Pierwszy (?) fotograf Złotowa
Władca świata
Grube, zniszczone dłonie obejmują małe, czarne pudełko. Zmęczone oko w obwolucie ze zmarszczek próbuje dostrzec to, co znajduje się po drugiej stronie pudełka. Druga źrenica pozwala objąć się powiekom, by ułatwić pracę oku wpatrzonemu w dal. Cały świat sprowadza się do tego, co widać po drugiej stronie szklanego wizjera. Wstrzymany ze świstem powietrza oddech pomaga utrzymać pozycję ciała wspartego na ociężałych nogach. Jeden ruch palca dzieli to co dziś minie bezpowrotnie od tego, co pozostanie takim samym na wieki. Ułamek sekundy, tyle wystarczyło, by zatrzymać świat. By całe jego piękno zamknąć w pudełku pełnym pikseli. Załzawione oczy się otwierają, patrzą na mieniący się kolorami wyświetlacz – ta cząstka Złotowa jest już moja...
Wywołać magię
- Mój śp. ojciec miał aparat sprzed wojny na kliszę, taki harmonijkowy. Pamiętam jak wywoływaliśmy te zdjęcia, jak mu pomagałem – Andrzej Kosiba cofa się do wydarzeń sprzed 60 lat. - Zdjęcia robiło się w taki sposób, że w specjalną ramkę wkładało się kliszę, papier, naświetlało się to i wywoływało.
W ten sposób mały Andrzej zarażał się miłością do fotografii. Czasem z ojcem pożyczali od sąsiadów aparat z kliszą 6x6.
– Robiliśmy zdjęcia wszystkiego. Fotografowało się znajomych, rodzinę, miasto – wspomina znany złotowski lekarz. - Porządniejszy aparat kupiliśmy po 1956 roku od Rosjan. To był Fed 2, taka nędzna podróbka niemieckiej Leici. To był aparat małoobrazkowy, można nim było zrobić 36 zdjęć. Pan Andrzej wspomina, że przez długie lata PRL–u do dyspozycji miał jedynie aparaty rosyjskie lub niemiecki. - Byliśmy skazani na polski sprzęt, te nędzne filmy produkowane w Fotonie. Jakość była nędzna, mało kontrastowa. Dopiero dużo później zaczęły się pokazywać lepsze filmy, nie mówiąc o kolorowych... – fotografik przywołuje obrazy kolejnych aparatów i systemu powstawania zdjęcia. - Dawniej całe noce siedziałem w ciemni. Brałem powiększalnik, różne rodzaje papierów, w zależności od obiektywu i robiłem odbitki.
Opowiadając o początkach miłości do fotografii Andrzej Kosiba jednocześnie obnaża swoją miłość, w której nie ma miejsca na nostalgię i artystyczne podejście do tematu. – Ważne było to, że będę miał zdjęcie – mężczyzna patrzy trzeźwo na fotografowanie. - Ja jestem bardziej dokumentalistą. Dokumentuję tę rzeczywistość, która nas otacza. Robię to wszędzie, gdzie tylko pojadę.
Aparat, ja i... aparat
Zaczęło się w Szczecinie, dokąd młody Andrzej wyjechał na studia. Wraz z nadziejami na dobre życie zabrał ze sobą rosyjską Zolkę 4. Fotografował miasto, studenckie życie i innych studentów. Zyskał miano uczelnianego kronikarza.
- Po latach koledzy bardzo mnie chwalili za te zdjęcia, bo gdyby nie ja, to by tych zdjęć ze studiów prawie nie mieli – twarz mężczyzny rozpromienia uśmiech zadowolenia. Podobnie jest, gdy mówi o pierwszych pieniądzach zarobionych na swojej pasji. - Potem nawet trochę tym aparatem dorabiałem, bo miałem już lampę błyskową. Zamiast przewalać beczki ze śledziami w porcie, siedziałem w ciemni w akademiku i wywoływałem zdjęcia z różnych imprez – opowiada absolwent Pomorskiej Akademii Medycznej. Przywiązanie młodego lekarza do aparatu było tak silne, że właściwie się bez niego nie ruszał. Zdjęcia robił i robi wszędzie.
- Życie jest na tyle ciekawe, że trzeba je uwieczniać – mówiąc to mężczyzna z szuflady biurka wyjmuje zdjęcie, na którym z dwoma młotkami w rękach stoi przy obalanym wówczas murze berlińskim. Złotowianin mur uwiecznił, ale z Berlina przywiózł kolejną zabawkę - Jak otworzono NRD, to kupiłem sobie bardzo dobry na ówczesne czasy aparat – Praktike. Robiłem nim dość długo zdjęcia – historia fotografika splata się z historią fotografii...
Strzał z biodra
Fleszem po oczach? Proszę bardzo. Zasłonić innym? Dlaczego nie. Głosować jedną ręką, a drugą robić zdjęcie? I owszem. Technika wykonywania zdjęć Andrzeja Kosiby jest powszechnie znana. Wszędobylski, pewny siebie zrobi zdjęcie w każdej sytuacji i każdemu. W grupie, w parze, pojedynczo. Przez wielu nazywany pozytywnie zakręconym, fotografik amator robi to, na co ma ochotę.
- Doszło do tego, że jak gdzieś poszedłem bez aparatu, to jakieś panie mnie pytały o niego. Tak jestem kojarzony – mówi mężczyzna z radością w głosie. - Ludzie reagują na mnie raczej pozytywnie. Rzadko kto nie chce, żeby go fotografować, a je przecież nie będą pani czy pana prosił, żeby mu zrobić zdjęcie – obrusza się złotowski lekarz. Na pytanie o prezentacje swoich zdjęć zaraz się rozchmurza. - Ja je chętnie pokazuję. Burmistrz np. dzięki mnie ma taką kolekcję, że głowa boli. Inni pstrykali i mu tego nie dawali, a ja zawsze – chwali się bywalec niemal wszystkich złotowskich imprez. - Miałem kilka wystaw autorskich, niektóre cieszyły się dużym zainteresowaniem. To były bardzo różne zdjęcia: grzybów, zwierząt, miejsc. Bardzo ciekawe są zdjęcia z procesji Bożego Ciała. Mam takie od 1954 roku aż do dzisiaj. Ci, którzy to oglądali rozpoznawali się jako mali chłopcy czy dziewczynki sypiące kwiaty.
Skok przez technologię
Oczy mężczyzny jakby zachodzą mgłą. Widać, że o czymś intensywnie myśli. Szpera w pamięci, robi swoisty rachunek sumienia.
– Fotografowanie zmieniło się niewyobrażalnie. Jakość jest o niebo lepsza niż kiedyś. Dziś zrobić 1000 zdjęć za jednym razem to żaden problem. Mogę w ogóle nie zdejmować palca ze spustu. A nie 36 i zakładaj nowy film. Poza tym dziś mam wszystko w komputerze. Mogę pracować na tych zdjęciach, mogę je łatwo przeglądać. Zmiana nastąpiła straszna – A. Kosiba wyrzuca z siebie jednym tchem. Wspomina też moment, gdy w 2000 roku kupił pierwszy aparat cyfrowy Olympusa. - Zrobiłem w ciągu tych lat duże postępy, także sprzętowo. Są tacy, którzy się zatrzymali i tak chcą robić. Ja nie, idę naprzód. Cały czas się uczę, czytam różne opracowania – na dowód mężczyzna sięga po książkę o fotografii. Andrzej Kosiba jednak nie utrzymuje ścisłych kontaktów z innymi miłośnikami fotografowania. - Rzadko brałem udział w zorganizowanych sesjach zdjęciowych. Nie pchałem się tam. Nieraz zaglądam do Klubu Fotograficznego Zwierzyniec, pogadamy, wymienimy poglądy. Tak samo nie pcham się na konkursy. Raz wysłałem zdjęcia z wyścigów psów do Piły, to mi ich nawet nie zwrócili...
Spieszmy się fotografować
Półki uginają się pod ciężarem historii zawartej na czarno–białych i kolorowych zdjęciach. Z niedomkniętych szuflad wydostać się próbują celuloidowe świadectwa dawnych dni. Zatrzymanych chwil z życia Złotowa Andrzej Kosiba ma tysiące.
- Łapię jak leci, ale wiem, że to wszystko się ciągle zmienia.
- Nie uwierzyłby Pan, że tu na skrzyżowaniu Moniuszki i Nieznanego Żołnierza był cmentarz – siwy mężczyzna sięga po konkretną kartę z pamięci. - Nawet byłem tam na pogrzebie, ale jak wystrzelili salwę, bo to był cmentarz wojskowy, to się wystraszyłem i uciekłem. Potem, jak zaczęli budować tam dom, to te zwłoki przewieźli na cmentarz wojenny – lekarz medycyny pracy ma zdjęcia również tego miejsca.
To i inne można obejrzeć obecnie w Miejskiej Bibliotece Publicznej, gdzie od 30 stycznia pokazywana jest wystawa zdjęć Andrzeja Kosiby. Pokazane są na nich miejsca, które dziś zmieniły się często nie do poznania.
– Do 1956 roku praktycznie nic się tu nie działo. To było takie zapyziałe miasteczko – przyznaje były radny Rady Miejskiej w Złotowie. - Dużo zrobiono w latach 70–tych i 80–tych. A prawdziwy boom nastąpił w latach 90–tych – wspomina złotowianin, który nieustannie fotografuje swoje ukochane miasto. - Jest dużo miejsc, w których dziś nic nie ma, a na pewno będą w przyszłości zagospodarowane. Ważne jest bieżące życie. To co dzieje się na plażach, promenadzie, w mieście. Materiału do robienia zdjęć nie zabraknie – zapewnia obserwator tegoż życia.
Żałuję...
6 rano. Starszy mężczyzna zanurza się w wodzie pływalni Laguna. Robi to codziennie. Popływa, pożartuje z ratownikami i idzie do pracy. Wciąż prowadzi prywatną praktykę lekarską, jest też lekarzem zakładowym. Zawsze ma przy sobie aparat.
- Nawet robię zdjęcia w tych zakładach, w których badam pracowników. W pewnym sensie muszę znać zakłady i stanowiska pracy – lekarz medycyny pracy mówi z uśmiechem i tłumaczy: - To jest moja pasja. Jeden zbiera znaczki, a ja robię zdjęcia, Tu się mogę wyładować.
Dokumentalista Złotowa, jak sam siebie nazywa, nie kryje dumy ze zgromadzonych przez blisko 60 lat materiałów. Wciąż jednak odczuwa niedosyt związany z przeszłością.
- Żałuję, że zrobiłem tych zdjęć tak mało. Czasem się o tym nie myśli, a było wiele takich rzeczy, miejsc, których dziś już nie ma...
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



