Burmistrz Gostynina usłyszy zarzuty
Przypomnijmy, że wedle ustaleń prokuratorów z Płocka burmistrz Gostynina wracał 23 grudnia z imprezy w Babskim Jadle w miejscowości Stefanów. Kilka kilometrów od karczmy, na obwodnicy miasta, w miejscowości Legarda doszło do wypadku, w wyniku którego straż pożarna wyłączyła jeden z pasów ruchu. Kompletnie pijany Włodzimierz Ś. miał zignorować blokadę. Został jednak zatrzymany przez jednego ze strażaków. Po chwili zainteresowali się nim policjanci.
– Wyczuwalna woń alkoholu i zachowanie burmistrza wskazywały na to, że był nietrzeźwy – potwierdza Iwona Śmigielska-Kowalska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Płocku. – Gdy burmistrz odmówił dmuchania w alkomat, pobrana została mu krew. Wyniki analizy nie pozostawiły wątpliwości. Miał 2,74 promila we krwi. Niebawem usłyszy zarzuty – dodaje.
Burmistrz zapadł się pod ziemię
W sprawie nadal jest jednak wiele znaków zapytania. Przede wszystkim dlatego, że od feralnego piątku Włodzimierz Ś. nie zabrał głosu. Po świętach nie pojawił się w urzędzie. Pracownicy gostynińskiego magistratu nie potrafili wskazać przyczyny jego nieobecności.
– Szefa nie ma. Nie potrafię powiedzieć, gdzie się znajduje. Będzie pan musiał zapytać jego samego, kiedy wróci – usłyszeliśmy w sekretariacie burmistrza.
Włodarza Gostynina nie było też na najważniejszej w roku sesji rady miasta, podczas której uchwalony został miejski budżet. Jego obowiązki pełniła zastępca Jadwiga Kaczor, która również nie potrafiła wyjaśnić nieobecności szefa.
– Nie znam powodów jego absencji, widocznie ma jakieś sprawy – stwierdziła tylko lakonicznie wiceburmistrz.
O sprawę braku obecności burmistrza i wydarzeń z feralnego piątku nie pytali radni, którzy formalnie powinni nadzorować jego pracę. Cała sprawa zakończyła się skandalem, bo jedynymi zainteresowanymi przyczyną absencji burmistrza byli... zgromadzeni na sali dziennikarze.
– Każdy się boi odezwać. Nie wiadomo jeszcze jak się cała sprawa zakończy, więc lepiej się nie wychylać – powiedział nam jeden z pracowników gostynińskiego magistratu, dobrze znający lokalne realia.
Odpowiedzi na pytanie, gdzie jest Włodzimierz Ś. postanowiliśmy poszukać sami. Nasz reporter pojechał pod dom burmistrza. Niestety domofon milczał. Nie można się też z nim skontaktować telefonicznie. Oficjalnie burmistrz pojawił się tylko o północy w Sylwestra na balkonie gostynińskiego magistratu. Złożył mieszkańcom życzenia, ale nie odniósł się do zajścia z 23 grudnia.
W mieście aż huczy od plotek
Milczenie burmistrza stało się powodem do snucia przez mieszkańców sensacyjnych hipotez. W mieście aż huczy od plotek. Po naszym ubiegłotygodniowym artykule w redakcji rozdzwoniły się telefony. Jeden z nich był szczególnie sensacyjny.
– Wiem o tym, że strażacy, którzy byli na miejscu zdarzenia otrzymywali telefoniczne pogróżki. Wieczorami głos w słuchawce mówił, że jeżeli nie będą zeznawać na korzyść burmistrza, to stanie się krzywda ich żonom i dzieciom – usłyszeliśmy. – Jeden ze strażaków zgłosił to nawet podobno na policję.
Nie mniej sensacyjnie brzmiały informacje o rzekomej próbie przekupstwa policjantów, którzy byli świadkami zajścia. Postępowanie w tej sprawie miała prowadzić radomska komenda policji. Rzecznik jednostki nabrał jednak wody w usta.
– Odsyłam do płockiej prokuratury. Nie udzielamy żadnych informacji na ten temat – powiedział nam podinsp. Tadeusz Kaczmarek.
Rzecznik płockiej prokuratury nie potwierdziła jednak żadnej z tych informacji.
– Nic nie wiem nic zarówno o przekupstwie, jak i o zastraszaniu – dementuje plotki Iwona Śmigielska-Kowalska.
Włodzimierz Ś. pasażerem?
Prawdziwą sensację w mieście wywołało jednak oświadczenie redaktora jednego z gostynińskich portali internetowych, Daniela Stańczaka, które ukazało się 4 dni po zajściu w Legardzie. Dziennikarz twierdzi, że... to nie burmistrz, ale on prowadził służbowego passata zatrzymanego przez policję.
– Pojazdem zacząłem kierować między godziną 20 a 20.30 ruszając z parkingu przy restauracji Babskie Jadło w Stefanowie – czytamy w oświadczeniu. – Do ww. pojazdu zabrałem ze sobą dwóch pasażerów. Jednym z nich był Włodzimierz Ś., a drugim tata mojego kolegi z pracy. Na odcinku między Babskim Jadłem, a rondem w Rogożewku przez CB Radio usłyszałem komunikat o wypadku drogowym na obwodnicy gostynińskiej w okolicy stacji Shell. (...) Po dojechaniu na miejsce wypadku zatrzymałem pojazd przed skrętem na stację na poboczu. Niezwłocznie opuściłem samochód celem zrobienia zdjęć.
O tym, gdzie leży prawda, bo tak zatytułowane było oświadczenie Daniela Stańczaka, młody redaktor będzie musiał teraz przekonać prokuraturę. W ciągu kilku najbliższych dni zostanie przesłuchany w charakterze świadka. Organy ścigania mają ustalić, czy to on był autorem tekstu i czy potwierdza swoją wersję zdarzeń. Jeśli jego oświadczenie okaże się nieprawdą, może mu grozić odpowiedzialność karna.
Smaczku sprawie dodaje fakt, że właścicielem wspomnianego portalu jest P.H.U. Ultra, czyli firma zajmująca się układaniem kostki brukowej, która wykonywała zlecenia m.in. dla Urzędu Miasta. Daniel Stańczak,wcześniej brukarz, obecnie zajmuje się pisaniem tekstów.
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.




