ŁOWICZ - Mieli zobaczyć Smoleńsk, stracili pieniądze
- Nie wierzę w tłumaczenia M. Uważam, że zostaliśmy oszukani, bo jak dotąd nic z tego, co mówił się nie sprawdza, a teraz nie odbiera telefonów - powiedział nam łowiczanin Henryk K. On i 22 inne osoby zostały namówione przed Dariusz M. na wycieczkę za wschodnią granicę. W piątek, 29 kwietnia, w dniu wyjazdu, na Starym Rynku w Łowiczu cztery osoby oczekiwały na autobus. Nie przyjechał. Były to osoby, które dzień wcześniej nie zostały powiadomione za pomocą SMS, że wycieczki nie będzie.
Wyprawa miała trwać od 29 kwietnia do 4 maja. Długi majowy weekend grupa miała spędzić m.in. w miejscu katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, w lesie Katyńskim oraz w Solecznikach na Litwie u tamtejszej Polonii, z którą Dariusz M. współpracował, gdy był radnym.
Społecznik czy oszust
Dariusz M. dał się poznać w Łowiczu między innymi jako społecznik. Był dyrektorem Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, przez kilka kadencji radnym miejskim oraz radnym powiatowym w minionej kadencji. Wtedy właśnie wybuchł skandal, połączony ze sprawą karną, w której Dariuszowi M. postawiono zarzuty dotyczące przyjmowania korzyści majątkowych w zamian za pomoc przy otrzymaniu mieszkania komunalnego. Proces nadal się toczy. Dariusz M. w czasie zatrzymania wyskoczył z okna swego mieszkania na czwartym piętrze, doznając poważnych obrażeń nogi. W efekcie sprawy złożył mandat radnego powiatowego.
O byłym radnym przypominalibyśmy sobie tylko w relacjach z procesu, gdyby nie nieszczęsna wycieczka na Wschód.
- Myślę, że on miał nadzieję, iż te zainkasowane 450 zł od osoby jest niedużą kwotą i nikt nie będzie robił o nią hałasu. Jest inaczej, my nie popuścimy - usłyszeliśmy od Henryka K..
- W moim przypadku jest gorzej, ja namówiłam jeszcze sześć innych osób na ten wyjazd, każda z nich zapłaciła. Gdy się okazało, że wycieczki nie będzie oddałam im pieniądze z własnej kieszeni. Mam w plecy łącznie ponad 3 tysiące - powiedziała nam Jadwiga G.
Dlaczego zaufała Dariuszowi M. znając jego przeszłość? Teraz sama uważa to za totalnie głupie, ale dodaje - Jakbyśmy nie wierzyli ludziom i im nie mogli zaufać, to w ogóle nie wychodzilibyśmy z domu.
Jak opowiadają niedoszli wycieczkowicze, sama organizacja wyjazdu zaczęła ich niepokoić, w tej sprawie kontaktował się z nimi jednak wyłącznie Dariusz M.. choć za każdym razem powoływał się na to, że on tylko zbiera chętnych i pieniądze. A organizatorem jest firma funkcjonująca rzekomo pod nazwą PUT Łódź Krzysztof B.
Wszystko na „gębę”
Henryk K. powiedział nam, że w sprawie wyjazdu nie odbyło się żadne spotkanie organizacyjne czy informacyjne, wszystko na „gębę” załatwiał z nimi M.
Jadwiga G. pokazuje nam SMS sygnowane PUT Łódź z informacją o spotkaniu.
- Poszły na nie moje koleżanki, miało się odbyć w Domu Seniora przy ul. 3 Maja, stały, czekały - nikt nie przyszedł. Wtedy zaczęłam się niepokoić. M. przy organizacji tych spotkań powoływał się na szefową Klubu Seniora Annę Bieguszewską.
- Nic o tym nie wiem, nie ustalałam i nie organizowałam żadnych spotkań, choć pan M. zwrócił się do nas z pytaniem czy ktoś z klubu nie chce jechać na taką wycieczkę. To duża niezręczność - powiedziała nam i zwróciła uwagę, że może ustalenia były z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej, który administruje budynkiem na 3 Maja. Dyrektor MOPS Marek Dziedziela zaprzecza jednak, by M. zwrócił się do niego z taką prośbą.
Natomiast na telefonach komórkowych osób, które wpłaciły pieniądze są SMS, w których są informowani o spotkaniu w Klubie z dokładną datą i godziną. SMS wysyłane były jednak z komunikatora internetowego. W SMS tych były nawet informacje o tym jakiej marki, jakiego koloru i o jakich numerach rejestracyjnych autobusem będą jechali - „Mercedes, koloru czerwonego, w białe pasy”.
- Rozmawiałam z nim, mówiłam żeby nas nie zrobił na szaro na tym wyjeździe, bo w Łowiczu nie ma najlepszej reputacji. Zapewniał, że wszystko będzie w porządku i by się nie martwić - powiedziała nam Jadwiga G.
Tuż przed wyjazdem wymogła ona na M. numery telefonów do osób, z którymi M. współpracował w organizacji wyjazdu. Pod jednym odzywał się faks. My ustaliliśmy, że to numer Fundacji Uwolnienie w Łodzi. Telefonu nikt nie podnosi, bo jest przeznaczony tylko do odbierania faksów. Pod innym numerem usłyszeliśmy, że nikt nie zna tam M. ani B. Na drugi telefon, komórkowy do Krzysztofa B., nie mogła się dodzwonić, w końcu jakiś mocno nietrzeźwy (w jej odczuciu) głos potwierdził jej datę wyjazdu. Potem wycieczkowicze dostali SMS w którym PUT Łódź poinformowało, że Krzysztof B nie jest już przedstawicielem firmy w związku z nierzetelnościami, jakich miał się dopuścić.
Wypadek I - 28 kwietnia
28 kwietnia wieczorem otrzymali natomiast SMS z informacją, że koordynator wycieczki miał wypadek i jest ona odwołana. Co ciekawe, 28 kwietnia o godz. 8.00 Jadwiga G. dodzwoniła się do M. i poprosiła o wyjaśnienia bo ma wątpliwości co do organizacji wyjazdu. M. obiecał, że przyjedzie do niej ok. 11.00 i porozmawiają. Mówił, że jest w drodze do Łodzi po dokumenty związane z wyjazdem i wszystko jest w porządku. - Mówił, że właśnie minął Domaniewice - mówi Jadwiga G.
Ale nie przyjechał do G., bo - jak się tłumaczył- o 9.00 miał wypadek w Piątku. - To się kupy nie trzyma - komentuje G. Wersji o wypadku M. trzymał się dzień później, gdy wściekli niedoszli wycieczkowicze zaczęli go szukać. Przypadek sprawił, że „złapali” go na os. Starzyńskiego. Mało brakowało, a doszło by do rękoczynów.
Naczelnik Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Powiatowej Policji w Łęczycy nadkom. Dariusz Kupisz powiedział nam, że w Piątku nie było w czasie o którym mówił M. żadnego zdarzenia drogowego, M. nie figuruje w bazie danych jako osoba uczestnicząca w wypadku.
Rachunki bez pieczątki
Jadwiga G. pokazała nam rachunki wpłat na wycieczkę. Okazało się, że wszystkie wypełnił M. wpisał tam organizatora wyjazdu PUT Łódź Krzysztof B., ul. Lecznicza 70-4 93 -177 Łódź. Nie ma na nich pieczątek, ani niczego, co by potwierdzało ich formalne znaczenie. Wszędzie podpisał się M. Dlaczego - skoro był tylko pośrednikiem naganiającym chętnych a nie przedstawicielem firmy. jak mówił? Nie wiemy.
Co do firmy - takiej nie ma, adresu także nie. Nie zgadza się nawet kod pocztowy dla tej ulicy. Niedaleko, pod nr 6 na Leczniczej, jest za to Miejska Przychodnia Lekarska „Lecznica”, w której mieści się także zakład rehabilitacji narządów ruchu. A jak wiemy Dariusz M. po skoku z 4 piętra musiał przejść rehabilitacje, by chodzić na połamanych nogach. Może więc tam się leczył.
Każdy z niedoszłych wycieczkowiczów nie tylko wpłacił M. pieniądze, ale także wypełnił dokumenty w których podał informacje o sobie. Teraz się boją, że w nieodpowiednich rękach mogą być użyte na ich szkodę.
Szukając odpowiedzi na pytania dotyczące wyjazdu wycieczkowicze dodzwonili się do Krzysztofa B. a ten powiedział im, że nie jest żadnym współorganizatorem wycieczki, ale miał tylko wypożyczyć autokar, nie dostał jednak od M. pieniędzy. Nam nie udało się dodzwonić do Krzysztofa B. by potwierdzić te informacje.
M. obiecał za pomocą SMS najpierw, że odda pieniądze do godz. 11.00 w sobotę 30 kwietnia - pisał w piątek 29 kwietnia, że właśnie jedzie do Łodzi do biura PUT, ale czy na Leczniczą 70 - 4? Potem rozesłał SMS, że pieniądze zostaną zwrócone przekazami pocztowymi. W ostatnim SMS napisał - Niezależnie od wszystkiego, w środę (4 maja - red.) otrzymacie Państwo zwrot gotówki, chyba, że wcześniej dotrą przekazy.
Nie będą czekać, poszli na policję
Niedoszli wycieczkowicze wątpią w te zapewnienia. W piątek złożyli zawiadomienie na policji o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez byłego radnego.
- W czasie zeznań, jak się dowiedzieliśmy, policjanci ustalili, podobnie jak my, że większość rzeczy o których mówił M. niedoszłym wycieczkowiczom jest nie prawdą. Rzecznik prasowy łowickiej komendy policji Urszula Szymczak potwierdziła nam, że 29 kwietnia wpłynęło do komendy zawiadomienie i komenda prowadzi postępowanie w sprawie niewywiązania się z umowy zorganizowania wycieczki.
- Obecnie postępowanie toczy się w sprawie, a nie przeciwko, nikomu nie przedstawiono zarzutów. Trwają czynności wyjaśniające. Obecnie sprawdzamy czy doszło do oszustwa czy też nie i kto w tej sprawie zawinił - stwierdziła.
Ofiara czy spryciarz
Z radnym Dariuszem M. nie mogliśmy się skontaktować przez cały poniedziałek 2 maja. Dzwoniliśmy pod dwa numery telefonów. Jeden pozostawał z przerwami wyłączony, drugi był nie odbierany. Na pozostawioną na poczcie głosowej prośbę o kontakt nie odpowiedział. Dopiero późnym popołudniem udało nam się go spotkać w okolicach os. Starzyńskiego. Faktycznie jego Fiat Uno ma rozbite lewe nadkole. Wyraźnie zmieszany odmówił nam jednak rozmowy, zapewnił, że skontaktuje się z nami w środę.
Nie spotkaliśmy się, otrzymaliśmy od niego oświadczenie, w którym pisze, że sam jest ofiarą w całej sprawie. Wyjaśnia, że w grudniu ubiegłego roku dostał propozycję zorganizowania wyjazdu na wschód dla 25 osób. Propozycję złożył mu człowiek, z którym kilkakrotnie wyjeżdżał na Litwę. Cena miała być korzystna, a jego wspólnik miał zająć się pobytem na terenie Białorusi i Rosji. - Moją rolą było zebranie grupy oraz przekazanie do organizatora z Łodzi kwoty za wyjazd 450 zł od uczestnika. Całość przekazałem w dniu 11 kwietnia na co posiadam stosowne potwierdzenia - pisze.
M. pisze także, że ustalał spotkanie w Domu Seniora i miało się ono tam odbyć, ale organizator z Łodzi dwukrotnie odwoływał je, cedując wyjaśnienia na niego.
- Zaniepokojony sytuacją w dzień przed wyjazdem pojechałem do Łodzi, gdzie od jednego ze wspólników usłyszałem zapewnienie, że wszystko jest aktualne i autokar będzie czekał na miejscu zbiórki. Ten sam człowiek wcześniej podał mi, nieprawdziwe jak się okazało, numery biura, ale o tym dowiedziałem się dopiero nazajutrz. Wracając z Łodzi, uczestniczyłem w nieprzyjemnym zdarzeniu, w związku z czym utraciłem kontakt telefoniczny - pisze M. dodaje też, że sam był zaskoczony zerwaniem współpracy pomiędzy organizatorami. W oświadczeniu M. dodaje, że przez kilka ostatnich dni robi wszystko, by wyjaśnić sprawę, zbiera dokumenty i umówił się na 5 maja, że całkowicie sprawę wyjaśni.
Wypadek II - 4 maja
- Jest mi niezmiernie przykro, że doszło do takiej sytuacji, gdyż gdy ja osobiście organizowałem wyjazdy do zaprzyjaźnionych Soleczniki i korzystali z nich mieszkańcy Łowicza i Ziemi Łowickiej. Takie sytuacje nigdy nie miały miejsca! jedyne co mogę zrobić to przeprosić za nie swoje winy i dodać, że czuję ogromny żal - napisał do nas M.
Jadwiga G. apeluje zaś, by wszystkie osoby, które miały jechać na wycieczkę z M. zgłosiły się na łowicką komendę policji i złożyły doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa. O tym, by M. miał 5 maja umówić się m.in. z nią na wyjaśnienie faktów związanych z kłopotami z wyjazdem nic nie wie.
My natomiast wiemy, że 5 maja M. na pewno na żadne spotkanie się nie stawi. Wczoraj około południa, jadąc swym fiatem Uno uderzył w drzewo przy szosie w okolicach Chruślina i ze złamaniem nogi trafił na oddział ortopedyczny szpitala w Kutnie. ta akurat wiadomość o wypadku jest pewna i sprawdzona. Reszta ułoży się pewnie w kolejny długi serial, którego scenerią będzie pewnie sala sądowa.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.


