Pobierz widget

BODZANOWICE - Walczę dla swoich dzieci

Małgorzata Kuc :: Kulisy Powiatu, 11 styczeń 2013, 20:09
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Jedna sekunda wywróciła życie Katarzyny Czajkowskiej do góry nogami. Z aktywnej osoby stała się kaleką. Teraz pani Kasia na nowo odbudowuje swoje życie. Walczy z cierpieniem i przeciwnościami losu, przede wszystkim dla dzieci – Hani, Wojtka i Emilki.
BODZANOWICE - Walczę dla swoich dzieci

Katarzyna Czajkowska walczy dla dzieci (od lewej) Hani, Wojtka i Emilki.

Jeszcze pięć lat temu Katarzyna Czajkowska była szczęśliwą żoną i mamą, w pełni spełnioną zawodowo kobietą. W jednej sekundzie jej poukładany świat runął jak domek z zapałek.

- Nie powinnam była wtedy wsiadać na konia – rozpoczyna opowieść pani Kasia, która przez dwadzieścia lat była instruktorem jazdy konnej w różnych ośrodkach jeździeckich. – To był marzec, pogoda nieciekawa. Klacz – młoda, bardzo energiczna. To miała być krótka przejażdżka po lesie. Tak bardzo namawiała mnie na nią moja znajoma.

W pewnym momencie klacz spłoszyła się, być może potknęła o coś.

- Być może zgubiła mnie rutyna, być może koń wyczuł moją niepewność – kontynuuje kobieta. – Chyba zapomniałam, że nie mam już dwudziestu lat i kości ze stali. Ale nigdy wcześniej nawet kostki nie złamałam. A upadki z konia w zawodzie koniarza, a byłam stuprocentową koniarą, to codzienność. Liczy się je do pięćdziesiątego, później już nie ma się do tego ani pamięci, ani czasu.

Pani Kasia upadła. Nic więcej nie pamięta. Ocknęła się dopiero w szpitalu. Rokowania były fatalne – złamany kręgosłup w odcinku szyjnym.

- Do mnie wtedy to nie docierało, ja nawet nie wierzyłam, ja byłam pewna, że prędzej czy później stanę na nogi i będzie jak dawniej – opowiada.

Kobieta nadzieją żyła rok, bo lekarze nie od razu ją jej odebrali. Mówili, że rdzeń jest nieuszkodzony. Niestety, wyrok zapadł. Znany neurochirurg z Zielonej Góry powiedział, że nie ma się co łudzić. Czeka ją wózek inwalidzki do końca życia.

-  Nie chciałam, ale musiałam się z nim zaprzyjaźnić – mówi.



Już raz straciłam dzieci

- Od pięciu lat, choć momentami jest cholernie trudno, sklejam to moje życie na nowo – kontynuuje pani Kasia, która przykuta jest do łóżka.

Cierpi, stale jest na silnych środkach przeciwbólowych. Za dnia w skali jeden do dziesięciu ból sięga pięciu punktów, w nocy zenitu.

- Przez ten ból nie potrafię nawet spać – mówi. – Wtedy myślę. To są różne myśli. Pojawiały się takie, żebyśmy z mężem dali sobie spokój. Zwłaszcza, że on się załamał po moim wypadku i trudno mu się pozbierać do dziś. Ma problemy, zdarza mu się iść w „długą”. Były rozmowy z odpowiednimi służbami, żeby dzieci poszły do domu dziecka, ja do zakładu opieki społecznej. Ale nadchodzi ranek: widzę Hanię, Wojtka i Emilkę i wiem, że muszę walczyć. Jeśli nie dla siebie, to dla nich. Już raz straciłam dzieci i nie pozwolę na to nigdy więcej.

Zaraz po wypadku wówczas siedmioletnia Hania, sześcioletni Wojtuś i trzyletnia Emilka trafiły do rodziny zastępczej. Na szczęście do domu siostry pani Kasi na Pomorzu.  

- Nie było innego wyjścia, mąż sam nie dałby rady zająć się tak małymi dziećmi – opowiada kobieta. – Ja miałam rehabilitację – pięć tygodni na wysięgniku w Piekarach, dwanaście tygodni w Górnośląskim Centrum Rehabilitacji w Reptach. To była trudna decyzja. Najtrudniejsza w życiu, choć wiedzieliśmy, że dzieci idą do mojej siostry, do dziadków. Że będzie im tam dobrze, że włos z głowy im nie spadnie. Takim dodatkowym ciosem było to, że musieliśmy z mężem częściowo zrzec się praw rodzicielskich. Po to, by siostra mogła podejmować wszelkie decyzje w sprawie dzieci.  

Trójka rodzeństwa w dalekim Goleniowie przebywała półtora roku, rozłąkę najbardziej przeżywała najmłodsza Emilka. W ciągu tego okresu pani Kasia swoje pociechy widziała trzykrotnie.

- Z mężem byliśmy jak dwa kołki w płocie – opowiada. – Dobrze, że wtedy był z nami już dziś dorosły syn. Ale to był jedyny rok, kiedy nie mieliśmy wigilijnej wieczerzy. Nie było nawet choinki, bo i nie było dla kogo jej ubierać. Nie było z nami naszych iskierek, naszego motoru napędowego do życia…



Ze stajni do malutkiego mieszkanka

Dzieci wróciły. Najpierw na wakacje. Jeszcze na Flaki, przysiółek Borek Małych, gdzie do czasu wypadku pani Kasia z mężem prowadziła stajnię.

- Wtedy zapadła decyzja: tak dalej nie może być, dzieci wracają do nas – opowiada Katarzyna Czajkowska.

Czajkowscy pożegnali się z domem i stajnią na Flakach. Z sąsiadami, było ich niewielu. Bodajże siedmioro, bo tyle osób mieszka w boreckim przysiółku.

- Zresztą jak zamieszkaliśmy tam, to śmialiśmy się, że dzięki nam Flaki liczebnościowo raz się powiększyły – wspomina pani Kasia.

Czajkowscy przenieśli się do Bodzanowic. Głównie ze względu na dzieci, by miały bliżej do szkoły. Od gminy otrzymali dwupokojowe mieszkanie socjalne z kuchnią, ale bez łazienki.

- Ale i tak byliśmy wdzięczni za ten kąt, bo w chwili wypadku nie byłam ubezpieczona – mówi pani Kasia. – To był kolejny błąd. Zawsze jak dzierżawiliśmy gospodarstwo, a Flaki po Borkach Wielkich, Bąkowie, Jastrzygowicach były którymś z kolei, opłacałam się z KRUS-u. Zawsze mieliśmy w dzierżawie jakiś kawałek poletka. Tym razem też tak było, ale trudno było to udokumentować na piśmie. I tak teraz zostałam bez niczego, bez żadnej renty, na łasce państwa.



Z zawodu „żebrak piszący”

Pani Kasia jak sama mówi z instruktora jady konnej stała się z zawodu „żebrakiem piszącym”.

- Zaczęłam pisać listy do instytucji, do firm, do kogo się dało – mówi. – Jak wprowadzaliśmy się, to mieszkanie było „gołe”. Wymalowali nam je zielonoświątkowcy. Wicestarosta Stanisław Belka, z którym znałam się wcześniej, pomógł w załatwianiu formalności związanych z łazienką. Dostaliśmy środki z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. Okna „wybłagałam” po okazyjnej cenie w jednej z firm. Spłacili nam je przyjaciele, bo garstka tych prawdziwych została.

Meble też jako tako udało się skompletować. Są stare, przydałyby się nowe, ale najważniejsze, że są. W grudniu wolontariusze Szlachetnej Paczki przywieźli dwa łóżka dla dziewczynek, by nie musiały spać na zarwanych.

- Potrzebna jest nowa podłoga, jakiś dodatkowy grzejnik, drzwi wejściowe są w opłakanym stanie – mówi pani Kasia. – Więc nadal piszę listy i wierzę, że znajdą się firmy i ludzie gotowi pomóc. Nas na to nie stać, mamy do dyspozycji niecałe tysiąc osiemset złotych na miesiąc. Mąż jest bezrobotny, pracuje dorywczo. Daje mi dziewięćset złotych na dzieci. Reszta pieniędzy to zasiłki dla mnie i dla dzieci.
W prowadzeniu gospodarstwa domowego pani Kasi pomaga opiekunka OPS-u, która przychodzi do niej na dwie godziny dziennie. Rodzina jest pod nadzorem kuratora, opiekuna społecznego i asystenta rodziny.

– Beata jest nieoceniona - mówi pani Kasia. – Pomaga mi dostać się do łazienki, a w tym czasie ogarnia cały dom. Jest w stanie przebrać mi pościel, oprzątnąć pokoje, a jeszcze znajdzie kilka minut na rehabilitację.



Potrzebna mi motywacja

Katarzyna Czajkowska rehabilituje się sama. Ćwiczy palce u rąk, w których są mocne przykurcze. Stara się też „rozruszać” nogi.

- Początkowo karetką jeździłam do szpitala do Olesna na rehabilitację – opowiada kobieta. – To była cała wyprawa, a efekty mierne, więc zrezygnowałam. Kazano mi podnosić ręce do góry i opuszczać do dołu, a ja to potrafię. Jak ktoś mnie wsadzi na wózek, to jestem w stanie powiesić pranie i zamieść miotłą podłogę.

Pani Kasia potrzebuje rehabilitacji fachowej. Sprzęt do takiej w domu nawet ma.

- W Piekarach i Reptach wyprawiano ze mną cuda, mój stan poprawiał się – opowiada kobieta. – Miałam wtedy ogromną motywację, teraz mi jej brakuje. Odpuszczam ćwiczenia. Może przez to, że nie mam obok siebie osoby, która powiedziałaby: „Kaśka nie użalaj się nad sobą, weź się w garść, ćwiczymy”.



Nie przestanę kochać koni

Marzenie pani Kasi? Zupełnie nierealne – jak za dawnych lat pogalopować na koniu. Przed siebie, dalej od problemów.   

- Nigdy nie przestałam i nie przestanę kochać koni – mówi kobieta. – Brakuje mi ich na każdym kroku. Brakuje mi stajni, tego zapachu. Konie są cały czas w mojej głowie i sercu.

Są też w sercu najstarszej z trojga rodzeństwa dwunastoletniej Hani, która co dzień, czasem co godzinę powtarza jak mantrę: „Chcę nauczyć się jeździć konno”.

- Hania pewnie z moim mlekiem wyssała miłość do tych zwierząt – wyjaśnia pani Kasia. – Nie mam nic przeciwko temu, by uczyła się jazdy konnej. Ba, jestem w stanie nawet z wózka poprowadzić jej pierwszą lekcję. To byłaby dla mnie niesamowita frajda.

Jednego konia – Pasję państwo Czajkowscy zostawili. Jest w Zabrzu, w dzierżawie.

- Córka wciąż powtarza mi: „Mamo jak to jest, że mam swojego konia, a nawet nie mogę się do niego przytulić”.

 


 

Chcieliśmy zrobić Hani niespodziankę i o ufundowanie kilku lekcji jazdy konnej zwróciliśmy się do Dominiki Maliszewskiej, która prowadzi Ośrodek Hipoterapii i Rekreacji Konnej „Godziemba” w Ligocie Zameckiej pod Kluczborkiem. Odpowiedź była natychmiastowa.

- Oczywiście, że się zgadzam! – napisała w mailu pani Dominika.  - Niech Hania przyjeżdża jak najszybciej, Łaciaty czeka. Poprowadzę lekcje najlepiej jak potrafię. Jeśli pani Kasia również miałaby ochotę i możliwość przyjechać to zapewniam ciepłe pomieszczenie z miękką kanapą, ciepłym kocem, herbatę i dużo czasu, który mogłaby spędzić razem z końmi. Wrota naszej stajni są dla nich otwarte.


Firmy, osoby, które w jakikolwiek sposób chciałaby pomóc rodzinie państwa Czajkowskich proszeni są o kontakt z autorką tekstu pod numerem 605 589 996.

Artykuł wyświetlono 2839 razy
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz
Mapa
Informacje o gazecie
Nazwa
Kulisy powiatu Kluczbork-Olesno
Wydawca
Centrum Kolisko
Rok założenia
2003
Zasięg
Powiaty: kluczborski i oleski
Nakład
5500

Jedynka gazety
Small
Najczęściej czytane
Częstochowską prostytutkę „Kobrę” znają wszyscy, a szczególnie...
Szok! Funkcjonariusze z kutnowskiej komendy w biały dzień mieli w...
Zaledwie 22-letni podróżnik wraz ze swymi dwoma towarzyszami marzył...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Najczęściej komentowane
Trzy lata temu „Tygodnik Podhalański” opublikował fragmenty rozmowy...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Rada Wydawców Stowarzyszenia Gazet Lokalnych oświadcza, iż nie jest...
Pilska telewizja ujawniła niewygodne dla sędziego Mariusza Sygreli...
Prokuratura i policja bada przyczyny niedzielnej tragedii, do...
Najwyżej oceniane
Organizations "Alternative Media" and "Association of Local...
Od kilku dni na trasie budowy wschodniej obwodnicy Mogilna,...
Do wągrowieckiej fary znów zawitali archeolodzy, a ich kolejne...
Uwaga!   Konkurs  SGL LOCAL PRESS 2010 w kategorii Samorząd...
Mogileńskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej prowadzi na...