DĘBLIN - Maharadża terroryzuje pasażerów
Kilka tygodni temu szerokim echem w całym Dęblinie odbił się nasz artykuł "Brud, smród i bezradność". Niestety, jak się okazuje nadal zasadny i prawdziwy jest ostatni człon tamtego tytułu. Urzędnicy i wszelkie służby dalej sobie nie radzą. Problem częściowo rozwiązał się co prawda w sposób naturalny - jednak nie do końca.
Chwilę po naszym artykule jeden z dwóch najbardziej uciążliwych bezdomnych zakończył dworcową karierę, ponieważ odszedł z tego łez padołu do Krainy Wiecznych Łowów, jednak jego kolega po fachu nadrabia to odejście po wielokroć. Straż Ochrony Kolei co prawda regularnie wygania bezdomnego, ten wraca jednak niczym pchły na dzikiego kota, a ponad to jest agresywny. - On się tak nie daje wyganiać - mówi jedna z kobiet prowadząca działalność gospodarczą w feralnym budynku - jest porywczy i się buntuje.
Jedyna nadzieja w wiosennej pogodzie. Może wtedy najbardziej toksyczny lokator dworca - zwany z racji czarnej brody oraz siedzenia na swoich torbach jak na poduszkach Maharadżą - opuści swój pałac, czyli dworcowe mury. Można pisać o tym lekkim piórem, jednak temat - zaręczam - jest jak najbardziej poważny. Jak poważny wie każdy, kto był na dworcu w chwilach, kiedy Maharadża znaczył swój teren.
Pasażerowie wymiotują
W ubiegłym tygodniu Maharadża przegiął. Wcześniej zdarzało mu się załatwiać w spodnie, po czym siadał na kaloryferze i się suszył. Wiem, że jest to ze wszech miar obrzydliwe i proszę sobie wyobrazić jak okrutny fetor musiał tam panować, ale to nie wszystko. Ostatnio Maharadża poszedł krok dalej i końcowe produkty przemiany materii rozniósł po całej podłodze dworca. - To jest naprawdę nie do wyobrażenia - mówi właścicielka kiosku na peronie. - Ostatnio z dworca wybiegła kobieta i zaczęła wymiotować z tego smrodu i zwymiotowała mi przed kioskiem między innymi. Potem, zanim wsiadła do pociągu, się nią zaopiekowałam - wyjaśnia kobieta. - No i to trzeba było posprzątać, a co mają powiedzieć te sprzątaczki z dworca, gdy musiały po nim to sprzątać?
Jak się dowiedzieliśmy, sprzątaczki przynosiły nawet z domu stare prześcieradła, by móc posprzątać po Maharadży. Czy kiedykolwiek spodziewały się, że w tej pracy będą musiały zmierzyć się z takim problemem? Nie sądzę, i nie za takie pieniądze.
Chcieliśmy wytropić Maharadżę, ale nie mamy do niego szczęścia. Za każdym razem gdy byliśmy z aparatem na dworcu, czuć było jego niedawną obecność, jednak jego samego nie było. Zapewne był w "pracy", czyli sępił kasę pod "Biedronką" za rzekome pilnowanie rowerów. Czy jest jakiś sposób, aby odbić dworcowy pałac z rąk terroryzującego pasażerów Maharadży? - Jego trzeba ubezwłasnowolnić i zrobić porządek - mówi kioskarka - nie ma innego wyjścia.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.
Zaloguj się



