BYCZYNA - Katastrofę zamienili na sukces

Milena Zatylna :: Kulisy Powiatu, 04 lipiec 2013, 07:17
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Spółdzielnie socjalne mogą sobie świetnie radzić na otwartym rynku pracy. Dowodzą tego przykłady firm społecznych z gminy Byczyna.
BYCZYNA - Katastrofę zamienili na sukces

- Postawiliśmy na wielobranżowość - mówi Marcin Juszczyk, prezes spółdzielni socjalnej z Byczyny. - Ona daje gwarancje przetrwania.

W Byczynie kryzys zagościł wcześniej niż świat o nim usłyszał. Ostatnie lata prosperity gmina przeżywała jeszcze w poprzednim ustroju. Były kombinaty, niemal w każdej wiosce pegeer czy spółdzielnia produkcyjna. Zapewniały pracę większości mieszkańców i pieniądze na chleb. Po transformacji największym pracodawcą stały się urząd miejski, szkoły i przedszkola.

W Byczynie prywatnych firm jak na lekarstwo. Ludzie nie garną się do rozkręcania własnego biznesu. W ubiegłym roku w gminie powstało 37 podmiotów gospodarczych, a z ewidencji zniknęło 18. Od początku tego roku mieszkańcy zarejestrowali 20 firm, a zlikwidowali 14.
Trudno się dziwić. Przykłady tych, którzy zaryzykowali, raczej zniechęcają. Choćby taka Galaxia - do niedawna produkowała brykiet i zatrudniała kilkadziesiąt osób. Teraz ma poważne problemy finansowe i zwalnia ludzi.

Chociaż władze gminy dwoją się i troją, by pozyskać dużych inwestorów, tych nie widać. Sytuację ma poprawić strefa ekonomiczna, która niedawno powstała pod Byczyną. Zakłady pracy nie wyrosną tu jednak w ciągu kilku miesięcy. A jeść trzeba codziennie. Tymczasem szanse na pracę są mizerne. Ci, którzy ją mają, mogą czuć się jak wybrańcy. Pozostali stoją przed wyborem – emigracja albo pośredniak lub opieka społeczna.

Są jednak tacy, którym udało się uciec przed tym „przeznaczeniem”.
 

Postawili na wielobranżowość

- Po skończeniu studiów chciałem wyjechać zagranicę – opowiada Marcin Juszczyk. - Tak zrobiła większość moich kolegów ze szkoły średniej. W Byczynie nie mogłem znaleźć pracy. Czułem się wykluczony ze społeczeństwa.

Świeżo upieczony absolwent ekonomii o pracę dopytywał gdzie się dało. Z prośbą o posadę poszedł nawet do burmistrza.

- Burmistrz powiedział, że pracy w administracji mi nie da, ale ma dla mnie inną propozycję – tłumaczy Marcin Juszczyk.

Tą propozycją było utworzenie spółdzielni socjalnej. Udało się zebrać grupę pięciu chętnych – tak zwanych członków założycieli - i ruszyła ona w 2005 roku. Była to jedna z pierwszych spółdzielni socjalnych w Polsce. Marcin Juszczyk został jej prezesem.

- Postawiliśmy na wielobranżowość - wyjaśnia Marcin Juszczyk. - Zajmujemy się organizowaniem szkoleń – i to nie tylko na terenie naszego województwa, poligrafią oraz budownictwem. W trudnych czasach trzeba być elastycznym. To daje gwarancje przetrwania.

    Osiem lat temu nie tylko spółdzielnie socjalne, ale cała ekonomia społeczna w naszym kraju dopiero raczkowały, a pojęcia te były mało komu znane. Dziś w Polsce istnieje ponad 600 takich przedsiębiorstw. Zajmują się bardzo różną działalnością – są spółdzielcze kawiarnie, restauracje, sklepy, przedszkola, gospodarstwa agroturystyczne – każdy pomysł jest dobry.

– Startowaliśmy w trudnych czasach, przecieraliśmy szlak, ale uważam, że warto było, to była moja droga i wyboru nie żałuję – relacjonuje prezes. -Teraz jestem fanem ekonomii społecznej, bo to nie tylko pieniądze, ale dużo, dużo więcej. Gdybym nie trafił na tę ścieżkę, dziś bym pewnie mieszkał gdzieś w Londynie czy Berlinie, a może miał własną firmę i sprzedawał okna, i liczył zyski, których na pewno byłoby cały czas mało. Frustracja gotowa. Spółdzielnia socjalna mnie od tego uchroniła.
 

Od Nasal do Las Vegas

Jedną z najlepiej działających spółdzielni socjalnych na Opolszczyźnie jest Las Vegas z podbyczyńskich Nasal. Pracują w niej Grzegorz Więcław, Patryk Kindziak, Wojciech Majewski, Adam Buć i Antoni Konieczny, a prezesem jest Piotr Kindziak.

– Nasale to takie więzienie – wszędzie daleko, a wkoło tylko lasy i lasy – mówi Grzegorz Więcław. – Osobie bez samochodu nawet trudno się stąd wydostać. Autobusów mało, a w czasie wakacji prawie wcale nie kursują. Jakby człowiek chciał dojeżdżać do Kluczborka do roboty, to bez auta nie da rady. Ale skąd wziąć na benzynę? Najniższa krajowa nie wystarczy, żeby do baku przez cały miesiąc nalewać. Normalnie katastrofa, którą my, na przekór, postawiliśmy zamienić w biznesowy sukces. Założyliśmy spółdzielnię socjalną i zajmujemy się pracami leśnymi. Tu, na miejscu.

Również na przekór nazwali swoją firmę Las Vegas. To był pomysł Grzegorza Majewskiego.

- Ekspertowi, który uczył nas na kursie marketingu, nazwa nie podeszła. Odradzał ją nam, twierdził, że kojarzy mu się z rozpustą – mówi autor. - Proponował spółdzielnię klon albo jawor, ale nam Las Vegas kojarzy się z dużą kasą i powodzeniem finansowym. Do tego dążymy.

    Pieniądze na zakup specjalistycznego sprzętu – m.in. pił motorowych, wykaszarek i ciągnika – dostali z Unii Europejskiej. Po 20 tysięcy na łebka. Dodatkowo przez sześć miesięcy każdy z nich otrzymywał po 700 zł wsparcia pomostowego na opłacenie zusów i podatków.

Spółdzielnia działa już ponad 2,5 roku. Na brak pracy jej właściciele nie narzekają.

- Robotę zleca nam firma, która wygrała przetarg na wykonywanie prac leśnych w leśnictwie Nasale - jesteśmy jej podwykonawcą – tłumaczy Patryk Kindziak. - Nie jest łatwo, bo to robota na akord i przez cały rok, bez względu na pogodę. Bywały takie dni, że ze względu na śnieg lub błoto nawet trudno było do lasu wejść, a co dopiero pracować. Po całej dniówce kręgosłupy „siadają”. Jednak jak nie pracujemy, to nie zarabiamy – proste. Ale narzekać nie można, bo żyć się z tego da.

Panowie są dumni, kiedy słyszą, że ich firma uważana jest za najlepiej działającą pod względem ekonomicznym spółdzielnię socjalną na Opolszczyźnie.

- Kiedy ją zakładaliśmy, nawet się nie zastanawialiśmy, czy pomysł wypali – wyjaśniają. - To była dla nas jedyna alternatywa. Chwyciliśmy się tego jak tonący brzytwy. Może dlatego nam się udało.

Dzięki Las Vegas Patryk Kindziak ma pieniądze na studia, Grzegorz Więcław nie musi wyjeżdżać do pracy w Holandii – nie dość, że daleko, to tam również skończył się „miód”, a pan Adam spłaca alimenty – nie ścigają go już komornicy i policja.

Teraz nasalscy drwale służą jako przykład dla innych, którzy również chcą założyć spółdzielnie socjalne.

- Przyjeżdżają do nas wizyty studyjne, telewizja kręci o nas programy, a nam ta sława już się sprzykrzyła, bo każda wizyta odciąga nas od pracy i pieniądze przez to uciekają - mówią. - Ale jak trzeba, to reklamujemy spółdzielnie socjalne, bo to świetna sprawa. Można powiedzieć, że to przystań dla różnych życiowych rozbitków i szansa na to, żeby żyć, a nie wegetować. Bo bez pracy życia nie ma.
 

Czym jest ekonomia  społeczna?

Przedsiębiorczość społeczna ma w Polsce długą tradycję – tylko wcześniej tak się nie nazywała. Wszyscy przecież znamy cepelie, spółdzielnie pracy, banki spółdzielcze czy spółdzielnie mieszkaniowe.

- Do tej grupy „starych” firm społecznych dołączyły nowe podmioty, takie jak centra integracji społecznej, zakłady aktywności zawodowej czy spółdzielnie socjalne – wyjaśnia Marcin Juszczyk. - Przedsiębiorstwa te różnią się od zwykłych tym, że pieniądze i zysk nie są w nich najważniejsze. Główny nacisk kładzie się na to, by pracownicy, często wykluczeni, których pracodawcy omijają – bezdomni, po więzieniach, uchodźcy, długotrwale bezrobotni, niepełnosprawni, w wieku 50+ – dzięki pracy wrócili do społeczeństwa.

Ekonomia społeczna to alternatywa dla ludzi, dla których liczy się przede wszystkim praca. Wolą bezpieczeństwo w firmie od wielkich zarobków.

- Chcą mieć świadomość, że w razie kryzysu nie pójdą pierwsi do zwolnienia, bo są dla szefa „najsłabszym ogniwem” - tłumaczy Marcin Juszczyk. - Dla pracujących w spółdzielniach socjalnych sytuacja jest jeszcze bardziej komfortowa, bo to oni są współwłaścicielami firmy i podejmują najważniejsze dla nich decyzje – mogą nawet zwolnić prezesa.
 

Jak założyć spółdzielnię socjalną?

Osoby zainteresowane założeniem spółdzielni socjalnej teraz mają na to spore szanse, tym bardziej, że są jeszcze pieniądze z Unii na ten cel. Można startować w konkursach na bezzwrotną dotację.

- W tym roku odbędzie się kilka naborów wniosków i zachęcam, by brać w nich udział, bo nie wiem, czy z nowego unijnego rozdania będą jakieś środki na takie przedsięwzięcia – mówi Marcin Juszczyk.

Pierwszy nabór został ogłoszony 25 lipca. O pieniądze osoby z północnych powiatów Opolszczyzny – oleskiego, kluczborskiego, namysłowskiego i brzeskiego mogą się starać poprzez Ośrodek Wsparcia Ekonomii Społecznej przy Byczyńskim Inkubatorze Gospodarki Społecznej, którego siedziba mieści się w Polanowicach. Tam też można uzyskać pomoc w każdym zagadnieniu dotyczącym ekonomii i gospodarki społecznej – również na etapie pisania wniosku o dotację.

Jest o co walczyć. Jeden członek spółdzielni socjalnej może dostać 20 tys. zł na zakup narzędzi i materiałów do prowadzenia działalności oraz 1200 zł wsparcia pomostowego przez pół roku na opłaty obowiązkowe.