Pośpiech rodzi błędy
23 wrzesień 2009, 19:28
Średnia:
0.0
(0 głosów)
Rozmowa z prof. Witoldem Kozińskim, wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego
W 2009 r. NBP opracował raport nt. ewentualnego wprowadzenia waluty euro w Polsce. Co z tego raportu wynika? Przeważają korzyści czy też górę biorą negatywne zjawiska?
Raport podsumowuje wiele lat badań prowadzonych w NBP, badań moim zdaniem rzetelnych i ciekawych. Wynik jest taki, że korzyści przewyższają koszty.Jakie są najważniejsze korzyści?
Najważniejsza korzyść, podkreślana zresztą przez różne środowiska, to utrata ryzyka kursowego, kosztów transakcyjnych. Były takie momenty – i to nie tak dawno – że kurs naszej waluty tak się wahał, iż stawało się to prawdziwym utrapieniem dla przedsiębiorców. Zmienność kursów przekłada się bezpośrednio na zmianę dochodowości eksporterów i importerów. Bez wątpienia utrudnia planowanie i programowanie produkcji. Z chwilą, gdy Polska wejdzie do strefy euro, ta przeszkoda zniknie.
O wprowadzeniu euro mówi się u nas od lat. Pierwsze przymiarki dotyczyły 2007 r. Bankowcy nie lubią gdybać, ale odłóżmy na chwilę tę zasadę na bok. Co by było, gdyby dzisiaj w Polsce obowiązywało euro, a nie złoty?
Ciekawe pytanie. Przypuszczam, że mielibyśmy niższe stopy procentowe, niż mamy obecnie, nie byłoby wspomnianego ryzyka kursowego.
Na początku 2009 r. euro wprowadziła Słowacja. Nasi sąsiedzi przyjeżdżają do Polski na zakupy, bo w ich sklepach zrobiło się drogo. Niektórzy ekonomiści twierdzą też, że kryzys gospodarczy mamy stosunkowo płytki dzięki temu, że nie mamy euro…
Słowacja nie jest dla nas dobrym porównaniem, ponieważ jest krajem znacznie od nas mniejszym, mniej uwikłanym w wymianę międzynarodową. Kryzys mógłby być większy, ale to jest wyłącznie hipoteza, której nie da się sprawdzić. Polska prowadzi autonomiczną politykę pieniężną. Polski bank centralny inaczej reaguje niż Europejski Bank Centralny. Polityka selektywna, narodowa, zwykle uchodzi za sprawniejszą i to, że jesteśmy obecnie poza strefą euro, jest – jeśli można tak powiedzieć – względną korzyścią.
Najważniejsze korzyści z wprowadzenia euro znamy, a co z kosztami? Wymiana pieniędzy to ogromne przedsięwzięcie. Czy Polacy zdołają się przekonać do wspólnej waluty?
Koszty oczywiście będą. Moim zdaniem największym kosztem będzie utrata wspomnianej autonomicznej, selektywnej polityki pieniężnej. Polityka nakierowana na grupę gospodarek, które są różne pod względem charakterystyki ekonomicznej, jest trudniejsza niż polityka pieniężna związana z jednym krajem.
Czy to znaczy, że prawdziwy rząd, który trzyma finanse państwa, będzie w Brukseli?
W przyszłości w dużym stopniu tak. Jeżeli myślimy o UE jako federacji państw, to tylko w części. Jeżeli miałaby to być konfederacja – na wzór amerykański – to najważniejsze decyzje istotnie zapadałyby w Brukseli, ale w praktyce, mam wrażenie, poszczególne kraje będą same o sobie stanowić.
A nie ma Pan wrażenia, że ten najlepszy czas na wprowadzenie euro już minął? Chodzi o lata sprzed kryzysu gospodarczego.
Nie zgadzam się z tymi opiniami. Mieliśmy wtedy podwyższoną inflację, Rada Polityki Pieniężnej prowadziła inną, bardziej dopasowaną do realiów i bardziej restrykcyjną politykę niż Europejski Bank Centralny. Przełożenie polityki EBC na ówczesną naszą gospodarkę nie dałoby takich dobrych efektów, jeśli chodzi o walkę z inflacją.
Czy powinniśmy się spieszyć z wejściem do strefy euro?
Pośpiech rodzi błędy. Powinniśmy się spokojnie przygotowywać. Moim zdaniem, aby wejść do tzw. korytarza ERM II, nie mówiąc już o wprowadzeniu wspólnej waluty, powinniśmy wcześniej zmienić konstytucję. Musimy ustabilizować nasz narodowy rynek finansowy, zmniejszyć wahliwość kursową i spokojnie pracować nad programem wprowadzenia wspólnej waluty.
O wprowadzeniu euro mówi się u nas od lat. Pierwsze przymiarki dotyczyły 2007 r. Bankowcy nie lubią gdybać, ale odłóżmy na chwilę tę zasadę na bok. Co by było, gdyby dzisiaj w Polsce obowiązywało euro, a nie złoty?
Ciekawe pytanie. Przypuszczam, że mielibyśmy niższe stopy procentowe, niż mamy obecnie, nie byłoby wspomnianego ryzyka kursowego.
Na początku 2009 r. euro wprowadziła Słowacja. Nasi sąsiedzi przyjeżdżają do Polski na zakupy, bo w ich sklepach zrobiło się drogo. Niektórzy ekonomiści twierdzą też, że kryzys gospodarczy mamy stosunkowo płytki dzięki temu, że nie mamy euro…
Słowacja nie jest dla nas dobrym porównaniem, ponieważ jest krajem znacznie od nas mniejszym, mniej uwikłanym w wymianę międzynarodową. Kryzys mógłby być większy, ale to jest wyłącznie hipoteza, której nie da się sprawdzić. Polska prowadzi autonomiczną politykę pieniężną. Polski bank centralny inaczej reaguje niż Europejski Bank Centralny. Polityka selektywna, narodowa, zwykle uchodzi za sprawniejszą i to, że jesteśmy obecnie poza strefą euro, jest – jeśli można tak powiedzieć – względną korzyścią.
Najważniejsze korzyści z wprowadzenia euro znamy, a co z kosztami? Wymiana pieniędzy to ogromne przedsięwzięcie. Czy Polacy zdołają się przekonać do wspólnej waluty?
Koszty oczywiście będą. Moim zdaniem największym kosztem będzie utrata wspomnianej autonomicznej, selektywnej polityki pieniężnej. Polityka nakierowana na grupę gospodarek, które są różne pod względem charakterystyki ekonomicznej, jest trudniejsza niż polityka pieniężna związana z jednym krajem.
Czy to znaczy, że prawdziwy rząd, który trzyma finanse państwa, będzie w Brukseli?
W przyszłości w dużym stopniu tak. Jeżeli myślimy o UE jako federacji państw, to tylko w części. Jeżeli miałaby to być konfederacja – na wzór amerykański – to najważniejsze decyzje istotnie zapadałyby w Brukseli, ale w praktyce, mam wrażenie, poszczególne kraje będą same o sobie stanowić.
A nie ma Pan wrażenia, że ten najlepszy czas na wprowadzenie euro już minął? Chodzi o lata sprzed kryzysu gospodarczego.
Nie zgadzam się z tymi opiniami. Mieliśmy wtedy podwyższoną inflację, Rada Polityki Pieniężnej prowadziła inną, bardziej dopasowaną do realiów i bardziej restrykcyjną politykę niż Europejski Bank Centralny. Przełożenie polityki EBC na ówczesną naszą gospodarkę nie dałoby takich dobrych efektów, jeśli chodzi o walkę z inflacją.
Czy powinniśmy się spieszyć z wejściem do strefy euro?
Pośpiech rodzi błędy. Powinniśmy się spokojnie przygotowywać. Moim zdaniem, aby wejść do tzw. korytarza ERM II, nie mówiąc już o wprowadzeniu wspólnej waluty, powinniśmy wcześniej zmienić konstytucję. Musimy ustabilizować nasz narodowy rynek finansowy, zmniejszyć wahliwość kursową i spokojnie pracować nad programem wprowadzenia wspólnej waluty.
Artykuł wyświetlono 760 razy
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.
Zaloguj się
Najczęściej czytane
Częstochowską prostytutkę „Kobrę” znają wszyscy, a szczególnie...
Koniec z opłatą za posiadanie psa! Co piaty wągrowczanin migał się...
- Samo więzienie to nie więzienie. Gorsze jest to, że człowiek nie...
Jest piątek, 12 czerwca 2009 roku, godzina 11.00. Karolina* (21...
Najczęściej komentowane
Na blisko milion złotych wycenili biegli majątek ruchomy...
W Trzebnicy odbył się Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia. W sumie z...
Prokuratura i policja bada przyczyny niedzielnej tragedii, do...
Rodzice uczniów szkoły podstawowej mają konflikt z nauczycielem...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Najwyżej oceniane
Podczas awaryjnego lądowania boeinga 767 SP-LPC na warszawskim...
Najbardziej znaną kobietą - bohaterką powstania styczniowego...
W październiku Bartosz Józwiak z Nowego Folwarku, ogólnopolski szef...
Ponad 10 tys. złotych zebrał były radny miejski, później powiatowy...
Trasa pieszej wędrówki Martina Vosselera wiedzie wzdłuż drogi...


