Radość i ból
Po dziecięcym porażeniu mózgowym, mimo rehabilitacji i leczenia, nigdy nie był w stanie rozprostować ściśniętych w kułak dłoni ani kolan czy łokci. Nie mówił - trzeba było go dobrze poznać, by zrozumieć, co chce powiedzieć przez zaciśnięte usta. Był upośledzony, ale dobrze wiedział, co się wokół dzieje. Ludzie, patrząc na niego, litowali się i szczerze mu współczuli. Ot, taka kupa nieszczęść - limit pecha całego miasta skumulowany w jednym cherlawym organizmie. Miał jednak Stach jedną cechę, która dawała mu przewagę nad wszystkimi - potrafił się cieszyć z wszystkiego. I tego też nikt nie potrafił zrozumieć.
Od wieków komercja stworzyła nam sztuczne Boże Narodzenie. I nie jest to wymysł współczesny. Wystarczy spojrzeć na składane w żłóbku figurki dzieciątka. Od zawsze klękamy przed małym cherubinkiem, przypominającym bardziej greckiego amorka, niż prawdziwego człowieka. Nawet szopka - choć niby z drewna i kamienia - częściej przypomina pałacyk, niż pełną łajna stajnię. Któż chciałby widzieć Zbawiciela na gnoju? Milej dla oka stworzyć sielankowy krajobraz, oblepiony złotem zamek czy pełną polityki i "społecznego nauczania" farsę. Samo Betlejem, miejsce, gdzie przyszedł na świat, by być bliżej ludzi - stało się miejscem religijnej nienawiści między przedstawicielami różnych wyznań. A w kościołach, patrząc na szopkę, mamy myśli dalekie od biedy i smrodu.
Chrystus, przychodząc na świat, stał się człowiekiem ubogim, prześladowanym i uchodźcą. I nie dostał od króla worka złota, a pastuszkowie nie obdarowali go owieczkami, serkami, masełkiem i wszystkim, co mieli. To podpowiada nam tradycja i wyobraźnia pełna pobożnych życzeń. Przez wieki, patrząc na żłóbek, ludzie zawsze obok widzieli siebie, więc nie mogli przyjść z pustymi rękami. A już na pewno nie mogli być tymi, którzy trzaskali drzwiami przed ciężarną kobietą i jej mężem, szukającymi miejsca na nocleg.
Moja bożonarodzeniowa szopka - taka, jak ją sobie wyobrażam - składa się z ludzi pokręconych. Tu Matka Boska nie słyszy, a Józef stoi o kulach. Trzej królowie "mają Downa", a jeden z pastuszków przykucnął w kącie, nie chcąc odezwać się do nikogo, bo ma autyzm. Dzieciątko płacze cicho, nie mogąc rozprostować sparaliżowanych rąk. A anioły kaszlą przeraźliwie, bo nigdy nie wyleczyły mukowiscydozy. Chrystus mój - jak Stach - cierpi, a mimo to uśmiecha się.
I nie chodzi mi o tani sentyment, ale jedną cechę, której nam tak bardzo brakuje - radość.
Dlaczego, pochylając się nad upośledzonym dzieckiem, mamy łzy w oczach? A może właśnie ono, ze swym ciągłym śmiechem, ma lepszą wizję świata, niż my - "normalni"?
Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie się jak dzieci...
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



