Porwanie czy...?
Od początku...
Jest jesień 2007. Karolina – ładna, szczupła szatynka – po ukończeniu wrzesińskiego LO studiuje zaocznie na Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu. Od zawsze była bardzo religijna – w kościele w Węgierkach czytała lekcje na mszy świętej, śpiewała; to okoliczność bardzo ważna dla dalszych wydarzeń. Za sprawą swojej koleżanki ze studiów, Katarzyny z Czerwonaka, w jednym z pubów poznaje Mirka* z Poznania. Jest nieco starszy od Karoliny i... bardzo przystojny. Rodzi się wielka miłość, aż wreszcie, po roku, decyzja: „Pobieramy się”. Jest 2008. Młodzi mówią o tym rodzicom. Ci akceptują ich związek. Zaczynają się przygotowania. Po ślubie młodzi mają zamieszkać w Poznaniu, w domu rodziców Mirka. Ceremonia ma odbyć się we wrześniu 2009, młodzi ustalają listę gości. Przyszła panna młoda kompletuje wiano: meble, naczynia, pościele. Umawiają salę w stołówce Mikromy, kamerzystę i fotografa.
Kurs w Boruszynie
W lutym 2009 matka Mirka jedzie do Boruszyna (powiat czarnkowsko-trzcianecki) do swojego brata, księdza proboszcza Maksymiliana Kamzy. Bierze tam udział w kursie Filip, prowadzonym przez Szkołę Nowej Ewangelizacji (SNE) św. Barnaby, wspólnotę modlitewną działającą w ramach kościoła katolickiego. Matka jest pod tak silnym wrażeniem, że postanawia na taki sam kurs namówić syna z narzeczoną. Ci z kolei skłaniają do wyjazdu rodziców Karoliny.
Od tego, według rodziców Karoliny – Szymona i Violetty Adamczyków – zaczęło się całe zło...
Ojciec: – Pojechaliśmy na kurs Filip, który odbył się 5-7 czerwca 2009 w Boruszynie. Zajęcia odbyły się w przydrożnej salce. Na scenie był ołtarz, krzyż, okna były zasłonięte papierami. Po lewej stronie siedział ksiądz. Przez cały czas obserwował. Po drugiej stronie siedziały 4 dziewczyny, które robiły notatki i zdjęcia. Działy się tam rzeczy, których, jak żyję 50 lat, jeszcze nie widziałem. Zaczęło się w piątek. W sobotę modły trwały od rana do nocy. Powiedziano nam, że po mszy świętej to dopiero będzie się działo. I mieli rację... Byłem w jakimś amoku, było mi tam dziwnie dobrze, ja i żona cieszyliśmy się ze wszystkiego jak małe dzieci, śpiewaliśmy, układaliśmy hasła o tematyce religijnej... Nie było chwili przerwy w modlitwie, były „animacje”: wkładanie rąk do błota, wypisywanie grzechów na kartkach i przybijanie ich do krzyża. Był tzw. czyściec, czyli wieszanie na drzewie białych serwetek. Wisiał też plakat, który przedstawiał syna wychodzącego z domu i powracającego po latach. Odnosił się on do nas – do mnie i mojej żony, bo my mieliśmy być przez nich zwerbowani. Dostaliśmy opłatek grubości około pół centymetra! Po mszy ksiądz oznajmił wszystkim, że na każdego człowieka, który tam jest, „zejdzie” Duch Święty, tylko w różnej postaci. Co się wtedy działo... Każdy klękał przed księdzem i osobą towarzyszącą, a oni kładli im ręce na ramionach i pytali na ucho, o co proszą. W tym momencie rozległy się przeraźliwe śpiewy prowadzących (mówili, że są to głosy spoza świata), w trakcie tych obrzędów osoba padała na podłogę i dostawała silnych drgawek. Osoby, które upadły, leżały po 5-7 minut. Według nich, właśnie wtedy spływały na tych ludzi łaski. Nasza córka też upadła. Potem przy wszystkich powiedziała głośno, że jej życie zostało odmienione. Mirek upadł nam pod nogi. Dostał straszliwych drgawek, oczy miał otwarte, a ręce wyciągał do księdza. Cały czas się przy tym dziwnie śmiał. Kiedy posadziliśmy go na krześle, po chwili znów upadł, tym razem na twarz, obok nas. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że jeszcze później, w nocy, w Mirka wstąpił zły duch. Ponownie upadł na ziemię, gryzł trawę, paznokciami wbijał się w ziemię. Schwycił naszą córkę i ten duch wszedł w Karolinę – tak opowiadała nam córka. Wtedy odprawiono nad nimi egzorcyzmy i wyrzucono z nich tego ducha. Córka oznajmiła nam, że wtedy uwierzyła w Mirka, że on jest wielki. „Dla mnie Mirek jest Bogiem” – powiedziała. Podawali nam napoje, po których czuliśmy się bardzo źle, mieliśmy silne bóle głowy, połączone z apatią, brakiem apetytu, bezsennością.
Matka: – Na ustach miałam pianę, odczuwałam bóle brzucha, często chodziłam do toalety. Poza tym mam dyskopatię i normalnie nie wytrzymuję nawet godziny w jednym miejscu, a tam bez problemu siedziałam kilkanaście godzin. Ks. Kamza prosił, żeby nic nie mówić, co tutaj się dzieje, bo ma to być niespodzianka dla kolejnych uczestników kursu Filip.
Egzorcyści i ucieczka
Kontynuuje Sz. Adamczyk:
– W poniedziałek 8 czerwca obchodziliśmy z żoną 24. rocznicę ślubu... W domu odbywała się mała impreza, na którą przyjechał Mirek. Oświadczył nam, że na kursie jego wiara uległa pogłębieniu i że miał w nocy widzenie, w czasie którego Pan Bóg powiedział mu, że ślub z Karoliną nie może odbyć się we wrześniu, lecz znacznie szybciej, za tydzień lub dwa, o czym ma zadecydować wujek, ksiądz Maksymilian Kamza. Wybuchła sprzeczka. Byliśmy tak zaskoczeni, że nie wiedzieliśmy, co powiedzieć...
– Chcieliśmy, aby wszystko szło zgodnie z planem. Mirek wyjechał do Poznania, a córka została z nami. Nazajutrz nie chciała iść do pracy, bo narzekała na bóle brzucha. Pojechaliśmy do księdza proboszcza parafii pw. Królowej Jadwigi we Wrześni, który po wysłuchaniu naszej relacji zaproponował, wyjazd do egzorcysty. W środę mieliśmy pojechać tylko z Karoliną i Mirkiem do Gniezna, ale na miejscu okazało się, że zjawili się jeszcze siostra i brat Mirka, co było dla nas zaskoczeniem. Całowali księdza, Mirek padał w korytarzu, płakał, a potem wszyscy odmawiali koronkę do miłosierdzia. Do księdza weszli wszyscy razem z Karoliną, bez nas. Ksiądz powiedział nam tylko, że oni są czyści, bardziej uduchowieni, i jest dobrze. Zdruzgotani wróciliśmy do Węgierek. W czwartek, w Boże Ciało, byliśmy w Swarzędzu u ks. Eugeniusza Guździoła, który jest egzorcystą diecezjalnym. Karolina była u niego 40 minut, więc zaniepokojeni poszliśmy zobaczyć, co się dzieje, a oni, ku naszemu zdziwieniu, rozmawiali jak koledzy. My byliśmy 5 minut, dostaliśmy ankietę do wypełnienia, a potem egzorcysta grzmiał tylko na nas: ja oberwałem za to, że ćwicząc taekwondo mam w sobie złego ducha, a żona za to, że chodziła do wróżki. Samopoczucie córki nie poprawiało się, więc powiedziałem, że zbadamy jej krew (już wtedy coś podejrzewałem, bo jeszcze przez parę dni po powrocie z Boruszyna wszyscy czuliśmy się dziwnie, inaczej). Przypadkiem usłyszałem fragment rozmowy telefonicznej Karoliny z narzeczonym: „Chcą mi zbadać krew” – mówiła. To prawdopodobnie wystraszyło Mirka, który nazajutrz zabrał ją tak jak stała z pracy i uprowadził do domu swoich rodziców w Poznaniu. Bał się, że zostaną wykryte jakieś substancje, którymi ją faszerował. A że tak było, jestem pewien, bo jej zachowanie miało cechy typowe dla osób zmanipulowanych.
Po prostu odejście?
W feralny piątek 12 czerwca Karolinę do pracy odwozi dziadek Henryk Nowak, były dyrektor szkoły podstawowej w Otocznej, który mieszka z Adamczykami w tym samym domu: – Karolina była tego dnia jakaś zmieniona, jakby zimna. Zawsze mieliśmy bardzo dobry kontakt, a tym razem była obojętna, nawet na mnie nie spojrzała...
Co dzieje się dalej, już wiemy: telefon o 11.00 i... ucieczka do Poznania. Jeszcze tego samego dnia Karolina dzwoni do rodziców. Violetta Adamczyk wspomina: – Zadzwoniła do męża około 15.00, mówiąc, że jest u Mirka i żebyśmy się nie martwili. „Ja wybrałam swoją drogę życiową i tam zostanę” – mówiła. „Kocham was bardzo i proszę, zaufajcie mi”. Zaufaliśmy, co oczywiście było wielkim błędem, bo straciliśmy całkowicie kontakt z Karoliną. Tak jest do dziś – kończy ze łzami w oczach matka, dodając:
– To nie była już ona, oni kazali jej tak mówić... Kontakty zerwała też z najbliższymi koleżankami i kolegami.
Dwa dni później, czyli 14 czerwca do Poznania jedzie brat, ale nie udaje mu się porozmawiać na osobności z siostrą. – Z domu wyszła Karolina z księdzem Kamzą, który był z nami cały czas. Nie mogliśmy swobodnie rozmawiać. Siostra bardzo źle wyglądała, miała podkrążone i zaczerwienione oczy, rozszerzone źrenice. Prosiłem ją, żeby odezwała się do rodziców. Bez skutku.
Wtedy do działania przystępuje ojciec, Szymon Adamczyk. Już w poniedziałek 15 czerwca składa zawiadomienie do Prokuratury Rejonowej we Wrześni o tym, że Karolinę porwano, że poddano ją psychomanipulacji wspomaganej substancjami o charakterze narkotycznym. Jeszcze tego samego dnia prokurator rejonowy Krzysztof Helik przesyła sprawę do prokuratury Poznań Nowe Miasto (bo tam przebywa Karolina) oraz do prokuratury w Szamotułach (bo „w Boruszynie funkcjonuje ośrodek o charakterze quasi-religijnym, który może mieć związek z bezprawnymi zachowaniami wobec Karoliny Adamczyk” – jak czytamy w piśmie).
Mijają kolejne dwa dni i domniemana uprowadzona 17 czerwca pisze do domu list. Jest w nim pełna miłości do rodziców, a jednocześnie bardzo krytyczna w stosunku do braci. Nie podaje konkretnych powodów zerwania z domem, ale parokrotnie podkreśla, że decyzję o odejściu podjęła samodzielnie, że chce żyć po swojemu, u boku kochanego Mirka. Prosi również, żeby jej zaufać oraz składa deklarację: „NIE ZAWIODĘ WAS!”.
Teraz sprawę bada już Prokuratura Rejonowa Poznań Nowe Miasto. 25 czerwca 2009 w domu Mirka w Poznaniu pojawia się policjant, którego zadaniem jest przesłuchanie Karoliny. „Kobieta znajdowała się w dobrym stanie zdrowia i nie sprawiała wrażenia osoby będącej pod wpływem środków odurzających” – czytamy w uzasadnieniu asesora Małgorzaty Cajske o odmowie wszczęcia postępowania przygotowawczego. „Karolina oświadczyła, że wyprowadziła się ze swojego domu rodzinnego, gdyż rodzice za bardzo kontrolowali jej życie [...]. Jednocześnie kobieta stwierdziła, iż przebywa w obecnym miejscu zamieszkania z własnego wyboru i nie ma nic przeciwko temu, by rodzice złożyli jej tam wizytę”. Od 17 czerwca jest już zameldowana w domu Mirka.
Szymon Adamczyk nie zgadza się z ustaleniami prokuratury: – Jak można było umorzyć sprawę tylko na podstawie przesłuchania policyjnego?! Nie stwierdzono śladów nakłuć na rękach, ale co z tego? Czy narkotyki można podawać tylko zastrzykami? Dlaczego nie przeprowadzono żadnych badań lekarskich, dlaczego nie zbadano jej krwi?
– Po odmowie prokuratury postanowiliśmy osobiście z ochroną (w obawie przed zachowaniem rodziny Mirka) sprawdzić, co się dzieje z naszą córką – kontynuuje Violetta Adamczyk. – Zobaczyliśmy ją tylko przez krótką chwilę w oknie, przestraszoną i bardzo zmienioną.
Kilka dni później do Poznania jedzie dziadek, H. Nowak: – Nie wpuścili mnie do domu, rozmawialiśmy na podwórzu w obecności rodziny Mirka. Prosiłem o spotkanie z Karoliną. Otrzymałem odpowiedź, że wnuczka z narzeczonym są na wczasach. Nie uwierzyłem, nalegałem. W końcu matka Mirka ze złością oznajmiła, że Karolina jest przechowywana w piwnicy. Ta wiadomość zwaliła mnie z nóg. Zasłabłem. Widząc to matka Mirka, przerażona, zapraszała mnie do piwnicy, odwołując to, co powiedziała.
Rodzice nie dają za wygraną – zlecają firmie detektywistycznej Enigma zbadanie, co dzieje się z Karoliną i czy w ogóle dziewczyna żyje... Składają też zawiadomienie – tym razem do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Ta kieruje sprawę ponownie do Prokuratury Poznań Nowe Miasto. Na polecenie prokuratorów 11 sierpnia na posesję, na której według rodziców przetrzymywana i odurzana jest Karolina, ponownie idzie policjant – i ponownie dowiaduje się od samej zainteresowanej, że przebywa tu ona z własnej woli. A więc Karolina jest dorosła i ma prawo mieszkać tam, gdzie chce. Nie stwierdza się też, aby w miejscu zamieszkania była przetrzymywana siłą. Ostatecznie wszystkie prokuratury odmawiają wszczęcia postępowania.
Cichy ślub
Tymczasem 18 lipca 2009 Karolina bierze z Mirkiem ślub cywilny i przyjmuje nazwisko męża. 28 lipca w obecności księdza Maksymiliana Kamzy młodzi udzielają sobie sakramentu małżeństwa. Dokładnie nie wiadomo, gdzie do tego dochodzi – Adamczykowie twierdzą, że prawdopodobnie w domu Mirka. Świadkami są ponoć siostra i brat pana młodego. Rodzina pani młodej nie otrzymuje zawiadomień o ślubie... Dowiaduje się o małżeństwie z listu córki datowanego na 30 lipca.
Ton listu jest znacznie ostrzejszy, niż pierwszego, ale też od tamtej pory sporo się wydarzyło.
Pamiętajcie, że macie przed sobą swoją córkę – a nie swoją własność! Wasze zachowania i metody pogarszają tylko nasze relacje. Stawiacie potężny mur – poprzez kłamstwa i pomówienia, na których bazujecie i poprzez ciągłe nasyłanie na mnie i na rodzinę mojego męża zbirów, którzy nas nieustannie śledzą i obserwują.
Odnotujmy też, że doniesienia do prokuratury składają w tym czasie również Karolina (o psychicznym znęcaniu się nad nią rodziców) i Mirek (o groźbach karalnych kierowanych pod jego adresem).
Ojciec zaczyna się bać
Szymon Adamczyk: – Jak tylko Karolina zniknęła, w okolicy naszego domu w Węgierkach pojawiło się więcej samochodów niż zwykle. Poczułem się obserwowany. Podszedłem kiedyś do jednego z aut, które parkowały niedaleko mojego domu, i zapytałem: „Kogo obserwujecie? W jakim celu? Jesteście ze SNE?”. I wtedy okazało się, że tak! Ci ludzie byli ze SNE. Dalej – jestem przedstawicielem handlowym pewnej firmy, więc sporo podróżuję po kraju. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w różnych częściach kraju spotkały mnie niebezpieczne zdarzenia – auta zajeżdżały mi drogę, tak jakby ktoś chciał mnie zastraszyć. Po pewnym czasie zacząłem spisywać ich numery rejestracyjne, a potem podałem je policji. Nic nie stwierdzili. Tak czy inaczej, na wszelki wypadek założyłem w domu instalację alarmową.
Co na to Kuria i SNE?
Adamczykowie walczą o powrót córki także na innym froncie, a mianowicie w kręgach kościelnych. Mają silne przekonanie, że rodzina Mirka to część sekty religijnej działającej w kościele katolickim. – Nie wiem, czy całe SNE to sekta – mówi Szymon Adamczyk. – Ale to, co widzieliśmy na kursie Filip w Boruszynie, to było coś obcego wierze katolickiej. Być może tylko w Boruszynie działała ta sekta, która wymknęła się spod kontroli władz kościelnych i samego SNE.
1 września 2009 Violetta i Szymon Adamczykowie wysyłają do biskupa Zdzisława Fortuniaka pismo, w którym proszą o zbadanie legalności, a zarazem ważności zawartego związku małżeńskiego Karoliny i Mirka. Pod koniec października otrzymują odpowiedź:
Zachowane zostały wszelkie procedury wymagane, aby ww. małżeństwo uznać za ważnie zawarte [...]. Nie ma podstaw prawnych, aby zajmować się małżeństwem Mirka i Karoliny.
Sam biskup zresztą przyjmuje Adamczyków dwukrotnie. – Pierwszy raz był bardzo przejęty tym, co od nas usłyszał, i obiecał, że spróbuje pomóc, natomiast drugi raz było już zupełnie inaczej; bronił ich i to w nas widział winnych sytuacji – relacjonuje Szymon Adamczyk. – A gdzie czwarte przykazanie: czcij ojca swego i matkę swą...? Na koniec rozmowy z biskupem dowiedzieliśmy się, że nasza córka jest w ciąży.
Poprosiliśmy Kurię Metropolitalną w Poznaniu o wyrażenie swojego stosunku do sprawy. Odpowiedział sekretarz, ks. Sebastian Kujawa:
Naszym zdaniem nie należy łączyć w sposób przyczynowy uczestnictwa w kursie Filip z problemami rodziny p. Karoliny. Udział w tym kursie raczej pomaga w poszukiwaniu w relacjach z najbliższymi tego, co łączy, a nie co dzieli. Trudno nam natomiast oceniać i rozsądzać wszystko, co stało się w tej rodzinie, i doprowadziło do znanych faktów.
Zapytaliśmy również w SNE, co tam myślą o zarzutach pod swoim adresem ze strony Adamczyków. Odpowiedziała nam Danka Szatna:
Nigdy na żadnym naszym kursie nikomu nie były podawane środki odurzające ani psychotropowe. Żeby rzucać takie oskarżenia, trzeba mieć dowody, choćby najprostsze w postaci pozytywnych testów na obecność narkotyków. Amfetaminę i opiaty można wykryć do 72 godzin po podaniu, THC spokojnie nawet do 10 dni, kokainę do 48 godzin. Czy ci Państwo poza domniemaniami mają jakieś dowody [...]? Moja „wiedza” nt. narkotyków wynika z mojego wykształcenia (mgr farmacji) [...]. Nie chcę się w żaden sposób wypowiadać na temat relacji rodzinnych w obu rodzinach, bo nie są mi na tyle blisko znane, żebym mogła mieć na ich temat jakieś zdanie. Nikt ze SNE nigdy nie śledził Adamczyków.
Co na to młodzi?
Nie wiadomo. Rozmawialiśmy z Mirkiem w jego warsztacie samochodowym w środę, 21 kwietnia. – Nie chcę się wypowiadać. Pan nas obserwuje, był pan przed naszym domem trzy razy, kamery zarejestrowały pana toyotę. Poza tym w pana pierwszym liście nie było podpisu, dopiero w drugim jest podpis – mówi stanowczo i nie przejawia chęci do dalszej rozmowy. – Przepraszam, nie mam czasu, pracuję – kończy. – Proszę, tu jest moja wizytówka i artykuł, który ukaże się w piątek – mówimy. – Mam nadzieję, że po przeczytaniu zmieni pan zdanie i przemówicie – pan i pana żona – w artykule.
Niestety, zdania nie zmienili...
Zanim doszło do spotkania, dzwoniliśmy wielokrotnie; nikt nie odbierał. Wysłaliśmy więc do Karoliny i Mirka dwa obszerne listy z pytaniami, z prośbą o spotkanie lub kontakt telefoniczny czy mejlowy. Nic. Cisza. Prosiliśmy o to samo poprzez SNE, kurię, przyjaciółkę Katarzynę i inne osoby, które mogły mieć kontakt z Karoliną. Cisza. Pisaliśmy też i dzwoniliśmy wielokrotnie do ks. Kamzy, ale nie odbierał telefonu, nie odpisał. Karolina i Mirek mają prawo wypowiedzenia się w swojej sprawie i my im to umożliwiliśmy. Nie skorzystali. Mimo wszystko ustaliśmy, że 6 lutego Karolina obroniła licencjat na Wyższej Szkole Bankowej.
Co dzieje się teraz?
Po porażkach w prokuraturach i w kościele, Adamczykom pozostały tylko media. Dzisiaj w ich domu panuje atmosfera smutku i desperacji, a także gniewu.
– Chyba wyjdę na ulicę z transparentem: „Księża mojego kościoła zniszczyli życie moich dzieci – naszą podporę w starości” – mówi Henryk Nowak, który parę tygodni temu, nie mówiąc nic nikomu, pojechał do Karoliny. Nie został zaproszony do domu...
Rodzice Karoliny studiują literaturę dotyczącą metod działania sekt, utwierdzając się jeszcze bardziej w przeświadczeniu, że to właśnie sekta zabrała im córkę. Nie przyjmują zupełnie do wiadomości, że ich córka mogłaby odejść z domu tak po prostu – bo jest pełnoletnia i nie odpowiada jej życie w domu rodzinnym.
Violetta Adamczyk: – Boli mnie, że moja córka nie odbiera od nas nawet listów i kartek z życzeniami, i poczta musi je odsyłać. To bardzo przykre, tym bardziej że jej pokój czeka na nią w takim stanie, w jakim go zostawiła. Prosimy o kontakt każdego, kto mógłby nam pomóc.
* imiona zostały zmienione
Artykuł z zeszłego roku a emocje wciąż duże...
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



