Wierzyciele grozili księdzu śmiercią

KUTNO - Oszukani przez łowcę skór?

Konrad Sobczyk, 08 sierpień 2012, 12:46
Średnia: 0.0 (0 głosów)
- Jak nie będzie pieniędzy, to was zapier...limy! – takie słowa słyszeli oszukani przez jednego z głównych oskarżonych w procesie łowców skór. Twierdzą, że w obawie o własne życie płacili kolejne sumy mężczyźnie, który już wcześniej wyłudzić miał od nich grube tysiące. – Ten człowiek nie ma skrupułów, potrafiłby sprzedać nawet własną matkę – mówią pokrzywdzeni przez biznesmena, którzy dziś walczą z nim w sądzie.
KUTNO - Oszukani przez łowcę skór?

Na murze okalającym dworek wciąż widnieje numer telefonu do Tomasza Makowskiego.

KUTNO - Oszukani przez łowcę skór?

Ksiądz Grzegorz Pypeć pokazuje miejsce, w którym miał powstać Dom Opieki Społecznej.

Wszystko zaczęło się trzy lata temu. W podkrośniewickim Miksztalu jeden z łódzkich biznesmenów zakupił zabytkowy dworek, w którym planował otworzyć prywatny Dom Opieki Społecznej. Jak się okazało, tajemniczym inwestorem był Tomasz S., jeden z głównych oskarżonych w głośnym procesie łowców skór. W latach 90. był sanitariuszem i starszym dyspozytorem w łódzkim pogotowiu. Później odpowiadał za nadzór nad pracownikami i koordynował wysyłanie karetek do chorych. Ponad 20 lat temu zinstytucjonalizował system brania pieniędzy od firm pogrzebowych w zamian za informacje o zgonach pacjentów.

 

Dom pomocy jako przykrywka?

Nowy właściciel dworku szybko rozpoczął rekrutację pracowników. Jednym z zatrudnionych miał być Tomasz Makowski, student administracji pochodzący z Krośniewic, który biznesmena poznał podczas jednej z plenerowych imprez w Miksztalu.
 
– Pracowałem wtedy w krośniewickim Domu Kultury i Tomasz S. zaproponował mi, żebym dołączył do jego interesu. Miałem być stróżem – opowiada Tomasz Makowski. – Nie przelewało mi się, więc każda okazja do zarobienia grosza była dobra. Gdybym wiedział, jak zakończy się ta historia, to zamiast dodatkowych pieniędzy, wolałbym żebrać na ulicy. Ten interes wpędził mnie w ogromne długi.

Plany otworzenia Domu Opieki Społecznej spaliły na panewce, ponieważ nikt nie chciał wydać odpowiednich pozwoleń. Jednak szybko pojawił się nowy pomysł.

– Któregoś dnia zjawili się u nas Irlandczycy pracujący przy budowie autostrady. Szef nie znał języka angielskiego i zadzwonił po mnie. Szybko się dogadaliśmy i obcokrajowcy postanowili nocować w dworku. Udało nam się zarobić na nich 140 tys. złotych i Tomasz S. był pod wrażeniem mojej pracy. Wtedy zaproponował mi awans na stanowisko kierownika wspomnianego dworku, który stał się bazą noclegową – opowiada krośniewiczanin.

Zainteresowanie dworkiem wzrastało z dnia na dzień. Przyjeżdżali tutaj m.in. Włosi i Irlandczycy. Wszyscy płacili duże pieniądze za nocleg w dworku. Tomasz S. widząc, że jego inwestycja przynosi coraz większe zyski miał zaproponować Makowskiemu pracę na stałe.

– Nie byłem zatrudniony na etat, wszystko odbywało się „na słowo honoru”. Nie miałem podstaw, by nie wierzyć temu człowiekowi, a awans spowodował, że miałem mnóstwo pomysłów. Do interesu wciągnąłem znajomego księdza – wspomina Makowski.

 

Pieniądze przynosił w gazetach

Ksiądz Grzegorz Pypeć z krośniewickiej parafii podsunął właścicielowi dworku pomysł, aby produkować pelet. Tomasz S. miał bowiem drugą nieruchomość, która mogłaby się do tego nadawać. Ostatecznie zlokalizowano w niej firmę EkoŚwiat. Wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, kiedy pojawiły się problemy...
 
– Po kilku miesiącach szef powiedział, że przeinwestował i teraz pilnie potrzebuje gotówki. Pożyczyłem mu 14 tys. złotych, których jednak nigdy nie odzyskałem. Mamił nas, że wszystko jest w porządku i pomóc chcą nam inwestorzy zza oceanu – relacjonuje Makowski.

Co jakiś czas Tomasz S. miał pokazywać gotówkę, która była ich zyskiem. Za każdym razem banknoty były zawinięte w gazetę, kwoty dochodziły nawet do 75 tys. złotych. Tajemnicze zawiniątka miały trafiać do szefa dworku jeszcze kilkukrotnie. Wspólnicy otrzymywali jednak ułamki tych kwot.

Pan Tomasz wraz z księdzem byli zdziwieni, że pieniądze napływają mimo coraz słabszej kondycji ich przedsięwzięć na rynku.

– Pelet praktycznie przestał być produkowany, a w dworku od kilku miesięcy nie było żadnego gościa. Sytuacja zaczęła robić się nerwowa, jednak szef zapewniał nas, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma obaw, że zabraknie pieniędzy – wspomina krośniewiczanin.

Okazało się, że Tomasz S. miał brać pieniądze za ilości peletu, których firma nigdy nie była w stanie wyprodukować.

 

Grozili, że nas zapier...olą

 Czar o bajońskich sumach prysł pewnej nocy, gdy do Miksztala przyjechał elegancki samochód z tajemniczymi inwestorami. Ci byli wyraźnie zdenerwowani i wypytali o Tomasza S., który kazał mówić, że jest na weselu. Po krótkiej wizycie biznesmeni pozostawili list.

– Nie wiedziałem, co jest grane. Postanowiłem przeczytać list i zamarłem. Okazało się, że szef ma duże kłopoty finansowe, a panowie, którzy nas odwiedzili wcale nie byli inwestorami. Zajmowali się całkiem inną profesją, która delikatnie mówiąc była niezgodna z prawem – mówi pan Tomasz o wizycie windykatorów długów.
 
Przerażony mężczyzna od razu zadzwonił do swojego szefa. Ten w dalszym ciągu uspokajał wspólnika i twierdził, że wszystko wyjaśni. Rzeczywistość była jednak bardziej brutalna. Gangsterzy, którymi okazali się inwestorzy, zażądali zwrotu zaległych pieniędzy. Ostatecznie Tomasz S. miał powiedzieć, że przedstawił im Makowskiego i ks. Pypcia jako wspólników.

– Byłem w szoku. Usłyszeliśmy, że jeśli nie oddamy im pieniędzy, to nas wszystkich zapier...olą – wspomina łamiącym się głosem. – Szef nalegał więc, bym wziął pożyczkę, a ja nie miałem innego wyjścia. Nie chciałem stracić życia. Okazało się, że Tomasz S. miał przygotowane dokumenty świadczące o tym, że jesteśmy zatrudnieni od kilku lat i że zarabiamy po 3 tys. złotych. Wszystko po to, byśmy mogli dostać pożyczki. Ostatecznie daliśmy mu 40 tys. złotych.

Dziś poszkodowani, mimo lęku o własne życie, postanowili walczyć o sprawiedliwość przed obliczem Temidy. Sprawa toczy się w Śadzie Rejonowym w Łodzi. Do tematu wrócimy.