KSIĘŻYCE - To była "Ściema"
Znamy Mirkę Szychowiak z dwóch stron. Wiemy, że jesteś poetką, wiemy, że występujesz w kabarecie.
- To, co się o mnie wie w Strzelinie ma dla mnie duże znaczenie. Nie wiem, jakie ma znaczenie dla Strzelina. Jeżeli chodzi o to, co robię w kabarecie, to ta wiedza jest pełniejsza, ponieważ pokazuję się na estradzie. Dla mnie jako osoby stąd (Mirka pracuje w SOK – red.), to, że ludzie mnie znają jest ważne. Dla mnie, jako poetki (nie ma się co bawić w skromność) rozpoznawanej bez zastanowienia w Polsce, ma to znaczenie mniejsze. Więcej się wie o mojej twórczości literackiej w Polsce niż w Strzelinie. Ta wiedza dodana do siebie, jedna i druga, ma dla mnie niewątpliwie dużą wagę.
Zapewne spotykasz się z czytelnikami na wieczorach autorskich. Czy lubisz publicznie czytać wiersze?
- Poezja to nie jest towar, który się często sprzedaje i często kupuje. Przez to jest on cenniejszy, ale ta cena jest ulotna. Dzisiaj trzeba sprzedawać to, co ktoś chce kupić i trzeba umieć się sprzedać. Miałam świetne, wspaniałe, jedno z fajniejszych spotkań w Strzelinie. Maria Tyws (dyrektor Miejskiej i Gminnej Biblioteki w Strzelinie – red.) jest osobą podobnie nawiedzoną jak ja. Nadajemy na tych samych falach i słuchamy tego samego radia. Dzięki niej to spotkanie nabrało uroku, było po prostu super. Świetnie mi się czytało. To jest bardzo fajne, kiedy ktoś słucha twoich wierszy. Wieczór był absolutnie wspaniały. Lubię czytać swoje wiersze.
Wcześniej i później miałam wiele spotkań. Byłam w Szczecinku, Kaliszu, Mikołowie, Wrocławiu, Strzelinie. Wybieram się do Głogowa, Warszawy, Darłowa i znowu do Wrocławia. Wydałam dwie nowe książki i stąd te moje spotkania z Czytelnikami.
Powiedz teraz o swoich prozatorskich dokonaniach. Nie wszyscy wiedzą, że również na tym polu odnosisz sukcesy.
- Uwielbiam pisać prozę, ale ponieważ to idzie mi zbyt łatwo, nie mam do siebie zaufania jako do prozaika. Siadam, piszę od pierwszej litery i kończę na kropce. Na szczęście, część z moich opowiadań to efekt odkurzania pamięci. Bardzo lubię pisać o starych ludziach, o moich babciach. Kocham i szanuję starych ludzi. Jak byłam dzieckiem, to bawiłam się w podglądanie, w podsłuchiwanie. Mieliśmy w naszym bloku niewidomego sąsiada, chorą psychicznie, zniszczoną przez alkohol, starą hrabinę. Moja mama gotowała zupy, a ja nosiłam je panu Karolowi, pani Oldze, pani Zosi. Dostawałam jakieś ciastko, siadałam i wsłuchiwałam się. Oni chcieli być z kimś, rozmawiać, a ja uwielbiałam ich słuchać.
Opowiedz jakąś historię zapamiętaną z dzieciństwa.
- Moja babcia dostała list, że dziadek zginął w obozie. Pół roku potwornej żałoby, tragedii, rozpaczy. Sąsiadki zaczęły ją swatać, ale babcia powiedziała, że nie wierzy, iż on umarł. Śniło się jej, że żyje. Co to taki papierek z pieczątką. Kiedyś w lecie grabiła siano na polu pod lasem i zobaczyła dziadka jak szedł ścieżką. Wieczorem cała wieś bawiła się z żywym dziadkiem. Napisałam o tym opowiadanie.
Wróćmy do Twoich opowiadań. Kiedy zdecydowałaś się wysłać je na konkurs?
- Zobaczyłam, że jest konkurs w Kędzierzynie-Koźlu. Z ogromnymi tradycjami, z dwudziestoletnią historią. Przewodniczącą jury jest znakomita pisarka Marta Foks. Nie chodziło mi o nagrodę. Chciałam, żeby ktoś mi powiedział czy to jest coś warte. Wysłałam takie malusieńkie opowiadania, jednostronicowe, a nawet krótsze. Cała historia zamykała się w piętnastu zdaniach. Nie wiem, czy ktoś pisze takie malutkie opowiadania. Mnie akurat takie wyszły. Jedno, zatytułowane „Ściema”, było o moim sąsiedzie z Księżyc, nieżyjącym panu Bronku. Właśnie to opowiadanie zdobyło I nagrodę. Poczułam wtedy, że mam jeszcze tyle do napisania w prozie…
Czy to znaczy, że porzucisz poezję dla prozy?
- Nie ma takiej możliwości.
I bardzo dobrze! Z niecierpliwością będziemy czekać na Twoje nowe wiersze, kabaretowe skecze i opowiadania.
- Cierpliwość to wielka cnota. Zazwyczaj bywa hojnie nagradzana, czego życzmy sobie nawzajem Jacku.
Dziękuję za rozmowę.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.


