Jak wylecieć z Wrześni i zamieszkać pod Śnieżką?
Niemiec, über-turysta
Jej górska przygoda zaczęła się 3 lata temu od fotobloga. Dla niewtajemniczonych – fotoblog to takie internetowe połączenie albumu zdjęciowego i pamiętnika. Pod pseudonimem Arafatka umieszczała tam swoje różne zdjęcia. Poznała dzięki temu wielu ludzi, między innymi Kacpra, który pracował w restauracji na Śnieżce. – Zaczęłam do niego jeździć, aż w końcu stał się moim współpracownikiem i chłopakiem. Teraz niewiele mam z nim wspólnego, ale jestem mu wdzięczna za to, że mam taką fajną pracę – przyznaje.
Kiedy się poznali, Anna kończyła liceum i planowała studia. Żeby być blisko Śnieżki, wybrała uczelnię we Wrocławiu, kierunek – edukacja artystyczna. Jednak po 7 miesiącach pracy w restauracji na szczycie tamtejsze szefostwo zwiększyło wymagania i pojawiły się problemy z pogodzeniem pracy i studiów. Bo żeby dostać się na studia, Anna musi odbywać małą przeprawę: najpierw zejście do Karpacza z noclegiem, rano wyjazd do Wrocławia na zajęcia, kolejny nocleg i w końcu powrót w góry. – Latem to jeszcze pół biedy, ale zimą to już jest wyzwanie. No więc kiedy zaczęły się problemy, skorzystałam z oferty, jaka mi się wtedy trafiła, i zaczęłam pracować nieco niżej, w Domu Śląskim. I tak jest do dzisiaj. Teraz mam rewelacyjnego szefa. Jest młody i wszystko można z nim załatwić; wolne dni, zaliczki w wysokości wypłaty... – żartobliwie wymienia wrześnianka.
Dom Śląski to schronisko uniwersalne, odpowiednie dla piechurów i narciarzy. To także dobra alternatywa dla ludzi, którzy nie mają już ochoty lub siły, żeby wejść na szczyt Śnieżki. Schronisko to ma długie tradycje; powstało na początku XX wieku. Podczas wojny podobno znajdował się tam dom uciech dla lotników niemieckich. Po wojnie stacjonowało tam Wojsko Ochrony Pogranicza. Pamiątką po tych czasach są kraty w niektórych oknach. – Mamy 60 miejsc noclegowych. Nie jest to tak dużo, jak może się wydawać, bo np. pobliskie zaprzyjaźnione czeskie schronisko ma 400 miejsc – porównuje Anna.
Na stałe w Domu Śląskim pracuje 7 osób, natomiast w wakacje, kiedy ruch turystyczny jest największy, zatrudnienie wzrasta do 15 osób. Zawsze jednak Anna jest jedynym rodzynkiem z Wrześni. – Nieustanne przebywanie z tymi samymi osobami to największy minus tej pracy. Siłą rzeczy zdarzają się czasem spięcia. Nieraz trzeba od samego rana rozpoznawać, kto z jakim się obudził humorem – zdradza wrześnianka, która na Śnieżce nauczyła się szanować ludzi pracujących w turystycznym fachu. – Obsługa w górskim schronisku wymaga wysokiej odporności na stres. Osobiście najbardziej nie lubię niedzielnych rodzin. Można na nich co prawda najwięcej zarobić, ale są też najbardziej marudni. Tacy klienci często zmieniają zdanie, narzekają, są niecierpliwi i mają wygórowane wymagania – wylicza Anna. – Muszę też przyznać, że stałam się nieco uprzedzona w stosunku do Niemców. Przede wszystkim zawsze im się myli, czy są w Polsce, czy w Czechach. Po drugie, strasznie się oburzają, gdy okazuje się, że ktoś nie zna ich języka. Moją koleżankę niemieccy turyści wyzwali kiedyś od głupiej Polki, bo chciała rozmawiać z nimi po angielsku. Skończyło się na tym, że uparcie mówiła do nich tylko po polsku. Niemcy są bardzo rozpieszczeni, jeśli chodzi o obsługę, np. jeśli czescy restauratorzy mają dać stolik Niemcom albo Polakom, to zawsze wybiorą Niemców, i oni uważają to za oczywiste. Czescy restauratorzy generalnie nie lubią Polaków. Chyba wynika to z tego, że Polacy często przynoszą własne jedzenie albo proszą tylko o wrzątek – wyjaśnia.
Za to turyści z Wrześni mogą liczyć w Domu Śląskim na specjalną obsługę. – Kiedyś rozpoznałam wrześnian po smyczach, jakie mieli przy sobie, innym razem skojarzyłam kogoś z widzenia. Miło porozmawiać z kimś z rodzinnej miejscowości, dlatego bardzo chętnie wykorzystuję w takich sytuacjach zniżki, jakie mi przysługują. Moja rodzina wakacje w górach ma za darmo – zdradza Anna, która – jak inni pracownicy Domu Śląskiego – nie płaci za noclegi i wyżywienie. – Właśnie to mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy – że zarabiam na siebie. Rodzice chcieli płacić za moje studia, ale się zbuntowałam i postanowiłam, że sama na siebie zarobię. Przez większość czasu mi się to udaje. Czasami tylko rodzice muszą mnie wspomóc, bo we Wrocławiu, naprzeciwko miejsca gdzie nocuję, jest niestety centrum handlowe. Kiedy się schodzi z gór, wszystko wydaje się takie fajne! Ostatnio zrujnował mnie sklep H&M – wyznaje wrześnianka.
Sherman, little-niszczyciel
Góra, na której przyszło jej pracować i mieszkać, powszechnie uważana jest za łagodną i niewymagającą. Zmiana tego poglądu to kolejna lekcja, jaką wrześnianka wyniosła ze swojej przygody. – Wcześniej raczej lekceważąco podchodziłam do Karkonoszy, ale teraz wiem, że te góry potrafią dać w kość. Broń Boże, żeby zgubić tam tyczki i zabłądzić! – przestrzega Anna, nieświadomie używając już górskiego żargonu. Szlaki turystyczne w Karkonoszach wyznaczane są przez specjalne tyczki, które zimą wystają z wysokiego śniegu.
– Przede wszystkim jest tam zimo. Średnia roczna temperatura wynosi zero stopni, ale często się zdarza, że temperatura odczuwalna jest o wiele, wiele niższa od wskazania termometru. Przez częste wiatry, które uderzają igłami lodu w twarz, wydaje się, że jest znacznie zimniej niż w rzeczywistości. W końcu to jeden z najbardziej wietrznych obszarów w Polsce. Czasami wieje tam tak, jakby chciało wyrwać góry. Ale za to kiedy pogoda jest łagodna i bezchmurna, widoki są po prostu nie do opisania. Przy dobrej widoczności można ze Śnieżki dostrzec Wrocław. Czasami z kolei jesteśmy nad chmurami. Kiedy wszystko poniżej szczytu zalewa morze chmur, można się poczuć jak w bajce – zapewnia Anna.
Zimą właściwie wszystko na Śnieżce zależne jest od pogody. Jeśli warunki są dobre i wyciągi narciarskie funkcjonują – turystów jest mnóstwo. Zdarzają się jednak dni, że w schronisku nie ma żywej duszy. Odcinek, który latem przeszłoby się w 15 minut, zimą pokonuje się przez półtorej godziny. Trudno żeby było inaczej, jeśli co krok zapada się w śnieg po pas. – Ale za to zimą są idealne warunki dla fotografów. Nadal czasami robię zdjęcia, ale nie aktualizuję już swojego fotobloga. Generalnie Śnieżka jest obrzydliwa latem; bez śniegu to po prostu kupa piachu i kamieni. Dopiero zimą ta góra pięknieje – zauważa wrześnianka.
Od kilku miesięcy wszędzie towarzyszy jej pies rasy alaskan malamute, z grupy psów pierwotnych. – Ma na imię Sherman – po czołgu – i pasuje to do niego idealnie. Już dwa razy zrobił mi dziurę w drzwiach. To taki mały niszczyciel. Częściej wyje, niż szczeka. Ma 9 miesięcy i kocha śnieg. W naszym schronisku są w sumie trzy psy, w tym pirenejski pies górski, który przypomina wielką poduszkę, przez to, że ma sierść jak owca. A na samym szycie Śnieżki mieszkają trzy koty. Wprawdzie chyba nigdy nie widziały nieba, ale im to pewnie nie przeszkadza – żartuje Ania, która w każdej sytuacji potrafi dostrzec coś zabawnego.
– Kiedyś o dwunastej w nocy musiałyśmy wzywać GOPR do turysty, który się upił i był agresywny. Chciał wybić szyby, rzucał w moją koleżankę krzesłem, mówił, że kiedy zgaśnie ogień w piecyku, to zgaśnie też płomień w naszych sercach, no po prostu zwykły ciul. Na dodatek ubrany był w eleganckie spodnie i buty, w sam raz na górskie wycieczki – ironizuje. – GOPR-owcy byli strasznie wściekli, że musieli wejść po takiego faceta, na dodatek razem z policjantem. Nie był to jedyny raz, kiedy ktoś tak się upił, że nie mógł zejść – dodaje wrześnianka, która pomimo wszystko lubi swoją pracę, tak samo jak lubi wracać do Wrześni. – Strasznie mi się podoba, że tutaj wszędzie jest tak płasko! Nie lubię chodzić po Karpaczu, męczy i denerwuje mnie to. W ogóle nie lubię turystycznych miast. A we Wrześni jest tak fajnie, tak mało ludzi chodzi tu po ulicach, i nikt się nie rozpycha! Lubię tu wracać, mimo że za każdym razem przeżywam jakiś szok. Tu nowe rondo, tam jakieś molo... – wymienia Ania.
Na razie nie zamierza wrócić na stałe. Najpierw musi skończyć studia. – Niedawno śniło mi się, że zrezygnowałam z tej pracy. To był koszmar. Na razie nie wyobrażam sobie życia poza górami. Gdybym teraz wróciła do Wrześni, chyba zanudziłabym się na śmierć. Pies by mi tu zdziczał i wyłysiał, i mama, która ma fioła na punkcie czystości, pewnie razem z nim. Rzadko tęsknię, a jeśli mi się to zdarza, to szybko mija – zapewnia.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



