KUTNO - Bezmyślny myśliwy strzelał nieopodal zabudowań
– Strach pomyśleć, co by było gdyby kula trafiła w okno naszego domu. Czas skończyć z samowolą myśliwych – mówi zdenerwowany właściciel psów. Czy bezmyślny strzelec poniesie karę?
To było zwyczajne sobotnie przedpołudnie. Córka pana Andrzeja Gontarka karmiła swoje dwumiesięczne dziecko, gdy nagle usłyszała wystrzał.
– Była przerażona, kiedy rozległ się huk. Chwilę potem usłyszeliśmy kolejny strzał – wspomina dramatyczną sobotę pan Andrzej.
Zdenerwowany gospodarz postanowił sprawdzić co się stało. W obejściu nie było już Dropsa i Nera, ulubieńców rodziny.
– Pomyślałem, że to dzieciaki strzelają z petard i psy wystraszyły się huku. Nie mogłem znaleźć zwierzaków, więc poszedłem do domu po zięcia i zaczęliśmy ich szukać – opowiada.
Psy leżały w kałuży krwi
Nero – rasowy owczarek niemiecki z rodowodem i Drops – mieszaniec nie reagowały na nawoływania właścicieli. Po pewnym czasie panowie domyślili się, że ich pupile mogły przedostać się do sąsiadującej z nimi posesji.
– Postanowiliśmy zobaczyć, czy psy nie przeszły do pobliskiego sadu. Kiedy doszliśmy do ogrodzenia doznaliśmy szoku. Na kamieniu przy siatce była ogromna plama krwi – wspomina A. Gontarek.
Idąc za śladami mężczyźni trafili do szopy, w której leżał zakrwawiony, skomlący z bólu Nero.
– Nie widziałem czegoś takiego nigdy w życiu. Pies trząsł się ze strachu, cały czas piszczał i skomlał. Byliśmy w szoku – dodaje.
Nie mniej wstrząśnięty był Tomasz Guzek, zięć pana Andrzeja.
– Łzy cisnęły się do oczu. W pierwszych chwilach nie wiedzieliśmy jak mamy pomóc. Owinęliśmy krwawiącą łapę, nadal jednak nie mogliśmy znaleźć drugiego z psów. Kiedy tata opatrywał Nera ja cały czas szukałem Dropsa. Po pewnym czasie znalazłem go w kałuży krwi skulonego za budą. Był w jeszcze gorszym stanie niż Nero – mówi pan Tomek.
Na ratunek było już za późno
Mężczyźni szybko zawieźli ranne zwierzęta do weterynarza. Gdy psiaki zostały opatrzone i ich właściciele ochłonęli dotarło do nich co się stało.
– To sad myśliwego. Lekarz powiedział, że to rany postrzałowe. Od razu wiedziałem, że to on jest odpowiedzialny za cierpienia naszych psów – mówi pan Andrzej.
Właściciel udał się do myśliwego, który przyznał się do tego, że oddał strzały do psów. Tłumaczył się tym, że zwierzęta zaatakowały go gdy spacerował po swoim sadzie.
– To wierutne bzdury. Te psy nigdy nikogo nie zaatakowały. Przychodzą do mnie kontrahenci, po podwórku zawsze kręcą się ludzie, których psy nie znają i nigdy nikogo nie ugryzły. To wyjątkowo łagodne psiaki – twierdzi Andrzej Gontarek.
To, że czworonogi były łagodne potwierdza lekarz weterynarii, który zajmował się opatrywaniem psów.
– Podczas badania psiaki nie wykazywały objawów agresji. Były łagodne mimo tego, że były wystraszone i zdenerwowane – mówi Witold Kaliński, lekarz weterynarii.
Niestety pomoc weterynarza na niewiele się zdała. Dropsa trzeba było uśpić.
– Nie można było nic zrobić. Pies męczył się niepotrzebnie, rany były zbyt rozległe. To najgorszy z rodzajów bólu – połamane kości, zmiażdżone tkanki, coś okropnego – mówi weterynarz.
Nero miał mieć amputowaną łapę, jednak po prośbach właściciela lekarze zdecydowali się na próbę uratowania kończyny.
– Doszedłem do wniosku, że nie uśpimy Nera. Można kupić specjalną protezę dla psa i będzie normalnie żył. Syn nie chciałby go usypiać, wszyscy przyzwyczailiśmy się do niego – opowiada Andrzej Gontarek.
Myśliwy do winy się nie poczuwa...
W całej sytuacji najgorsze jest to, że myśliwy strzelał do psiaków w obrębie zabudowań, w których mieszkają ludzie. To, że zginął pies, a drugi został okaleczony to zdaniem pana Andrzeja zrządzenie losu. Poszkodowany zastanawia się, co mogło by się stać, gdyby łowczy spudłował, a kula trafiłaby w okno domu, w którym córka karmiła wnuczkę.
– To byłaby prawdziwa tragedia. Nawet nie chcę myśleć, co wtedy bym zrobił. Broni palnej nie powinno się używać w miejscu, gdzie są zabudowania. To naprawdę mogło się skończyć śmiercią człowieka – mówi.
Bezmyślny myśliwy do winy się jednak nie poczuwa.
– Nie czuję się winny. Spokojnie spacerowałem po własnej działce, kiedy nagle zaatakowały mnie dwa obce, duże i agresywne psy. Nie miałem innej możliwości, oddałem strzały w ich stronę i na tym się skończyło. Nie mam zamiaru rekompensować ich właścicielowi straty i nie zgadzam się z jego opinią, co do odległości od zabudowań – komentuje sytuację myśliwy (imię i nazwisko do wiad. redakcji).
Inaczej sprawę widzi prezes Koła Łowieckiego „Dzik”, który wyraża żal i zapowiada wewnętrzne śledztwo w sprawie strzałów do zwierząt domowych.
– Jeszcze dzisiaj zwołam walne zgromadzenie naszego koła. Sprawa trafi do rzecznika dyscypliny w Płocku. Nie wykluczam możliwości zawieszenia myśliwego na czas badania sprawy. Jeżeli potwierdzi się fakt oddania strzału z odległości 30 metrów od zabudowań to łowczy zostanie wydalony z koła. Kategorycznie potępiam takie zachowanie. Pragnę przeprosić właściciela psów i mam nadzieję, że uda nam się wyjaśnić tę sprawę – mówi Karol Olesiński.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.




