Dakar - do celu 6, 5 tys. kilometrów
- Marzenia o wyprawach towarzyszyły mi od dzieciństwa. Problemem były środki i sprzęt. Nie było na to pieniędzy. Po wielu latach kupiłem sobie motocykl, ten jest dwunasty z kolei. Pasja trwa od 25 lat. W 2009 roku, na spotkaniu z kolegami zastanawialiśmy gdzie pojechać. Trochę żartem, trochę serio padło hasło Dakar w Senegalu, Afryka środkowa.
Podziwiałem od dziecka uczestników mitycznego rajdu Dakar. Entuzjastów i chętnych do eskapady było wielu, ale w rezultacie zostałem sam. Pojechałem ze znajomym, którego poznałem na forach internetowych - opowiada dr Maciej Paruzel i dodaje, że to było duże wyzwanie organizacyjne: załatwić wizę do Mauretanii i Senegalu i mnóstwo innych spraw związanych z poważną wyprawą motocyklową. Zwykle na taką trasę jedzie się w kilka osób. Ich było dwóch. Na motocykl trzeba było załadować cały ekwipunek.
Zawodnikom w rajdzie towarzyszą lekarze i serwis, oni byli zdani na siebie. Rajd do Dakaru był rozgrywany do 2008 roku, później zrezygnowano z tej trasy ze względu na zagrożenia atakami terrorystycznymi. Nasi podróżnicy wybrali drogi w większości asfaltowe, oczywiście szutrowe i piaszczyste też, ale w pobliżu cywilizacji.
Nawigacja dostała polecenie Dakar. Do celu sześć i pół tysiąca kilometrów.
W Berlinie zaprowadzili maszyny do wcześniej umówionego serwisu, którego prace opóźniły wyjazd o 6 godzin. Nocują pod Lipskiem we własnych namiotach. Kolejny dzień to jazda po autostradach i docierają do Lyonu we Francji. Na jutro mają zarezerwowane bilety na prom w hiszpańskiej Almerii. Zmęczeni, w ostatniej chwili mocują taśmami maszyny na promie i zapadają w drzemkę.
Za nimi pierwsze 3 tys. kilometrów. Przed nimi wielka stalowa, zardzewiała brama na lądzie afrykańskim czyli wrota Afryki. Setki ludzi, krzyczących tubylców, marokańska policja. Dowiadują się, że potrwa to ok. 8 godzin i trzeba przejść badania lekarskie. Udało się. Przy marokańskiej kawie poznają tubylców, dzięki którym zyskują wiele cennych informacji. Nazajutrz rano ruszają w głąb Maroka w kierunku Fezu i Marrakeszu.
Temperatura w Maroku - 43 stopnie Celsjusza. - Dwa dni na campingu w Fezie, odpoczynek, zwiedzanie, basen, zimne piwo i pyszna kuchnia - tak wspomina dr Paruzel ten odcinek drogi. Dalej mniej uczęszczanymi drogami przez wioski i miasteczka, entuzjastycznie witani i oblegani podczas postoju przez miejscowych mieszkańców - Berberów, jadą w kierunku Sahary Zachodniej. Teren mniej zaludniony, temperatura sięga tu 58 stopni. Ubrani w specjalne, szczelne kombinezony, chowają się za szybami swoich GS-ów. Na trasie między Saharą Zachodnią a Mauretanią odcinek między jedną stacją benzynową, a drugą wynosi 500 km, na szczęście ich motocykle mają baki na 600-700 kilometrów.
- Kiedy dociera się do stacji benzynowej, trzeba uzupełniać do pełna, bo nie wiadomo co będzie dalej. Mieliśmy taką sytuację, że na mapie na Saharze Zachodniej była zaznaczona stacja benzynowa. Kiedy tam dojechaliśmy okazało się, że nie ma ani miasta, ani stacji. Policjant wyjaśnił nam, że wszystko dwa lata temu zabrała burza piaskowa.
Dobrze, że mieliśmy jeszcze zapas paliwa. W pobliżu Maroka też była zaznaczona stacja, a w rzeczywistości ujrzeliśmy zardzewiałe resztki dystrybutorów. Trzeba mieć dodatkowe kanistry na różne sytuacje, aby nie przypłacić tego życiem. Spotkaliśmy turystę na Saharze, po sześciu godzinach stania na pustyni. Od 4 godzin nie miał wody i był wyczerpany. Niewiele brakowało aby tam został na zawsze. Cała Afryka jeździ na ropie, a motocykle na benzynie. Jest dość trudno o benzynę, łatwiej dostać ropę.
Spotkany Hiszpan stał 100 m od głównej drogi, machał ale przejeżdżające auta to były diesle - mówi Maciej Paruzel i dodaje - Żeby przetrwać wożę ze sobą różne rzeczy, nawet zestaw narzędzi chirurgicznych do szycia.
Między Saharą a Mauretanią jest pas ziemi niczyjej, na którym jest około 30 tysięcy min. To pozostałość po wojnie między Mauretanią, a Marokiem. Dwukilometrowy pas, ogrodzony siatką. Wokół wraki aut i resztki domów.
- Przez pole przeprowadzili nas przewodnicy. W Mauretanii zaczyna się "Czarna Afryka" i są tam zupełnie inni ludzie, inne zachowania. Im dalej na południe tym większa bieda. Pogranicznicy mają zielone mundury, ale butów już nie. Ich stanowiska pracy zbudowane są z dykty i gazet, a w wyposażeniu służbowym mają: stolik, dwa krzesła, łóżko i księgi.
Burza piaskowa
- Kiedy wyjechaliśmy na główną drogę było już ciemno. Wiatr wzmagał się na sile i wzniecał tumany piachu. Po kilku kilometrach brakowało nam już sił, aby utrzymać motocykl, widoczność spadła do zera. Byliśmy w środku burzy piaskowej. Owinięci chustami żołnierze poradzili nam zawrócić i przenocować w pobliskiej wiosce. Błądząc w zawiei, po omacku, staraliśmy się nie położyć motocykli. Po chwili stanęliśmy zakopani w piachu - opowiada Maciej Paruzel i dodaje
- Walczę ze sprzęgłem, które zaczęło dymić. Nagle z mgły wyłania się auto z kilkoma bojówkarzami, którzy po angielsku proponują nam pomoc. Broń odrzucili na samochód i przepchnęli nas do gospody, kilkaset metrów dalej. To było mauretańskie wojsko, mieliśmy szczęście. Przekazali nas właścicielom, polecając, aby dobrze zajęli się nami i naszymi maszynami, że nie ma prawa nic nam się stać. W pokoju brud, robactwo i coś co przypominało łóżko. Padliśmy bez słowa ze zmęczenia. Rano sucha bagietka, woda i wyruszyliśmy do stolicy Mauretanii, Nouakchott. Przed nami 500 km pustyni. Dalej dojechaliśmy do Rosso. Przy granicy rozbijamy tropiki. Wokół chmary much, owadów, robaków, obok spacerują koty i kozy. Już na senegalskiej ziemi powitała nas tablica ostrzegająca przed AIDS - wspomina Maciej Paruzel.
- Przewodnicy załatwiali sprawy z dokumentami, a my prażyliśmy się na słońcu. Nigdzie cienia. Po 3 godzinach "obejrzały" nas pielgrzymki ludzi z wioski. Obok coś w rodzaju sklepu, magla i punktu wymiany opon. Ktoś na ulicy sprzedawał oblepione muchami mięso. Zaczepiają nas kobiety i dzieci walczące w tumanie kurzu o każdą pustą puszkę coli, w nadziei na pozostałą kroplę.
Znikają też nasze butelki z wodą i kanapki. Po kilku godzinach jedziemy drogą wzdłuż zielonych wiosek Senegalu, kierując się do St. Louis, na następny dłuższy przystanek, na nocleg, w poleconym przez znajomych campingu. Po prawie dwu tygodniach jazdy, 13 sierpnia w południe docieramy do Dakaru - podsumowuje Maciej Paruzel z błyskiem w oku. - Wielka radość i rozczarowanie. Spodziewaliśmy się stolicy państwa, a jest to miasto wielkiego kontrastu. Same banki, a z drugiej strony straszna bieda.
Dużo się buduje, ale nie zmienia się mentalności tych ludzi. Chaos na jezdni, ludzie z koszami owoców na głowach. Dwie skrajności - cywilizacja, która wychodzi z sawanny i biurowce oraz banki. Z Dakaru, po zmianie opon, jechaliśmy wzdłuż plaży w kierunku St. Louis w Senegalu. I ten odcinek był końcowym etapem naszej podróży...
Powrót prawie tą samą trasą, jednak dla mnie to była droga przez mękę. Padło mi sprzęgło. Wiedziałem wcześniej, jeszcze w piachach Mauretanii, że coś się dzieje nie tak, ale miałem nadzieję, że dojadę. Wylądowałem z motocyklem na wozie z marchewką. Zawieźli mnie do najbliższej miejscowości do serwisu, gdzie naprawiali wyłącznie małe chińskie motocykle . Poza tym bariera językowa.
Dowiedziałem się, że najbliższy serwis BMW jest w Casablance. Sprowadzenie części możliwe będzie po święcie rozpoczynającym ramadan, które się właśnie zaczynało. Nikt nie był w stanie niczego konkretnego powiedzieć. Pięć dni włóczyłem się po Casablance. Kiedy po świątecznym weekendzie zgłosiłem się pełen nadziei do serwisu, usłyszałem, że sprowadzenie części potrwa dwa tygodnie, naprawa też dwa, a potem może się okazać, że będzie jeszcze czegoś brakowało i trzeba będzie może coś zamówić czyli kolejne dwa tygodnie.
Podsumowałem szybko, że to będą dwa miesiące. Co robić tyle czasu w centrum Maroka w Casablance ? Nie mówiąc już ile to by kosztowało. Postanowiłem naprawić motocykl w Europie i zacząłem szukać ciężarówki jadącej w kierunku Tangeru, aby dostać się do Hiszpanii. Jednak ciężarówki mogą tam poruszać się tylko w obrębie jednej dzielnicy czy regionu. Konieczna była przesiadka. Zorientowałem się, że wypadnie ona na pustyni i wiedziałem, że bez wody i jedzenia nie dam rady.
Poszedłem do portu szukać statku do Europy. Był jeden do Hamburga. Kiedy znalazłem, władze nie wyraziły zgody, aby załadować motocykl na statek spożywczy. Szukałem zatem pociągu towarowego. Okazało się, że można. Motocykl pojechał z owocami w jednym wagonie, ja sam trochę później do Casablanki z przekonaniem, że mojego BMW już nie zobaczę, bo dostałem tylko świstek papieru, bez pieczątki z jakimś arabskim podpisem. To miał być kwit na odbiór motocykla. Kiedy odszukałem dworzec towarowy w Casablance, otworzyłem drzwi i okazało się, że motocykl tłukł się między skrzynkami i porozwalał arbuzy i inne owoce. Motor cały się kleił, a nad nim unosiły się roje much.
I następny problem - zastanawiałem się jak z tego dworca przetransportować maszynę do przystani promowej. Nikt nie chciał mi pomóc i w końcu sam przepchałem motor w tym upale, 2,5 km. Byłem wykończony i miałem się nie przyznawać w porcie, że maszyna jest zepsuta, bo nie załadują go na prom. Tak poinformował mnie Marokańczyk i tego się trzymałem. Mówiłem, że skończyło się paliwo. Minąłem kilka posterunków policji i nikt się nie zorientował, że było inaczej. Kiedy wpłynęliśmy do Gibraltaru i zobaczyłem Hiszpanię, wiedziałem, że jestem w domu. Znalazłem serwis niedaleko promu w Algeciras, w którym zrobili mi wszystko w dwa dni. I tak przyjechałem na kołach do domu. Nie wyobrażałem sobie wrócić na pace ciężarówki czy lawetą.
W końcu w domu czekali dumni z taty synowie i żona oraz mnóstwo znajomych. Podróż przedłużyła się o dwa tygodnie, które mimo wszystko uważam dziś za wielką przygodę. Bardzo mnie to wzmocniło, miałem momenty zwątpienia, nie wiedziałem co robić - śmieje się Maciej Paruzel.
W tym roku w drugiej połowie września planują wyjazd w kierunku Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Niestety w tamtym kierunku nie da się przewidzieć wszystkiego Nie wiedzą ile czasu stracą z przyczyn od nich niezależnych. Ich celem są Kazbegi w Gruzji i pierwsze chrześcijańskie, położone wysoko w górach klasztory. Kamienisto-szutrowe drogi, strome zbocza gór, po których trzeba się piąć na specjalnie przystosowanych do tego motocyklach. Aktualnie są na etapie uzupełniania i wymiany ekwipunku.
Mniejszy ciężar i więcej miejsca na motorze. Mają specjalne aluminiowe kufry, do tego specjalnymi pasami przywiązują dodatkowy ekwipunek. - Jest nas dwóch a może będzie czterech. Czas wyprawy do 3 tygodni. Koszt to 5-6 tys. zł, własne namioty i jedzenie. Można też jechać taniej lub znaleźć sponsorów. Najpierw trzeba mieć patrona wyprawy czyli media, następnie szukamy sponsora. Pamiętajmy jednak, że w takim przypadku są to również zobowiązania.
Jazda
Jazdę motocyklem określa jednym nieprzyzwoitym słowem. Mówi, że jazda samochodem jest koniecznością, nie ma w tym przyjemności. Motocykl daje coś w rodzaju podniecenia, ekstazę, to zespół wielu czynności organizmu w kierowaniu i odpowiednim prowadzeniu maszyny, tak jak lot. Daje adrenalinę wynikającą ze strachu i jednocześnie przyjemność. - Gorzej jeśli maszyna zachowuje się inaczej niż tego oczekuję, a tak czasami bywa. To główny błąd młodych kierowców, którzy najczęściej giną w takich sytuacjach.
Motocykl pędzi, dodaje się gazu i jest dobrze, ale kiedy zaczyna wężykować, nurkować teleskopowo, wpadać w ruchy wibracyjne, wtedy strach i brak doświadczenia oraz brak szybkiej reakcji oznacza wypadek. Wibracje kierownicy przy dużej prędkości i hamowaniu, mogą młodego kierowcę bardzo przestraszyć. Wiem jak sobie z tym poradzić. Skąd? To doświadczenie. Jeździłem na motocyklach o małych pojemnościach wiele lat temu. Trzeba wyciągać wnioski ze swojej jazdy i upadków. Kiedy kupowałem silniejszy motocykl wiedziałem, że to co się dzieje podczas jazdy będzie zwielokrotnione. Zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym.
To wymaga wysiłku i większej koncentracji niż w samochodzie - reasumuje Maciej Paruzel.
Nie zna pojęcia nudy, brakuje mu czasu na wszystko. Każdy dzień wypełnia do maksimum przeróżnymi zajęciami. Czasem zwalnia, wtedy natychmiast myśli pędzą do rzeczy niezrobionych i niedokończonych. Nie potrzebuje adrenaliny powodującej niebezpieczeństwa. Interesuje go przygoda, poznawanie świata, nowych ludzi i nowych miejsc.
Mówi, że każda wyprawa ma sens wtedy, kiedy mamy komu o tym opowiedzieć i do kogo wrócić. To kolejne miesiące przeżywania wszystkiego od początku. Z każdej wyprawy wraca dużo silniejszy i mądrzejszy. - Mamy z żoną specyficzny styl życia. Nie oglądamy telewizji, lubimy poznawać, przemieszczać się w nieznane. Nie jesteśmy domatorami. Kiedy jechałem do Dakaru zapytałem żony czy mam jechać, zawsze pytam przed wyprawami. Odpowiedziała mi przepięknie. Wiedziała, że Dakar był moim marzeniem od lat, że jest to bardzo niebezpieczna podróż i różnie może się zdarzyć. Natomiast jeśli powie "nie" będzie żyła z frustratem, który nie dokonał czegoś o czy marzył przez lata. Jeśli się zgodzi, wie, że to mi da wielkie szczęście, więc powiedziała abym jechał.
Maciej Paruzel zanim został chirurgiem, po studiach, jako młody lekarz, miał problem ze znalezieniem sobie miejsca. Dopiero w Brzegu Dolnym chętnie go przyjęli, ale pod warunkiem, że rozpocznie specjalizację z pediatrii. Rozpoczął, ale po dwóch latach się poddał. Stwierdził, że leczenie katarków i lekkich infekcji oskrzeli to nie dla niego.
W desperacji wysłał w ciemno 35 podań do wszystkich znanych mu szpitali na Dolnym Śląsku, gdzie mógł być chirurgiem. Wspomina, że został zaproszony na rozmowę do Trzebnicy, gdzie szefem Ośrodka Replantacji Kończyn był prof. Ryszard Kocięba, ten sam, który ze swoim zespołem przeprowadził w 1971 roku pierwszą w Europie udaną operację przyszycia ręki. - Co pan umie z chirurgii? - zapytał prof. Kocięba młodego doktora Paruzela i zamienił się w słuch, a wraz z nim inni członkowie licznie zebranej komisji rekrutacyjnej.
- Nic, ale chciałbym się tu nauczyć dobrej chirurgii - uśmiechnął się Maciej szeroko.
- A co pan w ogóle umie? - groźnie zmarszczył brwi prof. Kocięba.
- Wędkować - odparł promiennie niedoszły pediatra. No i niespodziewanie się okazało, że miejsca, w które od pięciu lat Paruzel chodził na szczupaki, liny i miętusy, są w ogóle nieznane profesorowi.
- Koniec rekrutacji - ogłosił po chwili. - Wpiszcie mu zatrudnienie na czas nieokreślony. Teraz choćby płakał, to ja już go nauczę posługiwania się skalpelem - zapowiedział.
Potem wielokrotnie wędkowali razem, nawet w górskich strumieniach, a profesor okazał się wspaniałym nauczycielem mikrochirurgii.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



