SKUBARCZEWO - Napięcie na złomowisku
Akumulator
Łukasz S. z kolegą Arkadiuszem C. pojechali 3 lutego na złomowisko do Skubarczewa (gm. Orchowo). Jak twierdzi Łukasz S. z Kamieńca (gm. Trzemeszno) - około 2 miesięcy temu sprzedał na to wysypisko wysłużony już samochód ford mondeo. W związku z tym, że w samochodzie założony był nowy akumulator, w umowie sprzedaży było zaznaczone, że akumulator wróci do właściciela. Do tej pory Łukasz S. akumulatora nie otrzymał, dlatego w piątek wraz z kolegą z Trzemeszna Arkadiuszem C. pojechali go odebrać. Według ich opowiadania, zostali tam zaatakowani siekierą i uciekli.
Po naszym dotarciu do Kamieńca Łukasza S. nie było w domu. Okazało się, że rany, jakie miały zostać zadane siekierą, musiał obejrzeć lekarz.
Poszkodowanego zabrało do szpitala w Gnieźnie wezwane przez bratową Julitę S. pogotowie ratunkowe. W domu brata Łukasza Jakuba S. dowiedzieliśmy się, że przed odjazdem do szpitala Łukasz był przesłuchiwany przez funkcjonariuszy policji z Trzemeszna.
Siekiera w ruchu
Brat Łukasza Jakub S. w piątek wieczorem opowiadał reporterowi, że w momencie, kiedy Łukasz z kolegą Arkadiuszem weszli na teren skupu złomu w Skubarczewie, mały piesek podbiegł do Łukasza i głośno ujadał.
- On go odepchnął i od tego się zaczęło. Dwóch gości, około 45-letni F. i S. wyskoczyło do Łukasza. Za nimi wyskoczył młody (syn właściciela złomowiska, przyp. pal), ma około 22 lat. Wyskoczył z siekierą i bez wahania zaatakował Łukasza. Nie miał przy tym żadnych skrupułów, tym ostrym chciał walić. Najpierw ostrą stroną, a gdy Arek zainterweniował i zaczął krzyczeć, to odwrócił siekierę i obuchem go bił po głowie, po rękach i po nogach - opowiada Jakub S.
Arkadiusz C. szybko zabrał Łukasza do samochodu, zadzwonili na policję i nie czekając na miejscu na funkcjonariuszy uciekli do Słowikowa. Jego zdaniem, policjanci orchowscy, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia, po stwierdzeniu, że nie ma tam osób, które ich wzywały, odjechali nie badając sprawy.
Telefon po policję
Z poszkodowanym spotkaliśmy się następnego dnia (4 lutego) w jego domu w Kamieńcu, gdyż po badaniach i obserwacji został wypuszczony ze szpitala. Na twarzy Łukasz S. miał kilka ran. Na czole miał podłużne skaleczenie.
Poszkodowany potwierdził wersję zdarzeń, którą opowiedział wcześniej jego brat. Potwierdził, że około 2 miesiące temu sprzedawał auto na złom, a właściciele złomowiska mieli oddać mu akumulator z auta. - Gdy samochód sprzedawaliśmy, to oni przyjechali do mnie i stąd ten samochód odebrali.
Pojechaliśmy wczoraj z kolegą na złomowisko. Było kilka minut po 15:00. Jak się okazało, na złomowisku panowie mieli opory co do oddania tego akumulatora, na to wszystko jakiś pies plątał mi się koło nóg. Krzyknąłem do tego psa, żeby mnie zostawił i od tego się zaczęło. Doszło do rękoczynu. Tam było ich trzech. Ojciec, syn i jakiś kolega tego ojca. Faceci coś pod pięćdziesiątkę, a ten syn, który kupił od nas auto, miał z dwadzieścia parę lat. Tak doszło od słów do czynu. Nie wiedziałem, że z siekierą wyskoczą, to była spora siekiera, taka do rąbania pieńków. Jak wyskoczył z tą siekierą, krzyczał: „Co ty masz do mojego psa?”. Nie chciał oddać mi akumulatora, więc doszło do kłótni i szarpaniny. Na ręku mam ślad, jak chciał mnie toporkiem uderzyć, ale w rękę dostałem trzonkiem, bo się zasłoniłem. Ja byłem po kilku piwach i nie przestraszyłem się tego toporka. Podczas szamotaniny ja tego młodego z toporkiem uderzyłem, ale za chwilę mnie uderzył jego ojciec i ojca kolega - opowiada Łukasz S.
Później - jak opowiada - przewrócił się na ziemię i zasłaniał głowę kurtką, żeby urazy były mniejsze i żeby - jak mówił - w ogóle przeżyć. Z pomocą Łukaszowi przybył Arkadiusz, który odganiał napastników.
Podczas ucieczki Łukasz przewrócił się i znowu miał otrzymać kolejne razy siekierą.
- Kolega mnie szybko zaciągnął do samochodu i odjechaliśmy. W drodze zadzwoniłem na policję, na 112. Odebrała Słupca. Uciekliśmy do Słowikowa, zatrzymaliśmy się tam u kolegi. Przyjechała po mnie bratowa Julita i przywiozła mnie do siebie, do Kamieńca. Jak mnie zobaczyła, zadzwoniła po pogotowie. Policja i pogotowie przyjechało do brata w Kamieńcu i stamtąd mnie zabrali - opowiada Łukasz S.
Co się dalej działo, czy policja podjęła jakieś działania - Łukasz S. nie wiedział. Powiedział tylko, że jego przesłuchiwali policjanci z Trzemeszna.
U lekarza
W szpitalu wykonali mu tomografię głowy i obejrzał go lekarz internista, który dał mu skierowanie do chirurga.
- Żadnych innych interesów nie robiłem z tymi panami. Zapłacili mi za ten samochód 700 zł na miejscu, ja tylko chciałem ten akumulator. Po prostu nieraz w gospodarstwie jakiś akumulator się przydaje. Prowadzę działalność i gospodarstwo. Przeważnie są to usługi. Mi tak bardzo na tym akumulatorze nie zależało, ale kolega handluje samochodami i potrzebował do jakiegoś auta. Z całej akcji pamiętam tylko, że po którymś strzale przez chwilę nie wiedziałem, co jest grane. Podejrzewam, że na jakieś 10 czy 15 sekund przytomność straciłem. Była amnezja kompletna przez chwilę - dodał Łukasz S.
Złamanan ręka
Inaczej przebieg piątkowego zdarzenia relacjonuje syn właściciela złomowiska, 20-letni Artur S. Potwierdza, że dwóch mężczyzn przyjechało w piątkowe popołudnie na składowisko złomu. Zaprzecza jakoby uderzył Łukasza S.
- On przyjechał z kumplem i ten kumpel chciał akumulator. Z jego kumplem normalnie rozmawiałem, przywitał się, podał rękę, a ten zaczął rozróbę. Łukasz S. był kompletnie [słowo nie do druku - przyp. red.]. Jak wyszedł z samochodu, nie miał siły na nogach się utrzymać. I tak wyszło jak wyszło, on mnie parę razy kopnął, a ten jego kumpel go uspokajał, ale jego nie dało się uspokoić. Nie wiem, czy on [słowo nie do druku - przyp. red.] był, po prostu nie umiem opisać tego zachowania. Ja ich osobiście nie znam, pamiętam tylko, że sprzedawali na złomowisko samochód. Ja mam tutaj czterech świadków, którzy to wszystko widzieli. Ojciec stanął w mojej obronie, widział to sąsiad i znajomy. Ojciec po prostu próbował go uspokoić, bo on zachowywał się jakby coś złego w niego wstąpiło, był nieobliczalny. Jemu chyba o akumulator nie chodziło, tylko o zrobienie rozróby - opowiada Artur S.
Twierdzi on ponadto, że Łukasz S. uderzył go dwa razy łamiąc mu rękę. Twierdzi, że miał wykonane zdjęcie RTG i obecnie ma rękę w gipsie, ma także zaświadczenie od lekarza, gdzie podane jest, że leczenie jego potrwa 21 dni.
Spytaliśmy go, co było z psem, dlaczego atakował klientów. Nasz rozmówca odpowiedział, że Łukasz S. wymyśla niestworzone rzeczy. Twierdzi, że jego piesek to jeszcze malutki szczeniak, który tylko chciał się pobawić i tylko skakał sobie koło mężczyzny. - To on chciał psa kopnąć, tak, że się prawie przewrócił- dodaje Artur S.
Siekiery nie było
Artur S. zaprzecza też jakoby miał użyć w przepychance na złomowisku siekiery. Twierdzi, że była policja i przesłuchiwała uczestników piątkowego zajścia.
- Żadnej siekiery nikt nie użył. Bez przesady, mamy tutaj działalność gospodarczą, i co, klientów miałbym siekierą traktować? On mnie dwa razy kopnął i raz mnie z główki uderzył, wtedy ojciec stanął w mojej obronie, podleciał, złapał go za kaptur i razem się przewrócili. Jak rozmawialiśmy z policją, to mówiliśmy, że te jego obicia to jest wynik przewrócenia. Nikt go na pewno nie uderzył. Bo ten co z nim był to może być świadkiem i powie, że sam go uspokajał. Mówił do niego „Uspokój się, przyjechaliśmy po akumulator, a co ty robisz” - dodał Artur S.
Policja sprawdza
Rzecznik prasowy KPP Słupca mł. asp. Marlena Kukawka przebywa na urlopie. Powiedziała: - Są prowadzone czynności sprawdzające w tej sprawie. Więcej informacji będzie można udzielić w późniejszym czasie.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



