Przygoda pod żaglami
Czy wśród żeglarzy jest ktoś, kto, czytając „Kapitana Cooka”, nie marzył o wspaniałym rejsie wzdłuż brzegów Ameryki Południowej? Czy jest ktoś, kogo nie ciągnie na wzburzone wody Cieśniny Drake’a, ku skalistym brzegom Przylądka Horn i lodom Antarktydy? A może jest ktoś, kto nie chciałby dojrzeć wyłaniających się z porannej mgły brzegów Grenlandii?
W ten sposób Marek Grzywa z Warszawy zachęcał na stronach internetowych do udziału w zakrojonym na olbrzymią skalę przedsięwzięciu. Jego organizacji podjął się z wrześnianinem Piotrem Mikołajewskim na należącym do niego jachcie Polonus. Wyprawę nazwali: „Śladami Śmiałego, a nawet jeszcze dalej, czyli rejs jachtem dookoła Ameryki Południowej”. – W latach 60 s/y Śmiały (s/y: z ang. sail yacht, określenie jednostki pływającej – przyp. red.) wyszedł ze Świnoujścia, opłynął Amerykę Południową i wrócił do kraju. My postanowiliśmy pójść jeszcze dalej, bo na Antarktydę. Stąd nazwa – wyjaśnia współwłaściciel firmy Wexel.
Przygotowania ruszyły już w październiku 2010. Jacht przeszedł kapitalny remont – od wymiany olinowania, mocowań, okuć, lamp po instalację elektryczną. Licząca 35 tys. mil morskich trasa (jedna mila to 1852 m) została podzielona na 22 etapy. Każdy trwał od 2 do 5 tygodni. Nabór uczestników odbywał się dwutorowo: poprzez znanych kapitanów (ci z kolei poszukiwali chętnych wśród swoich znajomych) i ogłoszenia w internecie. – Generalnie jest to przedsięwzięcie non-profit – podkreśla.
Chęć udziału w wyprawie wyraziło blisko 160 osób, zdecydowana większość to wytrawni żeglarze. Ale Mikołajewskiemu zdarzało się odbierać także telefony w stylu: „Przepraszam, czy to pan organizuje tę wycieczkę na Antarktydę?”. Odpowiadał lekko poirytowany: „W sprawie wycieczek to do Orbisu proszę”, i się rozłączał. Laikom odradza rozpoczynanie przygody z żeglarstwem od opływania Hornu. Sam pierwsze szlify zdobywał na Jeziorze Kierskim, następnie Mazurach, Bałtyku i Morzu Północnym. – Pełnoprawny członek załogi jest osobą, która pracuje: wychodzi na wachty, sprząta, gotuje obiady, a w razie potrzeby naprawia uszkodzony sprzęt. Dopiero gdy czas na to pozwala może się opalać lub czytać książkę – wyjaśnia. – Przy zgranej załodze tej pracy jest na około 8 godzin. Drugie tyle każdy ma dla siebie.
Kierunek: Amsterdam
Długo oczekiwany dzień nastał 28 maja br. Wtedy to odnowiony s/y Polonus zacumował przy Wałach Chrobrego w Szczecinie. Jacht ma 13,5 m długości, 3,5 m szerokości, 80 m2 powierzchni żagla i 1,83 m zanurzenia. Choć może nim pływać 10 osób, to ze względu na komfort podróżowania załoga jest okrojona do 8. Tyle jest stałych koi. Jako pierwsi na pokład weszli szkutnicy, mechanicy i elektrycy, którzy przeprowadzili remont jachtu. W ramach rejsu próbnego obrali kierunek na Bornholm. Tak profilaktycznie, żeby zobaczyć, czy wszystko działa. I działało!
Pierwszy etap obliczonego na 17 miesięcy rejsu wiódł ze Świnoujścia przez Kanał Kiloński do Amsterdamu. Przebiegł w idealnych warunkach – przy słonecznej aurze i wietrze dochodzącym do 6, 7 w skali Beauforta.
Polonus wpłynął w wewnętrzne wody holenderskie. Co jakiś czas był kontrolowany przez policję i służby celne. Dopytywali Polaków, co tu robią – a Polacy na to, że... płyną.
W Amsterdamie nastąpiła pierwsza wymiana załóg. Busem, którym przyjechała nowa, stara wróciła do kraju. Tylko bosman się nie zmienił. Nie bez powodu – jacht jest dość skomplikowany w obsłudze i dlatego na pokładzie musi być osoba, która wie o nim wszystko.
Na wyspach jak w bajce
W etapach drugim (Amsterdam – Lorient) i trzecim (Lorient – Lizbona) Mikołajewski już nie uczestniczył. Wziął udział dopiero w czwartym, i to nie od początku. Wspólnie z 15-letnią córką doleciał na Wyspy Kanaryjskie, skąd Polonus obrał kurs na Wyspy Zielonego Przylądka. Cel osiągnął po 7 dniach, 3 godzinach i 45 minutach podróży. – To była kwintesencja żeglowania. Znaleźliśmy się w bajkowej scenerii. Sami na oceanie, gdzie latające ryby spadały na pokład, delfiny skakały przy burcie, a najbliższy ląd znajdował się 300 km od nas – nie może wyjść z zachwytu.
Jacht wpłynął do wielkiego, liczącego 150 miejsc portu w Mindelo. Żeglarzy ogarnęła nieopisana radość, gdy usłyszeli, że zamiast spodziewanych 50 euro od osobę za wizę zapłacą tylko 1 euro. Bo nie spali w hotelach i, jak to określało miejscowe prawo, nie wychodzili w sposób trwały na ląd. – Nietrudno się domyślić, jak spożytkowaliśmy resztę... – opowiada rozbawiony wrześnianin.
W Mindelo czas upłynął nie tylko na beztroskiej zabawie, ale także pracy przy jachcie. A to dlatego, że woda w Atlantyku jest bardzo słona. Działa na blachę i stalowe liny jak kwas, dlatego naloty rdzy należy usunąć za pomocą kwasu szczawiowego. Jego granulki rozpuszcza się w wodzie (jest limitowana i droższa od prądu) i pędzlem nanosi na poszczególne elementy.
Wieczory Polacy spędzali na lądzie. Któregoś wieczoru do jednego z lokali Mikołajewskiego zwabiła muzyka. Usiadł przy stoliku i zamówił drinka. – Patrzę, a tu nagle wstaje facet, bierze saksofon i tak napier..., że to się w głowie nie mieści. Po chwili wstaje ktoś inny i gra na kotłach. Po prostu coś niesamowitego. Wyszedłem stamtąd o piątej nad ranem – wspomina.
Kolejnym przystankiem na trasie była największa niezamieszkała wyspa Sao Lucia. Żeglarze zrzucili tam kotwicę i nurkowali – wśród skał i raf koralowych, z żółwiami morskimi i ławicami kolorowych ryb.
Z kolei miejscem docelowym na wyspie Sao Nicolau był park narodowy Monte Gordo. Rocznie odwiedza go zaledwie 600 turystów. – Na wysokości 1000 m zaczęliśmy schładzać się wodą. Tyle tylko, że leciał z nas nie pot, a słodka woda. Weszliśmy w lasy deszczowe o niesamowitej zieloności, gdzie wilgoć wisi w powietrzu. Wręcz nie szło fotografować, bo obiektyw zachodził parą – mówi podróżnik.
Ostatnim punktem programu była wyspa Sal, najpopularniejsza spośród wszystkich – z międzynarodowym lotniskiem i hotelami. Tu nastąpiła wymiana załogi, ale Mikołajewski wraz z córką pozostał jeszcze dwa dni na wyspie. Bawił w kurorcie Santa Maria. – Siedzę sobie przy zimnym piwie, po podróży skuterem wodnym na oceanie, na pięknej plaży z piaskiem jak mąka, patrzę, a na horyzoncie widzę mojego Polonusa. To chwila, której nigdy nie zapomnę. Okazało się, że koledzy z następnej załogi byli zapalonymi płetwonurkami. Przypłynęli nocą i zrzucili kotwicę – wspomina niecodzienny widok.
Do Polski wrócił z niezapomnianymi wrażeniami. O wielu rzeczach opowiada, ale są i takie, których opowiedzieć się nie da. Po prostu trzeba je widzieć. – Ktoś kiedyś powiedział, że najpiękniejszą rzeczą z tych wysp jest ich nazwa. Nieprawda! Bo nazwa jest urocza, ale same wyspy także – dochodzi do wniosku.
Zobaczyć Antarktydę
S/y Polonus obrał kurs na Brazylię, a następnie na Argentynę. 17 listopada po raz pierwszy w swej historii opłynął Przylądek Horn. Wyczyn ten powtórzył 10 grudnia, ale już z inną załogą - choć obaj kapitanowie nie zgłaszali organizatorowi takiej chęci.
- Żeglarze są przesądni. W dzienniku jachtowym wpisują tylko port wyjścia, a zamiar opłynięcia Hornu określają stwierdzeniem: „Płyniemy na południe”. Bo „dziadek” zrobi wszystko, żeby pokrzyżować plany pyszałkom. A ma ogromne możliwości – Mikołajewski mówi jak najbardziej poważnie. 4 stycznia okrętuje się na jachcie i w ramach 12. etapu popłynie na Antarktydę. Dowodzić będzie nim doświadczony żeglarz Radosław Przebitkowski. – Radek jest kaphornowcem, więc może gwizdać na jachcie, sikać i pluć pod wiatr, i robić jeszcze parę innych rzeczy, na które pozwala opłynięcie Hornu – właściciel komplementuje kapitana.
Organizując i uczestnicząc w wyprawie, wrześnianin spełnił jedno ze swych zamierzeń. – Gdy wchodziłem w dorosły wiek, śniłem o dwupokojowym mieszkaniu, maluchu i omedze do remontu. Tymczasem rzeczywistość przekroczyła moje marzenia, i to wielokrotnie. W żeglarstwie, jak w życiu, trzeba mieć trochę szczęścia, być aktywnym i zdolnym do poświęceń – dochodzi do wniosku.
Polonus jest spodziewany na Wałach Chrobrego 10 października 2012 r.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



