DĘBICA - Z uśmiechem rozkręcam mój dzień
Biorę w dłoń aparat, pędzel, pióro czy łyżkę i z uśmiechem na ustach rozkręcam mój dzień. 4:30 – pobudka; szybki orzeźwiający prysznic i jestem gotowa to zmierzenia się ze świtem świata. Mojego małego szczęśliwego świata. Pędzę, aby zdążyć. Aparat przewieszony przez ramię dynda niczym bańka na choince. Ręka mocno zaciśnięta na pasku od cennego sprzętu, by być gotowym w każdej sekundzie. Kręcę się. Drżę i marzę, by było tak pięknie, jak chciałam, by zachwyt tej chwili zatrzymać w aparacie w moich dłoniach, głowie, sercu! Wstrzymuję oddech, zamieram, czekam, i… ostatnia chwila, moment i... subtelnie naciskam na spust migawki, by nie przestraszyć piękna, z którym właśnie koegzystuję. Robię kilka zdjęć i uciekam. Zatrzymałam chwilę, tkwi ona w moich dłoniach, zawieszona pomiędzy pędzącym nieubłaganie czasem. Nigdy się nie powtórzy ani ten dzień, ani ta chwila, a ja powrócę do niej zawsze, gdy tego zapragnę.
Coś kłębi się w mojej głowie, czuję dziwny pomysł, chęć rozwoju i tworzenia. Mam ochotę złapać trochę świata i rozłożyć na czynniki pierwsze. Rozerwać go nieco, wyszarpnąć trochę i wydać w ulepszonej wersji. Lecz od czego zacząć? Co wybrać? Obrazy jak klip filmowy przepływają po mojej głowie. Chwytam jeden i rzucam tuż przed moimi dłońmi. Kręcę się. Widzę go, jego kolory i barwy. Łapię więc za czterdziestkę i kilkoma zwinnymi ruchami przedstawiam jego różnobarwne tło. Przechodzę dalej. Ściskam go stanowczo, by wykrzesać jak najwięcej fantazji i szczegółów. Kilka zamachów, trochę skupienia i dekoncentracji. Szczegół za szczegółem, moje dłonie lekko drżą, czuję radość, gdy „staje się”. Nagle ukazuje się w całej swej okazałości, jest może trochę niezdarny, mało przypominający urok świata i jego istnienie, lecz powstał pod napływem chwili, chęci i niewielkich możliwości. Istnieje, dzięki mnie. Rozpiera mnie duma. Namalowałam obraz! Składam mało czytelny podpis i dostrzegam, jak wiele bym w nim zmieniła. Odkładam „na bok” do innych z cyklu „W ulepszonej wersji”.
Dzień się właśnie kończy, oczy są nieco przekrwione a ręce świerzbią, by zrobić coś innego niż się powinno. Kilka chwil walki z samym sobą. W końcu odkładam książkę, wyłączam komputer. Odkładam wszystkie „niezbędne” rzeczy do życia. Dopijam przesłodzoną herbatę, i biorę do ręki pióro. Kręcę się. Stawiam proste znaki, opisujące uczucia płynące z 24-godzinnego wysiłku. Kreślę dziwne słowa, które wypływają spod pióra, czytając w moich myślach. Oddaję się temu bez reszty. Nie istnieję. W jednej chwili przelewam na kartkę wszystko, co gromadziłam, a często tłumiłam przez cały dzień.
Znajduję się w moim królestwie, czuję już zapach i wiem już, jak będzie wyglądać. Stwarzam w głowie idealną kompozycję smakową. Odsuwam od siebie książki kucharskie i rozpoczynam własny proces twórczy. Rozpoczynam trochę strachliwie, lecz po chwili czuję się jak brutalna królowa. Duszę, obcinam, przycinam, obdzieram. Przygotowuję składniki, z których chwilę później powstaje dzieło, jakich nie było, wygląd jakiego nie znacie i smak, który zapamiętacie. Podaję wszystko poprawione moją dumą i gotowością podania nowo powstałego przepisu.
Rzeczy, które zawładnęły moim światem są prostymi czynnościami, wykonywanymi przez miliony osób na świecie, lecz dla mnie są one nieodłącznym elementem zadowolenia z siebie. Radość, gdy po ciężkim dniu stworzę coś, co zachwyci innych, jest dla mnie mobilizacją do działania. W prostych codziennych sprawach można znaleźć pasję. Rozwijanie zainteresowania, które płynie w krwi nie wymaga stresu czy wielkich poświęceń, jedynie czasu i chęci. A przecież, gdy robisz coś co kochasz, to poświęcisz mu wszystko.
Autorka jest uczennicą I Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Władysława Jagiełły w Dębicy.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.


