Pobierz widget

LEGIONOWO - Zwyczajny gułag…

Adam Kaczyński, 21 lipiec 2011, 20:36
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Wśród tysięcy byłych sowieckich łagrów i miejsc zsyłki istnieją obszary niezwykle popularne wśród podróżników i poszukiwaczy przygód… Sołowki, Workuta. Nazwy te brzmią złowieszczo i intrygująco. Prawdziwy gułag zaczyna się jednak dopiero w tajdze. Setki nieistniejących już specposiołków zlokalizowanych wzdłuż rzek wpadających do Morza Białego do dziś dnia czekają na swoich odkrywców. Do kilku z nich dotarli legionowscy harcerze.
LEGIONOWO - Zwyczajny gułag…

Zdjęcie: Harcerze wraz z przewodnikiem – Andriejem


Dotarcie do Archangielska nie jest sprawą zbyt skomplikowaną. Kilka dni pociągiem, lub kilka godzin emocjonującego lotu rosyjskimi liniami wewnętrznymi. Ze względu na brak czasu zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję. Start z Kaliningradu, przesiadka w Petersburgu i wieczorem dolatujemy na miejsce przeznaczenia. Biorąc pod uwagę stan samolotów i nawyki pilotów stwierdzenie: „miejsce przeznaczenia” brzmi nieco dwuznacznie. Współpasażerowie dla dodania otuchy przed wejściem do wysłużonego Antonowa żartowali, że to bardzo dobra konstrukcja, gdyż żaden zachodni samolot nie wytrzymuje czterdziestu lat ciągłej eksploatacji.

 

Autobus przejeżdża po obiedzie

Po wylądowaniu krótka aklimatyzacja i dalsza podróż – tym razem autobusem. Zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi od organizatora wyprawy do tajgi, czyli organizacji Polonijnej z Archangielska, mamy wysiąść na skrzyżowaniu lokalnych dróg 7 km za zjazdem z drogi federalnej do Moskwy i czekać na autobus jadący z centrum rejonowego do promu wożącego ludzi na wschodni brzeg rzeki. Skromna kartka służąca za rozkład jazdy informuje, że autobus odjeżdża po obiedzie… Na szczęście nie pada i nie ma jeszcze komarów. Najważniejsze, że autobus rzeczywiście przyjechał punktualnie, tzn. po obiedzie. Kilkanaście kilometrów jazdy wyboistą polną drogą i naszym oczom ukazała się majestatyczna Północna Dźwina. Prom już czekał.

W trakcie przeprawy na drugi brzeg wzbudziliśmy niemałą sensację i poruszenie wśród miejscowych pasażerów. Pięć lat wcześniej zaplątał się w te okolice jakiś Fin. A teraz Polacy i to od razu trzech. Któraś ze starszych pań, nie za bardzo słysząc, co mówią głośno dopytywała się swoich koleżanek: Polacy? Ale co będą robić? Znowu rąbać las czy drogę budować?

Po wylądowaniu na drugim brzegu spotkał nas umówiony wcześniej przewodnik - Andriej. Po kilku godzinach obserwacji lokalnego życia okazało się, że w Ust Piniedze Andriej jest swoistym macho. Jako właściciel bani, zakładu stolarskiego i satelitarnego dostępu do internetu de facto rządzi całą okolicą, a raczej tym, co pozostało z czasów sowieckiej świetności. Z 12 tysięcy mieszkańców Ust Piniegi pozostało kilkuset. Reszta poumierała lub wyjechała. Porzucone domy powoli ulegają rozkładowi strasząc zapadniętymi dachami i wybitymi oknami.

W porównaniu do okolicznych wsi, w których nie pozostał żaden mieszkaniec Ust Piniega i tak tętni życiem. Działa tu kilka sklepów, poczta i 9–klasowa szkoła powszechna. Miejscowość ma dobre połączenie z resztą świata, gdyż kilka razy na dobę pływa prom, a zimą można jeździć samochodami po lodzie. Jedynie w okresie spływu kry, który trwa ok. 2 – 3 tygodni dostać do wsi można się jedynie śmigłowcem.

 

Niekończący się dzień

„Następnego” dnia po przybyciu do Ust Piniegi udaliśmy się „Estońską Drogą” do specposiołka Rożowo, do którego w 1940 r. trafili Polacy deportowani z Kresów. Po barakach, w których mieszkali, pozostały jedynie ledwie widoczne ślady. Ze szkoły, do której chodziły dzieci polskich zesłańców, zostały fundamenty. Jedyne, co nie uległo zmianie, to skaliste brzegi Piniegi, którą spławiano ścięte przez katorżników drzewo.

Kilka kilometrów dalej odnajdujemy cmentarz. Według relacji najstarszych mieszkańców to właśnie tu chowano Polaków zmarłych z wycieńczenia na liesopowale. Kilkadziesiąt ziemnych kopczyków. Gdzieniegdzie resztki przewróconych zmurszałych krzyży. Ci, którzy przeżyli, wydostali się z tego raju wraz z Armią Andersa. Reszta wróciła z Berlingiem. W 1945 r. miejsce Polaków zajęli Estończycy próbujący przeciwstawić się włączeniu ich kraju do sojuza.

Po dokładnym spenetrowaniu terenu wykonujemy dokumentację, nanosimy na mapę współrzędne GPS. Sprytne urządzenie pokazuje, iż do zachodu słońca mamy jeszcze 8 godzin, choć jest już późne popołudnie.

Dzień trwający 22 godziny jest w stanie wykończyć każdego, zwłaszcza iż w „nocy” i tak jest jasno, bo słońce znajduje się tuż za horyzontem. Korzystając z gościnności Andrieja w ciągu kilku dni badamy całą okolicę. W całkowicie porzuconej wsi Warda pozostało jeszcze kilka baraków wybudowanych w 1940 r. przez Polaków. W specposiołku Zaria nie ma już nic. Tylko kupy opalonych kamieni wskazują miejsca, gdzie kiedyś były piece stojące w centrum baraków.

Cmentarza nie udało się już znaleźć. Miejscowy myśliwy mówił, że 15 lat temu jeszcze coś można było zobaczyć, ale od tego czasu nikt tam nie chodził, a tajga jest jak dżungla - rośnie powoli, ale jest równie bezlitosna. Kilka godzin intensywnego przeczesywania wskazanego fragmentu lasu nie przyniosło efektów.

 

Bagna, bobry i mielone z łosia

Przez następne kilka dni penetrujemy tajgę na południe od Piniegi. Tym razem oprowadza nas Mikołaj – miejscowy leśniczy. Po skończeniu technikum leśnego koło Pskowa trafił na daleką północ z tzw. rozdzielnika. Został do dziś dnia. Na koncie ma 26 zastrzelonych niedźwiedzi. Straty własne to dwóch zabitych przez misie kolegów, w tym jeden rozszarpany na jego oczach. Mikołaj na co dzień mieszka w Chołmogorach, które są centrum rejonowym. O świetności starodawnego grodu przypominają jedynie ruiny wspaniałej cerkwi.

Po kilkudziesięciokilometrowej podróży wysłużonym UAZ–em i przeprawie przez rzekę wyruszamy w tajgę. Po kilku kilometrach ledwo widoczna ścieżka ginie pod wodą. Naturalne bagna zostały dodatkowo zalane przez bobry, które korzystając z całkowitej swobody niemalże na każdej rzeczce mają swoje żeremia. Na szczęście mieliśmy ze sobą nogawki od OP 1, które z powodzeniem zastępowały kalosze. Przynajmniej do momentu, w którym nie wpadłem do szerokiej na metr, ale za to głębokiej na dwa  metry rzeczki. Dalsze kilkanaście kilometrów marszu po bagnie odbyłem już w zwykłych butach, gdyż i tak było mi wszystko jedno.
W końcu po wycieńczającym marszu dotarliśmy do Choz–Oziera, na brzegach którego istniał polski specposiołok. Na niewielkim wzniesieniu wśród bagien znaleźliśmy resztki baraków. Na położonej pół kilometra dalej górce cmentarz. Drewniane krzyże już się rozsypały, jednakże kilkadziesiąt ziemnych mogił nadal jest doskonale widocznych. Ostatnie polskie ślady na tej ziemi.

Po powrocie do cywilizacji czekała na nas dobrze rozgrzana bania oraz kolacja z zastrzelonego przed kilkoma dniami łosia, która przeciągnęła się do... no właśnie, napiszmy ogólnie następnego dnia, który poznajemy tylko i wyłącznie po datowniku w zegarku lub wiszącym na ścianie kalendarzu.

 

Stacja Jercewo

Na zakończenie naszego pobytu jeszcze jedna mała wyprawa. Tym razem pociągiem. Po 12 godzinach jazdy wysiedliśmy pomiędzy dwoma ciągnącymi się na półtora kilometra składami towarowymi jadącymi z i do Workuty. Po przeskoczeniu przez wagony znaleźliśmy niewielki budynek stacji. Jercewo. To właśnie tu siedział Herling Grudziński. Czytając „Inny Świat” każdy miał przed oczami abstrakcyjną, oderwaną od rzeczywistości i nierealną krainę. Tymczasem miejscowość dalej istnieje. Nadal stoją te same baraki, istnieją te same uliczki, żyją potomkowie dawnych katorżników i ich oprawców z NKWD. W Jercewie nie bawimy długo. Tu już wszystko jest opisane i zbadane. Jedziemy dalej wzdłuż linii kolejowej na Workutę. Niewielkie wioski, nazwy których trudno zapamiętać. Jedynie na cmentarzach na starych mogiłach polskie, ukraińskie i nadbałtyckie nazwiska. Nawet język rosyjski jest tu inny niż w Moskwie czy Petersburgu. Czuć naleciałości po deportowanych.

Powrót do Polski zajmuje nam prawie dwie doby. Po przyjemnym chłodzie północy plus 30 w Kaliningradzie wydaje się prawdziwym piekłem. Za to jest noc. Wcześniej nikt z nas nie myślał, iż można cieszyć się z czegoś tak banalnego jak to, że wreszcie jest ciemno.

  

Artykuł wyświetlono 495 razy
Komentarze do artykułu
Small
Daniel Bochnak - 21 lipiec 2011, 21:11

Wyprawa bardzo interesująca, cel szczytny. Harcerze z Legionowa chyba wszystkim zaimponowali. Możliwość konfrontacji literatury, mającej taką wagę patriotyczną i emocjonalną dla każdego Polaka - bezcenne...

Dodaj komentarz
Informacje o gazecie
Nazwa
Mazowieckie To i Owo
Wydawca
Agencja TiO - Paweł Kozera
Rok założenia
1990
Zasięg
Powiat legionowski
Nakład
4000
Najczęściej czytane
Częstochowską prostytutkę „Kobrę” znają wszyscy, a szczególnie...
Koniec z opłatą za posiadanie psa! Co piaty wągrowczanin migał się...
- Samo więzienie to nie więzienie. Gorsze jest to, że człowiek nie...
Jest piątek, 12 czerwca 2009 roku, godzina 11.00. Karolina* (21...
Najczęściej komentowane
Na blisko milion złotych wycenili biegli majątek ruchomy...
W Trzebnicy odbył się Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia. W sumie z...
Prokuratura i policja bada przyczyny niedzielnej tragedii, do...
Rodzice uczniów szkoły podstawowej mają konflikt z nauczycielem...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Najwyżej oceniane
Instytut Monitorowania Mediów ogłosił analizę częstotliwości...
13 listopada w budynku parafialnym Teatru „Rabcio” zaprezentowano...
Już w połowie tygodnia radni powiatowi i miejscy wybiorą nowe...
Wu Li Na - po chińsku znaczy to "piękna dziewczyna". Marcelina...
- Samo więzienie to nie więzienie. Gorsze jest to, że człowiek nie...