FELIETON CEBULI - Najpierw myśleć, potem mówić
Kolejnym nieszczęściem Donalda Tuska jest właśnie jego otoczenie. Szef każdej dużej firmy powinien mieć przy sobie grono sprawdzonych i zaufanych współpracowników, którzy potrafią dobrze doradzić, w razie potrzeby kopnąć w kostkę oraz w porę przypomnieć o wyznaczonych celach i złożonych obietnicach. Polska to największe przedsiębiorstwo między Bugiem i Odrą. Premierowi towarzyszą natomiast mali ludzie, którzy umieją się ładnie uśmiechać i pleść bajki, zaś ostatnią rzeczą, która przychodzi im do głowy, jest ochrona szefa przed kompromitacją.
Najnowsze "osiągnięcie" na tym polu, to ingerencja Donald Tuska w burdy, jakich dopuścili się kibole na finałowym meczu Pucharu Polski. Jeśli premier zajmuje się zamykaniem stadionów w odwecie za rozróby rozwydrzonego tałatajstwa, nie świadczy to najlepiej o powadze sprawowanego przezeń urzędu. Rolą szefa rządzącej partii jest spowodowanie takich zmian w prawie, żeby kibole zostali skutecznie wyeliminowani. Skoro doradcy premiera nie wiedzą, jak to zrobić, niech jadą do Anglii i zapytają tamtejszych speców z rządu Margaret Thatcher. "Żelazna" dama nie organizowała pokazówek, ale doprowadziła do ustanowienia takich przepisów, że osiłkom po dziś dzień nie opłaci się urządzać zadym podczas meczów piłki nożnej.
W Polsce od tygodnia mamy ogólnonarodową debatę, która z pewnością dowodzi tylko jednego: państwo prawa jest w tym przypadku mrzonką, natomiast premier wyznacza sobie rolę nadzorcy stadionów. W odwecie za zamknięcie dwóch obiektów dla publiczności kibole rozrabiają przed stadionami, zaś politycy pieką własną pieczeń, co zakrawa na kolejną paranoję. Jarosława Kaczyński stał się nagle ekspertem od piłki nożnej i uderza w Donalda Tuska. Pierwszy przyboczny premiera Paweł Graś tłucze zaś w Kaczyńskiego, zapewniając, że "zawsze i wszędzie zadymiarz gnębiony będzie". Na szczęście w przeciwieństwie do kiboli tzw. elity nie tłuką się jeszcze po łbach i nie odpalają rac, ale - wszystko przed nami.
Podczas wizyty premiera na Ziemi Strzeleckiej minister Graś nie umiał uszczypnąć swego szefa i szepnąć mu do ucha, żeby nie obiecywał gruszek na wierzbie, lecz sprawdził najpierw, czy da się wyasygnować pieniądze na domki dla powodzian. Minęły trzy lata, a rzecznik rządu niczego się nie nauczył. Zamiast powstrzymać szefa rządu przed oświadczeniem o zamykaniu stadionów, z radosnym uśmiechem wprowadził go na konferencję prasową. Po jej zakończeniu uśmiech jeszcze bardziej zaokrąglił się na twarzy rzecznika. Szkoda, że nikt nie zapytał, czy rząd zamierza się teraz skupić na kontrolowaniu wszystkich meczów piłkarskich. Nie wyłączając rozgrywek LZS, po których też czasem zdarzają się rozróby.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



