Piotr Voelkel - świat podzielony na pół
Jego dorobek jest za duży, by próbować go tutaj zestawiać. Od kilku lat gości na liście 100. najbogatszych tygodnika Wprost. Współzałożyciel Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa. Kolekcjoner i mecenas sztuki, który ma ambicję - jak mówi - zmienić wizualny charakter Poznania. Jako szef Wielkopolskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych doprowadził do ustawienia dzieł sztuki w miejscach publicznych. Jako inwestor odrestaurował starą drukarnię, by umieścić w niej centrum projektu artystycznego i buduje w środku miasta wieżowiec, który ma szansę stać się symbolem Poznania. W konkursie Wielkopolscy Przedsiębiorcy XX-lecia dostał wysoką ósmą pozycję.
Znany i nieznany
Tak naprawdę Voelkel jest krotoszynianinem, tutaj spędził najważniejsze lata młodości, tu chodził do liceum, gdzie zdał maturę w 1969 r. Rodzice to rdzenni kobylinianie, którzy podkreślają swoje wielkopolskie korzenie. Dużą część życia spędzili w Krotoszynie, gdzie ojciec Piotra był powiatowym lekarzem weterynarii. Mieszkali na Bukówku. Pod koniec lat 90. przeprowadzili się do Poznania, w sąsiedztwo syna.
Piotr chodził do jednej klasy ze Stanisławem Kosiarskim, Januszem Ratajczakiem (Pinkim) czy lekarzem Włodkiem Florkowskim. Ich wychowawcą był profesor Józef Mizera. Jego żona, Anna zd. Kolasińska, to także absolwentka Kołłątaja.
- To była niezwykła klasa, 44. facetów, niezła banda. Kiedyś zaplanowaliśmy zamknięcie szkoły i prawie nam się to udało. Byliśmy lojalni i skuteczni, bardzo zażyli - mówi.
Ale do Krotoszyna nie przyjeżdża prawie wcale, nawet ostatnio na licealne zjazdy. I mimo nietuzinkowych sukcesów, które zdołał odnieść, dla mieszkańców miasta pozostaje postacią i nieznaną, i tajemniczą. Niewiele wiedzą o nim lokalni przedsiębiorcy, którzy z definicji winni szukać dla siebie wzorców, albo przynajmniej starać się poznać biznesmena, któremu się powiodło.
Zaczepić się pazurami
Rozmowa z Piotrem Voelkelem jest o tyle trudna, że stanowi pewnego rodzaju grę, którą nie każdy potrafi przejrzeć. Lubi posługiwać się tyleż faktami, co żartobliwym ich wyolbrzymianiem, a zimną relację przeplata niekiedy językiem kpiarza. Wyznaje manichejską wizję świata, gdzie sprawność, siła i sens sąsiadują z niezdarnością, słabością i głupotą, i nie widzi wartości pośrednich. Lubi język dosadny i nie unika ostrych epitetów, które trafnie obrazują to, jak postrzega ludzi i ich sprawy.
To do czego doszedł, mogło wydarzyć się tylko dzięki metropolii. Ciągle słyszy słowa matki, która szansę dla swoich dzieci widziała w dużym mieście. Na początku nie czuł się dobrze w Poznaniu. - Trzeba się było mocno zaczepić pazurami, bo tu wszystko było już obsadzone przez swoich - dodaje.
Przez 6 lat pracował w Polskim Teatrze Tańca i wtedy poznał ludzi, którzy otworzyli przed nim inny świat. Dla jednego z nich, obcokrajowca, stał się partnerem w interesach - najpierw małych, a potem bardzo dużych. To było jeszcze przed Balcerowiczem - złote lata biznesu na styku socjalizmu i kapitalizmu.
Już wtedy stał się eksporterem i zdał sobie sprawę, czym w interesach jest duże miasto. Patrzył ciągle w przód, nie oglądając się za siebie. - Nie mam czasu na spotkania, gdzie godzinami wspomina się, co było na lekcji u Zielonki - powiedział mi kiedyś.
Jego ważne projekty
Gdy pytam o to, co najważniejsze, mówi o trwającej już od 10. lat akcji stypendialnej dla młodzieży z małych ośrodków. Pieniądze są na drugim planie, chodzi raczej o umożliwienie dalszego kształcenia się, wspieranie rozwoju. - Opiekujemy się nimi wiele lat, bywa że aż do ukończenia studiów. Urządzamy zjazdy, warsztaty itd. Wśród stypendystów znaczna grupę stanowią młodzi ludzie ze wschodniej Polski, którzy nagle stają na trampolinie życia.
Na drugim miejscu wymienia Concordia Design, czyli centrum projektowania, które zostało otwarte w listopadzie w odrestaurowanym budynku zabytkowej drukarni, obok Kaponiery. Powstał tam inkubator dla młodych firm z sektora kreatywnego - od architektury poprzez reklamę po wolne zawody. To nowoczesny ośrodek szkoleniowo-doradczy, w którym odbywają się wystawy i konferencje i są warunki do pełnej realizacji projektów.
Wspomina też o School of Form, czyli studiach designerskich, które zostały uruchomione w zarządzanej przez niego szkole nauk humanistycznych. To kierunek, który łączy w sobie praktyczne umiejętności projektowe z humanistycznym rozumieniem świata. - Mamy w Polsce wiele talentów, które są źle uczone - mówi i dodaje, że wykładowcami w Poznaniu są najbardziej znani projektanci z Europy.
W ciągu kilku lat obok Sheratona powstanie spektakularny wieżowiec Sophia, który Piotr Voelkel buduje wraz z firmą Garvest. Projekt przygotowało holenderskie studio MVRDV, a jego wnętrze służyć będzie biznesowi, edukacji i sztuce. To ma być gmach - jak mówi - na światowym poziomie.
Cysarskie życie?
Zanim zaczął realizować swoje wizje, nabywał dzieła sztuki. Ma pokaźną galerię obrazów i rzeźb, zlokalizowaną zresztą w kilku miejscach. To chyba jedyna jego słabość, bo pieniądze traktuje jak narzędzie, przy pomocy którego urzeczywistnia idee. Kolekcje służą ponadto innym - stanowią scenografią pomieszczeń szkoły czy też jego firm.
Voelkelowi pewnie się zazdrości, ale ci którzy sądzą, że cysorz to ma klawe życie, powinni się zastanowić. Można się bowiem domyślać, że zarządzając znacznym majątkiem, musi podejmować decyzje trudne, może nawet drapieżne. Ludzie, którzy mają wielką władzę czy wielkie pieniądze, zmagać się muszą z ponadprzeciętną odpowiedzialnością. To druga strona sukcesu.
Mówi, że łeb do interesu odziedziczył po babci ze strony mamy, która w Kobylinie miała sklep z rowerami. Gdy podkreśla, że ojciec, człowiek o silnej, narzucającej się osobowości, trzymał go silną ręką, nieświadomie wskazuje inny trop. Z domu na pewno wyniósł asertywność, skłonność do skrajnie racjonalnych ocen, szersze niż przeciętne zainteresowania. Jakąś solidność i niepodważalność wzorca.
A z drugiej strony zbliżył się później do materii tak subtelnej i nieokreślonej, jaką jest sztuka - z całym jej bogactwem form, przełamywaniem schematów, buntem wobec wartości, wolnością. Jak godzi te dwa bieguny? Czy to w ogóle możliwe?
Kpiarskie spojrzenie
Gdy siedzę przed 60-letnim Piotrem Voelkelem, widzę, że jego oczy nic nie straciły z wigoru, który rozsadzał go w wieku szkolnym. Pomysł z zamknięciem szkoły - zapewniam - był tylko jednym z bardziej niewinnych jego pomysłów. Trudno mi pojąć, jak ta jego nieogarnięta żywiołowość zamieniła się później w dojrzałe wizje biznesowe, niezależnie od tego kogo chciał słuchać i kim się fascynować.
Jeden z jego znajomych powiedział mi kiedyś, że jeśli Piotr coś robi i dokądś zmierza, z pewnością najlepiej być mu niezbędnym.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



