Blues Menu w Kazachstanie
Luźno rzucone projekty, niezobowiązujące propozycje, wymiana maili i nagle słowo stało się .... faktem. Lecimy z koncertami do Kazachstanu zaproszeni do udziału w obchodach "DNI KULTURY GRUPY WYSZEHRADZKIEJ" ASTANA -KARAGANDA, 7-12 CZERWCA 2011.
Lot do Astany
Po drodze przesiadkowy Kijów. Mamy kilka godzin oczekiwania na następny samolot. Wynajmujemy więc busa i jedziemy zwiedzać ukraińską trzymilionową stolicę. Wszyscy jednogłośnie chcemy udać się na słynny plac - Majdan, tam gdzie rozpoczęła się Pomarańczowa Rewolucja. Po drodze do centrum miasta kierowca Sasza pokazuje nam różne ciekawe miejsca, m.in. Ławrę Pieczerską , która jest obecnie siedzibą Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego. Na koniec tego ekspresowego rajdu po Kijowie miejscowe pyszne piwko i przed nami nocny lot do Astany, stolicy Kazachstanu. Nad ranem na stołecznym kazachskim lotnisku witają nas przedstawiciele polskiej ambasady w tym mieście. Dwoma jeepami udajemy się do miejsca naszego zakwaterowania , super luksusowego mieszkania na 11-tym piętrze wieżowca. Po drodze podziwiamy niezwykłą architekturę bajkowego, nowoczesnego miasta, jego wschodni przepych, wielopasmowe ulice z "wypasionymi brykami", zadbane kwieciste klomby, no i urodę pięknych kazachskich, skośnookich dziewczyn. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, oszałamiające, a nastawialiśmy się psychicznie na zderzenie z cywilizacyjnym zacofaniem, bałaganem, z biedą. Miłe rozczarowanie. Jest wtorek 7 czerwca, po krótkiej aklimatyzacji połączonej z obiadem smakowita baranina i degustacją miejscowego browaru udajemy się na uroczystość otwarcia wzmiankowanych wyżej Dni Kultury Grupy Wyszehradzkiej.
Powitanie
Oficjałka odbyła się w Kazachskim Narodowym Uniwersytecie Sztuk w sali organowej. Każdy z ambasadorów państw należącej do tej grupy Polska, Węgry, Słowacja, Czechy/ wygłosił krótkie przemówionko, a potem muzyczna część artystyczna. Na początek zagrała czeska, a właściwie morawska grupa folklorystyczna , kwintet "Pozdni sber". Ludowa muzyka Moraw podana na pięć męskich głosów, na troje skrzypiec, basetlę i cymbały zabrzmiała bardzo oryginalnie. Muzycy nie potrzebowali mikrofonów i wzmacniaczy, zagrali i zaśpiewali akustycznie będąc całkiem dobrze słyszani w pokaźnej sali. Po nich wyszła na scenę słowacka , wieloosobowa orkiestra "Gypsy Devils" Cygańskie Diabły, która zafundowała zebranym ogniste cygańskie rytmy z nieśmiertelnymi czardaszami. Wielki aplauz wzbudził jeden niesamowity "diabelski" muzyk, potężnej postury Rom, cymbalista Ernest Sarkozi, którego solówki na tym rzadko spotykanym instrumencie wywoływały niekłamany podziw. Sam osobiście dziękowałem mu za "dźwięki". Po prostu: maestro ! Po występach artystycznych pora na bankiet ! Niezmordowana czeska kapela przeniosła się do uniwersyteckiego foyer i dalej umilała zaproszonym gościom czas wypełniony rozmowami, spożywaniem wielce atrakcyjnych potraw kuchni 4-ech zaprzyjaźnionych państw i ich narodowych napitków prym wiodło zimne czeskie piwo. Poznałem na bankiecie niezwykle sympatyczną Kasię Ostrowską, prezeską Młodzieżowego Stowarzyszenia "Orszak Polonijny". Jak wszędzie za granicą tak i tu nasza polonia jest niestety rozbita na dwa obozy. Smutne podobnie było w Niemczech gdzie mieszkałem 9 lat, tam zwalczały się dwie organizacje: "Orzeł Biały" i "Rodło".
Różne liczby obrazują ilość naszych rodaków w Kazachstanie, jedni mówią o 80 tyś. Polonusów, inni o 140 tyś. większość mieszka na dalekiej prowincji. Rozmowy toczyły się do późnej nocy - niezwykle interesujące tematy, ciekawi ludzie, chłonni opowieści o Polsce miejscowi działacze polonijni. Większość upominków, które dostaliśmy od trzebnickiego starostwa foldery, koszulki, czapki, T-shirty, płócienne torby trafiło podczas bankietu w dobre, bo spragnione okruchów Polski , ręce. Dorzuciliśmy oczywiście do tych prezentów nasze płyty CD.
Następnego dnia środa, 8 czerwca jedziemy razem jednym autokarem z muzykami słowackimi i czeskimi Węgry skupiły się na pokazach filmowych, stąd brak madziarskiej kapeli do Karagandy, starego, górniczego miasta. Monotonna, długa prowadzi przez step, bezkresne połacie ziemi z ledwo widocznym widnokręgiem, porośnięte kępkami ostrej trawy wyrosłej nieśmiało spod drobnych kamyczków. Cały czas filmujemy tę dziką przyrodę, robimy zdjęcia, a w przerwach nawiązujemy polsko - czesko - słowackie znajomości przy morawskiej śliwowicy. Przed wjazdem do Karagandy wita nas delegacja Kazachskiego Ministerstwa Kultury. Trzy śliczne, barwnie ubrane na ludowo dziewczyny podchodzą do nas z tacami pełnymi miejscowych przysmaków, dominują malutkie pączusie maczane w gęstej śmietanie i inne słodkości przypominające w smaku chałwę. Po sesji zdjęciowej z trzema pięknościami udajemy się na wykwintny obiad, a potem na techniczne próby przed wieczornym koncertem. Gramy w Rosyjskim Teatrze Dramatycznym jako pierwsi. Biorąc pod uwagę , że jesteśmy w Kazachstanie pod szyldem: "Polski blues", repertuar mamy złożony z utworów Tadeusz Nalepy i swoich własnych. Bluesowe dźwięki wywołują żywą reakcję widzów, bisujemy. Po nas Czesi, Cyganie i obowiązkowy bankiet. W Karagandzie podczas naszego koncertu bierze początek polsko-kazachska platoniczna miłość: nasz harmonijkarz zakochuje się od pierwszego wejrzenia w atrakcyjnej blondyneczce Sofiji , scenicznej operatorce świateł z tego co wiem love story trwa w najlepsze podtrzymywane mailami. Późną nocą wracamy do Astany. Spać!
Przed nami pracowity czwartek 9 czerwca. W samo południe meldujemy się w Kazachskim Narodowym Uniwersytecie Sztuk. Ta majestatyczna, okrągła, niebiesko oszklona budowla z charakterystyczną dziurą w środku nazywana jest żartobliwie przez studentów - nocnikiem. Prowadzimy tu warsztaty muzyczne. Najpierw dajemy krótki koncert, a potem bratamy się z wykładowcami i studentami na wspólnym jam session i rozmowach o naszej muzyce, o bluesie. Młodzi chłopcy, którzy wskoczyli ze swoimi gitarami na scenę podczas naszego występu zaskoczyli nas niezłą grą, całkiem udanie improwizowali. Podobnie zagrali inni studenci; jazzowy saksofonista i perkusista. Jeden z gitarzystów o nazwisku Mazur był potomkiem Polaków zesłanych przez Stalina do Kazachstanu. Niestety po polsku wstydził się mówić, gdyż uważał, że za bardzo kaleczy ojczysty język. Za to jego trzy siostry mieszkają i studiują już w Polsce. Tymczasem nasz harmonijkarz Łukasz Rumpel zamienia się w wykładowcę. Opowiada studentom o historii i roli harmonijki ustnej w bluesie. Pięknie zaczyna: "Nigdy bym się nie spodziewał, że tak mały instrument zaprowadzi mnie tak daleko, do uroczego Kazachstanu". Swój wykład Łukasz ilustrował oczywiście odpowiednimi przykładami muzycznymi wywołując wśród zebranych niekłamane zainteresowanie i gromkie brawa. Wieczorem w ekskluzywnej sali koncertowej tegoż uniwersytetu "Shabyt" taka ichnia kongresowa dajemy entuzjastycznie przyjęty koncert.
Szmaciane wielbłądy na bazarze
Piątek 10 czerwca mamy cały do naszej dyspozycji. W tym dniu pauzujemy. Od rana niezmordowany, przesympatyczny radca ambasady, Paweł Jessa od samego początku dobry anioł stróż/nasz przewodnik po Kazachstanie, odkrywa przed nami Astanę. Zaczynamy od wieży widokowej, smukłej budowli zakończonej wyniesioną złotą kulą. Na samym szczycie każdy może przyłożyć dłoń do odlewu dłoni prezydenta Nazarbajewa i pomyśleć jakieś życzenie, które z pewnością ten "miękki despota" określenie jednego z dyplomatów spełni. W Kazachstanie panuje właśnie taka miękka dyktatura, nie ma przejaskrawionego kultu jednostki w całym kraju jest tylko jeden pomnik poświęcony przywódcy. Opozycji praktycznie nie ma, bo jest przekupiona stanowiskami i pieniędzmi. Wszechobecna korupcja odczuwalna jest już od pierwszego kontaktu z policjantem-krawężnikiem czuwającym na każdym skrzyżowaniu. W centrum stolicy podziwiamy z daleka pałac prezydencki, zwiedzamy muzeum narodowe im. jakżeby inaczej Nazarbajewa. Nas jednak kusi astański bazar. Udajemy się tam z wielką ciekawością. Kupujemy tu słynne tradycyjne, okrągłe kazachskie czapeczki i pamiątki najczęściej wybieraliśmy szmaciane wielbłądziki.Kolorowy tłum, egzotyczne owoce i warzywa, kazachska cepelia, a nade wszystko zalew wszechobecnej chińszczyzny.
Tylko jedzonko na szczęście miejscowe, wspaniałe pierożki z ciasta francuskiego z różnymi nadzieniami , my wybieraliśmy z rewelacyjnie przyrządzoną baraninę. Kolejna turystyczna atrakcja , która nas czeka - wyjazd w step. Dwoma jeepami wjeżdżamy głęboko w bezbrzeżny ocean szorstkowłosej trawy . Po wygaśnięciu silników samochodów zdumiewa nas metafizyczna cisza, patrzymy w dal, brak jakichkolwiek oznak cywilizacji, nic - tylko przestrzeń bez końca, czujemy się jednym z drobnych kamyczków wychłostanych stepowym wiatrem, zapatrzonych w przenikliwy błękit nieba. Ten naziemny kosmos zachwyca surowością, dzikością krajobrazu i przeraża jednocześnie swoją bezgranicznie wolną przestrzenią. Wieczorem wracamy do pędzących samochodów, do kolorowych reklam, do wielkomiejskiego sznytu, do Astany.
W sobotę, w ostatni dzień pobytu, przed południem pożegnalne spacery po mieście, wydawanie pozostałych w kieszeniach tengów na błahostki, na różne "przydasie", pstrykanie "rozstaniowych" fotek.
W Guns&Roses
Wieczorem bankiet w rezydencji polskiego ambasadora kończący tydzień spotkań z kulturą polską, słowacką, węgierską i czeską. Pożegnalna wymiana kontaktów, adresów , telefonów, wizytówek. Wszystko w atmosferze serdeczności i życzliwości uzupełnianej dobrym drinkiem czy piwkiem i super przyrządzonym jedzonkiem podawanym przez sprawną skośnooką obsługę. Sympatyczną rozmowę przeprowadzam z księdzem Polakiem, przedstawicielem Nuncjatury Papieskiej w Kazachstanie. Dowiedziałem się od niego wiele ciekawostek o życiu katolików w tym ogromnym kraju. M.in. o przyjaznym traktowaniu przez Kazachów innych wyznań, o pełnej tolerancji religijnej wobec innych narodowości a jest ich około 140! Z bankietu wycofujemy się po angielsku, bo o 22ej gramy w jedynym muzycznym klubie w Astanie, w lokalu "GUNS & ROSES". O d pierwszych naszych dźwięków cały parkiet wypełniony tańczącymi Kazachami, Uzbekami, Rosjanami. Tańczą jak szaleni, każdy po swojemu. Staramy się więc grać energetycznie widząc co się dzieje pod sceną. Z czasem do tańczących dołącza korpus dyplomatyczny z bankietu i przyjemnie się patrzy jak ambasadorowie, konsule i inni dyplomaci z wiodącą "grupą wyszehradzką" wywijają bluesowe hołubce. Rozszerzamy nasz repertuar o amerykańskie standardy, a w finale śpiewamy "Sweet Home Astana" wzbudzając wielką radość tubylców. Z klubu wychodzimy po pożegnalnych piwkach po 2 ej. Nie kładziemy się już spać.
W niedzielę o 5 rano wyjeżdżamy na lotnisko. W samolocie pierwsze na gorąco podsumowanie naszej wyprawy: przez pięć dni zagraliśmy 4 koncerty, udzieliliśmy 4 wywiadów w tym jeden dla astańskiej telewizji, poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, zawiązaliśmy przyjaźnie kazachsko-czesko-słowacko-polskie, przeżyliśmy mnóstwo niezapomnianych wrażeń częściowo uchwyconych aparatem fotograficznym i kamerą, zapoznaliśmy się z wyśmienitą narodową kuchnią, doznaliśmy wzruszających przejawów niezwyklej gościnności i serdeczności mieszkańców tego rozległego kraju w tym oczywiście naszej drogiej Polonii oraz najważniejsze - nasza wyprawa była wydarzeniem pionierskim, historycznym: byliśmy pierwszą kapelą bluesową, która zagrała w Kazachstanie ! Wracamy do Polski, pod nami niezmierzony step. Ech, chętnie wróciłoby się tu z powrotem ! Podczas pożegnania na astańskim lotnisku z ust przedstawiciela polskiej ambasady padło luźno rzucone pytanie : a może by tak teraz Kirgistan?! Męski sekstet BLUES MENU dumnie reprezentujący powiat trzebnicki odpowiedział zgodnie cyrylicą: dawaj, pajechali !
Zaloguj się lub Zarejestruj aby dodać komentarz.



