, by cokolwiek stwierdzić - dodaje pani Ewa.

Jej też zdaniem, w korytarzu szpitala, gdzie czekali ze słaniającym się dzieckiem na rękach, nie pojawił się żaden lekarz.
 

 

Zapalenie płuc

Gdy dojechali do szpitala w Inowrocławiu - jak opowiada pani Ewa -  nikt się nie zapytał ich o żadne dokumenty. Dopiero, gdy dziecko zostało zbadane i podano mu odpowiednie leki, pielęgniarka zapytała się rodziców o dokumenty. - Ponieważ ich nie miałam, przy wypisie dostałam karteczkę, że w przeciągu 30 dni muszę dostarczyć dokumenty ubezpieczenia i rejestracji dziecka - mówi pani Ewa.

Po przeprowadzonym w inowrocławskim szpitalu badaniu okazało się, że 2-letnia Lena ma zapalenie płuc. Mama Lenki dodaje, że w Inowrocławiu chcieli małą zatrzymać na oddziale, ale ona odmówiła. Jak opowiada, poszła prywatnie do lekarza, który po zbadaniu dziecka powiedział, że nie musi być hospitalizowana i może zostać w domu, gdzie poddana zostanie dalszemu leczeniu.
 

 

Doniesienie na policję

- Najbardziej to mnie zbulwersowało to, że nie był to nikt dorosły, ja, czy brat, czy mama, tylko przyszłam z nieprzytomnym dzieckiem, które się słaniało, a tym bardziej nie potrafiło powiedzieć, jak się czuje. Gdy mama zadzwoniła do szpitala w Strzelnie i zapytała się, dlaczego nie przyjęli dziecka, usłyszała, że z braku dokumentów. Gdy brat zgłosił na policję, to ta sama pani z izby przyjęć powiedziała policjantom, że lekarz widział dziecko, a ona chciała je przyjąć. My tam żadnego lekarza niestety nie widzieliśmy - dodaje pani Ewa.

Sobotnie zajście w strzeleńskim szpitalu znalazło swój finał w Komisariacie Policji w Strzelnie, gdzie sprawę o nieudzielenie pomocy choremu dziecku zgłosił brat chorej dziewczynki.

- Chodziło o to, że nawet małej nie zbadał żaden lekarz. Jak się dowiedziałam, to pani z izby przyjęć opowiedziała policji zupełnie inną wersję niż była w rzeczywistości. Wypowiedzi tej pani są trochę rozbieżne, bo w drodze do Inowrocławia dzwoniłam do mamy i dowiedziałam się, że policjanci byli w szpitalu o nas pytać, to pani im powiedziała, że lekarz widział moją chorą córkę. Wówczas brat się jej zapytał, czy ona jeszcze w to wrabia lekarza, który niby dziecko widział i nie zareagował. Jak byliśmy na izbie przyjęć lekarz się nie pojawił ani na chwilę, a ta pani ani nigdzie nie wyszła, żeby go zawołać, ani nigdzie nie dzwoniła - dodaje pani Ewa.
 

LEKARZ ZA FILAREM
Nieco inną wersję sobotnich wydarzeń opowiada nam lekarz, który pełnił tego dnia w strzeleńskim szpitalu dyżur POZ (Podstawowej Opieki Zdrowotnej) Marcin Florczyk. Był świadkiem zaistniałej sytuacji, gdyż w tym czasie również przebywał w izbie przyjęć.

- Ja miałem dyżur i siedziałem w rejestracji, a że są tam 2 biurka postawione przy dwóch okienkach, ja siedziałem przy jednym z nich. Oba okienka oddzielone są sporej wielkości filarem (stojący przy jednym z okienek, nie widzi czy ktoś siedzi przy drugim biurku przyp. pal). - W momencie, kiedy ktoś podchodzi do okienka w izbie przyjęć spisujemy jego dane - mówi lekarz Marcin Florczyk.

Jego zdaniem pacjentów tego dnia było dużo i z tego co pamięta między 12:00 a 14:00 do izby przyjęć wtargnął  mężczyzna w wieku około 20-25 lat i spytał czy jest w szpitalu pediatra. Marcin Florczyk wraz z dyżurującą w izbie przyjęć pielęgniarką Marzeną Ślesińską mieli odpowiedzieć, że  lekarz pediatra jest na oddziale. - On przytaknął, powiedział „aha dobra” i wyszedł. Między 14:00 a 15:00 w szpitalu pojawiła się kobieta z mężczyzną i dzieckiem, które on trzymał na wysokości pachy. Dziecko miało w buzi smoczek. Z tego co widziałem, było rozpalone, ale przytomne - dodaje Marcin Florczyk.
 

 

Nie zdążył podejść

Z jego relacji wynika, że pielęgniarka zapytała się przybyłych ludzi, co się dzieje. Wówczas miała usłyszeć, że przyszli oni z dzieckiem do pediatry. W tym momencie relacje obu stron są jednakowe. Pielęgniarka  miała powiedzieć, że pediatra jest na oddziale, ale czy rodzice mają skierowanie, gdyż istnieje taki system, że na oddział musi być skierowanie. Ponieważ matka nie miała skierowania, pielęgniarka wytłumaczyła jej, że w takim przypadku dziecko musi obejrzeć najpierw lekarz ogólny i on dopiero stwierdzi, czy dziecko będzie wymagało leczenia na oddziale i wówczas wystawi skierowanie do pediatry na oddział. W związku z tym - jak mówi Marcin Florczyk - że matka się zgodziła, aby dziecko zbadał lekarz ogólny, pielęgniarka zgodnie z procedurą poprosiła o jakiś dokument dziecka z PESEL-em.

- Matka dziecka się wtedy oburzyła i powiedziała, że nie ma takiego dokumentu przy sobie.  Wówczas pielęgniarka zaczęła tłumaczyć, że jest to potrzebne np. do wystawienia recepty. Ta pani powiedziała wzburzona, że jak nie ma dokumentów i PESEL-u, to nikt jej teraz nie obsłuży i nie przyjmie. Odwróciła się do pana, z którym przyszła i powiedziała „Zobacz co się tutaj dzieje” i wyszła. Pani pielęgniarka powiedziała ze spokojem „Przyjmiemy panią, tylko niech pani poda imię i nazwisko dziecka, to zaraz wejdzie pani do zabiegowego”. Ja nie zdążyłem wstać zza biurka i podejść do tej pani, bo ona już wyszła. Dla mnie była to sytuacja bardzo dziwna, to wszystko działo się około 1 minuty, może nawet nie. Matka nie pozwoliła nam w ogóle dokończyć, o co nam chodzi. Chcieliśmy powiedzieć, że dokumenty może dowieźć, i żeby podała imię i nazwisko dziecka. Nie dała sobie nic powiedzieć, po prostu po tym jak dowiedziała się, że chcemy dokumenty oburzyła się, odwróciła, coś jeszcze burknęła i wyszła. Za 2 minuty zadzwoniła nie pamiętam imienia pani Pilichowska i powiedziała, że była u nas przed chwilą jej córka z wnuczką i zostało odmówione przyjęcie, więc jej wytłumaczyłem i opowiedziałem, jak było i że jej córka wyszła oburzona i nie pozwoliła nam sprawy załatwić. Powiedziała, że to jeszcze sprawdzi i tak tego nie zostawi - opowiada Marcin Florczyk.
 

 

Policja w szpitalu

Po około pół godzinie do szpitala przyjechała policja, gdyż został złożony na personel donos. - My tak naprawdę nawet nie wiemy, jak się ta pani nazywa, bo się nie przedstawiła. Ja dyżuruję w tym szpitalu półtora roku i jeszcze takiej sytuacji nie miałem. Chciałbym spotkać się i porozmawiać z tą panią. Myślę, że wyjaśnilibyśmy całą sytuację - dodaje Marcin Florczyk.

Z relacji lekarza wynika także, iż po około półtorej godziny od zajścia do strzeleńskiej placówki przyszedł jeszcze raz ten sam mężczyzna, który wcześniej pytał o pediatrę. - Zaczął wykrzykiwać, „O co tutaj chodzi”, ale ja w ogóle na to nie reagowałem i nawet nie potrafię przytoczyć co on wykrzykiwał - dodaje Marcin Florczyk.
 

 

Realia pomocy w wolne dni

Dyrektor SP ZOZ w Mogilnie Jerzy Kriger mówi, że jedna strona ma swoją rację, a druga swoją. Mówi, że lekarz był u niego 11 lipca i: - Wszystko z detalami opowiedział.

Dyrektor Kriger zaznaczył, że pacjenci nie rozumieją podstawowej rzeczy, iż zgłaszając się po pomoc lekarską w dni wolne od pracy, albo w porze nocnej, nie uzyskają tej pomocy de fakto w szpitalu, tylko w POZ, czyli podstawowej opiece zdrowotnej świątecznej i nocnej. - Ludzie myślą że idąc do szpitala, jest tam lekarz, który udzieli im pomocy. A to nie jest lekarz szpitalny, jest to lekarz POZ - tłumaczy dyrektor  Jerzy Kriger.

Przy okazji przypomniał, że w Mogilnie pełniony jest dyżur codziennie w dni robocze od 18:00 do 8:00, natomiast w dni wolne od pracy całodobowo. Natomiast w Strzelnie dyżur pełniony jest od 1800 do 2200 w dni robocze oraz w dni wolne od pracy zapewniony zostaje dyżur 24-godzinny. Dyrektor Kriger przypomniał także, iż pisaliśmy już na naszych łamach, że brakuje pieniędzy na uruchomienie w Strzelnie dyżurów od 18:00 do 6:00 rano. W tym przypadku brakuje miesięcznie 26.000 zł, bo fundusz płaci tylko za jedną placówkę (w tym przypadku jest to Mogilno przyp. pal).

-  Pacjent, który się zgłasza, musi przejść przez to sito kontaktu pierwszego lekarza POZ. Lekarz, który jest w szpitalu, może być poproszony o konsultację danego pacjenta. Jest też taka procedura, że po zbadaniu przez lekarza pierwszego kontaktu, tego POZ świątecznego czy nocnego, pacjent dostaje skierowanie do szpitala. Jeżeli lekarz tak uzna, to wówczas pacjent trafia na oddział. Nie ma takiej możliwości, że lekarz na życzenie pacjenta z oddziału będzie ściągany do izby przyjęć. W przypadku, gdy nie ma lekarza z POZ, a jest sprawa pilna, wtedy lekarz z oddziału zejdzie - tłumaczył dyrektor Kriger.

Co do żądania numeru PESEL, to według dyrektora chodziło o kwestię wypisania recepty. Bez numeru PESEL odpłatność za leki dla pacjenta jest 100% i pacjent za leki zapłaciłby pełną cenę.

- Chodziło tylko o to, żeby pacjent nie ponosił dodatkowych kosztów - mówił dyrektor.
 

 

Tam są oddziały ratunkowe

Odnośnie sytuacji w szpitalu w Inowrocławiu, do którego trafiła Ewa Pilichowska z córką Leną, dyrektor Kriger tłumaczył, że ta placówka medyczna posiada szpitalne oddziały ratunkowe, gdzie muszą mieć zapewnionego pediatrę, neurologa, okulistę, laryngologa, chirurga, ortopedę, czyli wszystkich specjalistów i tam sprawa wygląda zupełnie inaczej niż w Strzelnie.

- Nasz szpital jest szpitalem małym i u nas realia są zupełnie inne - dodał dyrektor Kriger.

Jerzy Kriger zapewnia także, iż w mogileńskim SP ZOZ również istnieje możliwość dostarczenia dokumentów w późniejszym terminie. - Jak w każdej innej placówce służby zdrowia, tak i w SP ZOZ w Mogilnie przyjmowani są pacjenci bez dokumentów ubezpieczeniowych i numeru PESEL, które należy dostarczyć w terminie do 30 dni od daty udzielenia świadczenia - dodaje dyrektor Kriger.
 

 

Operuje się tylko dorosłych

Okazuje się jednak, że sobotni przypadek pani Ewy Pilichowskiej i jej 2-letniej córki Leny nie jest odosobniony. Z informacji uzyskanych przez naszego reportera wynika, że w maju bez udzielenia pomocy odesłany został ojciec z chorym synem. Okazuje się, że dyżurujący wówczas w strzeleńskim szpitalu chirurg nie udzielił pomocy chłopcu, który skarżył się na ból w okolicach brzucha. Dzięki natychmiastowej reakcji ojca chłopiec trafił prosto na stół operacyjny szpitala w Bydgoszczy. Okazało się, że był to atak wyrostka robaczkowego, a szybka operacja uratowała chłopcu życie.

Sprawę tę poruszał podczas majowej sesji Rady Miejskiej w Strzelnie radny Piotr Dubicki, prosząc obecnego na sesji radnego powiatowego Krzysztofa Szarzyńskiego o wyjaśnienie tej sprawy podczas sesji powiatowej.

W związku z tym, że sobotni przypadek nie udzielenia pomocy choremu dziecku nie był odosobniony i nie zdarzył się w strzeleńskiej placówce po raz pierwszy, spytaliśmy dyrektora Krigera, czy podjął jakieś kroki, aby usprawnić pracę w strzeleńskiej placówce.  

Dyrektor Jerzy Kriger tłumaczył, że w strzeleńskim szpitalu operuje się tylko dorosłych, że szpital nie ma umowy z NFZ na chirurgię dziecięcą.

- W tej chwili nie ma jej nawet Inowrocław. U nas może być przyjęty pacjent powyżej 18., a niekiedy 16. roku życia. Każdy inny pacjent jest kierowany do szpitali, które mają odpowiednie umowy. Najbliższy taki szpital jest w Bydgoszczy - mówił Jerzy Kriger.

Natomiast wicedyrektor Barbara Buzała dodała, że nie ma takiej opcji, że ktoś jest odesłany i niezbadany.

- Z tego co ja wiem, była wówczas taka sytuacja, że doktor zbadał tego chłopca. My nie mamy chirurgii dziecięcej, Inowrocław również, więc dziecko zostało odesłane na chirurgię dziecięcą do Bydgoszczy. My w tej sytuacji po prostu nie daliśmy karetki, żeby pacjenta zawieść - powiedziała Barbara Buzała.
 

 

Tylko interwencja

Jak poinformował nas rzecznik prasowy KPP Mogilno podkom. Tomasz Rybczyński, policja nie prowadzi żadnego postępowania. Nikt nie złożył w tej sprawie żadnego oficjalnego zawiadomienia. Jest tylko oficjalna notatka z interwencji policjantów w tej sprawie w strzeleńskim szpitalu.

 

Artykuł wyświetlono 681 razy
Mapa
Informacje o gazecie
Nazwa
Pałuki i Ziemia Mogileńska
Wydawca
Wydawnictwo Wulkan
Rok założenia
1991
Zasięg
powiat mogileński
Nakład
5725
Najczęściej czytane
Częstochowską prostytutkę „Kobrę” znają wszyscy, a szczególnie...
Koniec z opłatą za posiadanie psa! Co piaty wągrowczanin migał się...
- Samo więzienie to nie więzienie. Gorsze jest to, że człowiek nie...
Jest piątek, 12 czerwca 2009 roku, godzina 11.00. Karolina* (21...
Najczęściej komentowane
Na blisko milion złotych wycenili biegli majątek ruchomy...
W Trzebnicy odbył się Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia. W sumie z...
Bezpańskie psy opuszczą wrzesińskie przytulisko i pojadą do nowego...
Rodzice uczniów szkoły podstawowej mają konflikt z nauczycielem...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Najwyżej oceniane
To, co usłyszałem od osób decydujących o tym, czy zostaniemy...
Z doktorem Januszem CHOLEWIŃSKIM, specjalistą medycyny paliatywnej,...
Edward Budny, słynny trener biegaczy narciarskich, wspomina jednego...
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetuer adipiscing elit....
Kolejny długi weekend – majowy. Jak ktoś dobrze pokombinuje, to...