FELIETON CEBULI - Radni pod sąd?
Sam pomysł uzależnienia wynagrodzeń bardzo mi się podoba. Jestem jednak za tym, żeby zarobki nie tylko radnych, ale i posłów były powiązane nie z obecnością na posiedzeniach, lecz z efektami i skutkami podejmowanych decyzji. W końcu to my ich zatrudniamy! Mamy więc prawo, jak każdy pracodawca, stawiać jakieś wymagania. Udział w sesjach nie oznacza jeszcze dobrze wykonanej pracy, ponieważ można w tym czasie drzemać, dłubać w nosie i bezmyślnie – albo rozmyślnie, co nie znaczy odpowiedzialnie – podnosić ręce za lub przeciw. Wymierne są dopiero konsekwencje rozstrzygnięć, które radni i posłowie przegłosowują.
Projekty ustaw przygotowuje z reguły rząd, a w przypadku samorządów – projekty uchwał wójt. Również wynagrodzenia premierów, ministrów, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast powinny być zatem uwarunkowane następstwami forsowanych decyzji. Uniknęlibyśmy wtedy sytuacji, gdy wciela się w życie idiotyczne przepisy, za co ich autorzy ponoszą jedynie odpowiedzialność polityczną, czyli faktycznie nie ponoszą żadnej. Wszyscy przerzucają się odpowiedzialnością, inicjator na uchwalającego i na odwrót, a faktycznego winowajcę ustalić trudno. Gdyby musieli oddać część swego uposażenia czy nawet odpowiadać sądownie, finansowo i karnie za fuszerkę , wtedy dobrze by się zastanowili przed przyciśnięciem guzika w maszynce do głosowania. Dyscyplina partyjna przestałaby być chomątem krępującym rozum i zdrowy rozsądek oraz pozwalającym stosować poniewczasie pokrętne tłumaczenie błędów.
Sławetna dyscyplina opanowała wszystkie szczeble zarządzania. Jako strzelecki radny wielokrotnie byłem świadkiem żenujących scen, gdy nasi rajcowie podnosząc ręce za koncepcją burmistrza, spuszczali jednocześnie oczy, żeby nie spalić się ze wstydu. Gdyby wiedzieli, że bezmyślna służalczość może ich kosztować część diety, a w ewidentnych sprawach prowadzić do odpowiedzialności przed sądem, wzrosłaby zapewne cena odwagi i zarazem rozumu. Gdyby burmistrz wiedział, że będzie musiał oddać pensję i spotkać się z prokuratorem, jeśli się okaże, że działał przeciwko interesowi społecznemu, być może zacząłby słuchać dobrych rad i przyjął do wiadomości, że nie jest nieomylnym możnowładcą.
Wiem, że tego typu rozwiązanie jeszcze długo pozostanie w sferze marzeń, gdyż większość właśnie dlatego pcha się do władzy, że nie jest finansowo ani prawnie rozliczana z rezultatów pracy. Czasem dobrze jednak pomarzyć. Zwłaszcza w okresie primaaprilisowym, gdy różne fantastyczne pomysły przychodzą nam do głowy.
Bank PKO BP odpowiada ?!
W poprzednim felietonie pisałem o horrendalnej kwocie 3,2 mln zł, jaką PKO BP zapłacił Szymonowi Majewskiemu za występ w reklamie. Prezes banku na oficjalnej stronie internetowej poinformował, że żadna ze stron kontraktu nie ujawniła sumy, a zarazem nie zaprzeczył, iż doniesienia mediów są prawdziwe. Wychodzi na to, że państwowy bank jest nie tylko rozrzutny, ale też nie potrafi dochować tajemnicy. Uważajcie więc klienci PKO BP! Dla porównania – prywatny zagraniczny Bank Zachodni WBK wyłożył na reklamę z udziałem samego Antonio Banderasa zaledwie 200 tys. euro i nie chowa tej informacji w kapeluszu. Uzyskaliśmy ją bez specjalnych starań od pracowników tegoż Banku.
Karol Cebula
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.


