Pobierz widget
Sprawa może być ścigana przez prokuraturę

BARCIN - Ksiądz pomylił pożyczkę z ofiarą

Karol Gapiński, 13 październik 2011, 08:42
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Wikariusz barcińskiej parafii św. Jakuba pożyczył 30.000 zł od jednej z wiernych. Pieniędzy tych nie oddał, choć biskupowi w Gnieźnie podczas rozmowy dyscyplinującej obiecał co innego. Podpisał też zobowiązanie wobec swej wierzycielki, że pieniądze odda do końca miesiąca, ale minęło już tych miesięcy kilkanaście, a starsza pani wciąż nie może się doczekać zwrotu długu. Mimo że w maju br. zapadł wyrok nakazowy sądu cywilnego, aby wikariusz pieniądze prawie 90-letniej parafiance oddał, nadal tego nie uczynił.
BARCIN - Ksiądz pomylił pożyczkę z ofiarą

fot. Karol Gapiński

Księdza nie zmobilizował nawet wyrok nakazowy sądu w tej sprawie ani upomnienie kanoniczne od biskupa nałożone również dlatego, że wikariusz z Barcina podważał autorytet swego obecnego i poprzedniego proboszcza oraz samego księdza biskupa i całego Kościoła. Teraz grozi wikaremu kara suspensy, a nie wykluczone, że poszkodowana zleci adwokatowi złożenie doniesienia w prokuraturze w sprawie przestępstwa wyłudzenia. Zwłaszcza, że mogą być też inni poszkodowani działalnością księdza z Barcina. Wówczas ksiądz może być ścigany z oskarżenia publicznego.

Kara suspensy to zakaz sprawowania czynności służebnych księdza. To oznaczałoby brak źródła dochodów, czyli brak możliwości ewentualnej egzekucji komorniczej na poczet dokonanych wyłudzeń. Czyli w rzeczywistości mogłaby to być kara, która bardziej niż w księdza uderzyłaby w jego wierzycieli. Tak przynajmniej uważa ksiądz Zbigniew Przybylski, rzecznik prasowy Kurii Metropolitalnej w Gnieźnie.

 

Kapłan wkrada sie w łaski

Cała historia zaczęła się ponad 2 lata temu. Ksiądz Grzegorz G.posługę wikariusza w parafii pw. św. Jakuba w Barcinie rozpoczął w sierpniu 2009 r. Od razu też zaczął zabiegać różnymi sposobami o sympatię i zaufanie zwłaszcza starszych parafian. Robić to miał m.in. organizując spotkania towarzyskie, np. pikniki z grillem. Przede wszystkim jednak starał się wytypować w gronie parafian osoby odczuwające na co dzień samotność i takie, które kontakty z najbliższymi mają nieregularne. Ksiądz wikariusz starał się wypełnić w ich życiu pustkę towarzyską. Na pierwszy rzut oka mogło to się wydawać z korzyścią dla tych samotnych, starszych, czasami schorowanych osób. Jedną z nich była Maria Janina Pankowska-Chirek, mieszkanka starego miasta, pani obecnie dobiegająca 90 roku życia. W Barcinie mieszka sama, choć często przebywa u niej przez dłuższe okresy wnuk, a odwiedza ją też co kilka dni syn Andrzej Chirek mieszkający w Inowrocławiu.

Andrzej Chirek dopiero dzisiaj sobie uświadamia, że ksiądz wikariusz starał się tak przychodzić i kontaktować się ze starszą panią, żeby nie widział tego jej wnuk, który u babci czasami mieszka w osobnym pokoju. Dzięki temu babcia spędzała dużo czasu z księdzem bez obecności innych osób.

Początkowo zresztą i sam Andrzej Chirek był w dobrych relacjach z księdzem Grzegorzem G. - Robiłem mu pewne uprzejmości, bo prosił, błagał, narzekał na swój los i nakłaniał, żebym mu pomógł. Chodziło o drobne sprawy. Raz np. odwoziłem go z Torunia, bo był tam wykupić z lombardu jakieś skrzypce i książki. No cóż. Przyznaję, że już wtedy powinno mnie zastanowić to, że ksiądz ma takie problemy, że jakieś rzeczy musi zastawiać w lombardzie. Ale to nie był jedyny tego typu przypadek. Nie jeden raz ksiądz Grzegorz narzekał, jaki to on jest biedny i nie może nawet kontaktować się ze światem, bo nie ma telefonu komórkowego. Nie stać go, a ksiądz proboszcz nie chce mu kupić. Z litości podarowałem mu jakąś „nokię”. Po prostu uległem, bo ksiądz Grzegorz wytwarza w rozmowach taką presję psychologiczną, która powoduje, że w którymś momencie rozmówca pęka i spełnia jego oczekiwanie - opowiada Andrzej Chirek.

W tamtym czasie ksiądz Grzegorz G. próbował też wkraść się w łaski wtedy 85-letniej mieszkanki Barcina, która w rozmowie z nami prosiła o zachowanie anonimowości. Dodajmy, że jest to pani, która z parafią św. Jakuba w Barcinie jest związana około 70 lat. Tylko w jej dzieciństwie nie były to związki bliskie, bo jako mieszkanka Krotoszyna przed II wojną światową należała do parafii w Szczepanowie (gm. Dąbrowa). Nasza rozmówczyni w minionych latach była m.in. w radzie parafialnej św. Jakuba oraz działała w Stowarzyszeniu Wspierania Powołań Kapłańskich. - Przez te wszystkie lata współpracowałam jako aktywna parafianka z bardzo wieloma księżmi. Zmieniali się proboszczowie, a wikarych było pewnie nawet kilkudziesięciu. Z kimś takim jednak, jak ksiądz Grzegorz, jeszcze się nie spotkałam. Teraz, jak słyszę od pana, co on zrobił wobec pani Chirkowej, to aż mi się słabo robi. Mnie też próbował ten ksiądz omotać. Zaczął mnie odwiedzać w domu. Przychodził na kawę, na śniadanie. Często mnie to denerwowało, bo niemal z łóżka mnie wyciągał przez te ranne wizyty. Rozmowy prowadził czasami dziwne. Proponował mi różne przedsięwzięcia, ale z tego, co mówił, domyślałam się, że to jakieś ciemne sprawy. Choć jestem wierząca i dotąd miałam zaufanie do księży, bo napotykałam zawsze na dobrych kapłanów, tak jestem jednocześnie osobą czujną i racjonalną, o ścisłym umyśle.

Niełatwo wcisnąć mi bajki, żebym dała się wciągnąć w coś podejrzanego. Na początku ksiądz mnie prosił o pożyczki w kwotach po 100, czy 150 zł. Prosił, mówił, że potrzebuje na jakieś części do samochodu itp. Dwa, albo trzy razy się zgodziłam, choć normalnie nie pożyczam pieniędzy, ani też sama się nigdy nie zapożyczałam. Po prostu staram się bilansować mój domowy budżet i żyć skromnie. W każdym razie na szczęście ksiądz oddał mi później wszystkie kwoty, choć widziałam, że robi to z coraz większym bólem na twarzy. Ostatecznie przekonałam się, że nie warto utrzymywać żadnych kontaktów z tym księdzem w momencie, gdy raz będąc u mnie wyciągnął z kieszeni 50 zł i powiedział, że dał mu je pewien parafianin na intencje mszalną. Takie rzeczy załatwia ksiądz proboszcz. Dlatego wikary powinien był pójść do proboszcza i wpłacić na mszę w intencji. Zdziwiło mnie, że mam być pośrednikiem, przecież wikary z proboszczem mieszkali wtedy w jednym domu. Ostatecznie zgodziłam się i przyniosłam 20 zł reszty od proboszcza, bo zamówienie mszy kosztowało 30 zł. Ksiądz Grzegorz schował 20 zł, myślałam, że resztę odda zamawiającej mszę. On zaś powiedział takim jakimś nieprzyjemnie radosnym tonem: „No to zarobiliśmy 20 zł”. Poczułam się źle, jakby mnie wciągnął w jakiś swój podejrzany proceder. Już nie chciałam, żeby do mnie przychodził. Wolałam, żeby mnie zostawił w spokoju - mówi dzisiaj 87-letnia barcinianka.

Nadeszło lato 2010 r. Andrzej Chirek, gdy odwiedzał swą mamę, widział, że jest ona w złym nastroju. To się pogłębiało. Nie chciała wytłumaczyć, co jest powodem jej przygnębienia. Zaniepokojony samopoczuciem mamy Andrzej Chirek wreszcie uzyskał jej pierwsze wyznanie. W kolejnych dniach poznawał kolejne szczegóły zażyłości, w jakiej od roku byli jego matka i ksiądz wikariusz. 3 sierpnia 2010 r.Andrzej Chirek wiedział już wystarczająco wiele, aby napisać skargę i złożyć ją na ręce księdza kanclerza w Kurii Metropolitalnej w Gnieźnie.

 

Ręce, które leczą i słowa, które godza w imię kościoła

Odbiorca listu ksiądz kanclerz kurii Krzysztof Wętkowski przeczytał takie słowa:

Skarga na wyłudzenie i prośba o interwencję moralną, etyczną w spawie niegodnego kapłana zachowania wikariusza i wykorzystania autorytetu księdza (...)

(...) Na przełomie sierpnia i września (2009 r. - przypis - kg). Ksiądz Grzegorz (tu pada nazwisko księdza G.) czyniąc posługi kapłańskie zapoznał moją głęboko wierząca, ofiarną i ufną księżom bezgranicznie samotną, schorowaną i niedowidzącą 89-letnią Mamę Marię Chirek zamieszkałą w Barcinie (...)

(...) potem wizyty Księdza Grzegorza stawały się coraz częstsze, przerodziły się w wizyty towarzysko-konsumpcyjne, czyli goszczony był przez Mamę i częstowany posiłkami nawet kilkakrotnie tygodniowo, a i czasami codziennie, także w święta i niedziele, i tak trwało do lipca 2010 roku. Zyskał całkowite zaufanie mamy nazywając się też człowiekiem o wielkich właściwościach radiestezyjnych i leczniczych, a także oferował swą pomoc mamie, a później i mnie, w naszych problemach rodzinnych. Także naszej sąsiadce (tu pada nazwisko pani, która woli pozostać anonimowa, choć nie dała się oszukać - przypis kg) chorej na raka oferował swoją pomoc kapłańską i radiestezyjną, obiecywał, że jego moce pomogą jej wyzdrowieć! Jednak poznała się na nim, że w podtekście pomocy widzi korzyści finansowe dla siebie. Również mej mamie, jak i mnie, obiecywał swoim oddziaływaniem poprawić zdrowie i dodać dobrej energii. Jednak żądał zachowania tej wiedzy o nim w głębokiej tajemnicy, bo nie wypada leczyć księdzu. W czasie tych wizyt i spotkań z mamą moją i ze mną opowiadał bardzo wiele negatywnych rzeczy o Księdzu proboszczu Edmundzie Napierale krytykując jego funkcjonowanie jako proboszcza, jak i człowieka, a także jego styl życia, między innymi to, iż za łapówkę daną w Kurii Biskupiej otrzymał urząd proboszcza w Barcinie, a z poprzedniej parafii w Wylatowie czy Wydartowie (w rzeczywistości w Wylatowie - przypis kg) go parafianie jakoby wyrzucili!!! To spowodowało utratę zaufania mamy, jak i mego również, i braku chęci mej i  mamy do kontaktów z księdzem Napierałą. To samo opowiadał (ksiądz Grzegorz G. - przypis kg) wspomnianej wyżej sąsiadce, która była w szoku jego zachowaniem i mi powiedziała, jak można jej jako nie znanej księdzu osobie opowiadać takie złe rzeczy o swym Proboszczu. „Nie robi się kupy we własne gniazdo!” Także zapytany przeze mnie o swą poprzednią Parafię i Proboszcza z Nowej Wsi Wielkiej jeszcze gorsze rzeczy o nim opowiadał, że tamten proboszcz jest w zmowie z władzami lokalnymi, stanowią układ i go tam zniszczyli. O sobie i swych mocach mówił mi, że wszyscy źli ludzie się go boją i przed nim uciekają, a on przyciąga tylko do siebie dobrych. Takimi opowieściami o swojej dobroci karmił także moją mamę! Odgrywał rolę dobrego człowieka skrzywdzonego przez wszystkich, łącznie z krzywdzącą go Kurią Biskupią, która nie daje mu probostwa, a nie stać go na danie łapówki dla Biskupa, aby takowe otrzymać. To mi dało dużo do myślenia! Mówiłem po czasie Mamie, że ksiądz ten wydaje się podejrzany i dziwnie się zachowuje, jednak mama, omotana przez niego nie dała sobie nic na niego powiedzieć (...)

 

Skrzywdzony kapłan jako wypełniacz samotności

Pomimo pewnych słów wypowiadanych przez księdza wikariusza, które mogły poddawać w wątpliwość jego czyste intencje, starsza pani nadal w pełni mu ufała. Oto, jak dalej relacjonował tę historie księdzu kanclerzowi Andrzej Chirek:
(...) Była jego podejściem do niej, jego pomocą nawet w pracach w ogrodzie wraz z ministrantami zachwycona. W pełni wszedł w jej deficyty samotności i zyskał sobie autorytet i pełne zaufanie wspaniałego, ascetycznego, skrzywdzonego i biednego kapłana! Zaczął w lecie opowiadać mamie o swoich ogromnych kłopotach finansowych, że ma sprawę w sądzie, którą wygra i odzyska pieniądze, ale teraz ich bardzo potrzebuje. Teraz, i szybko odda! Jest w takiej rozpaczy i tragedii, że nie może sypiać po nocach, dając do zrozumienia mamie, że może targnąć się na swoje życie, bo potrzebuje pożyczyć 35 tysięcy złotych, które go uratują. Mama bardzo się tym przejęła i pożyczyła, a 5 tysięcy z tej kwoty dała mu w prezencie z naiwności swojej!! Bo w tym roku, bodajże lipcu, obchodził 20 lecie kapłaństwa i dawał też do zrozumienia, że i z tego powodu by mu się coś należało! Mama skrywała to przede mną - wyczułem - jakby na jego prośbę. Powiedziała mi dopiero o tym na koniec lipca. I z wielkim przejęciem i dumą wypowiedziała słowa: „No przecież pożyczyłam Kapłanowi w wielkiej potrzebie i dlatego jestem dumna, że mogłam mu pomóc pożyczając te pieniądze, bo przecież należy Kapłanowi ufać, tym bardziej, że napisał mi pokwitowanie na kwotę 25 tysięcy złotych”. Tylko okazało się, że pieniądze otrzymał wcześniej, a o pokwitowanie mama musiała czterokrotnie prosić i napisał jej od niechcenia (ksero pokwitowania w załączeniu, a oryginał jest u mnie), mamie jedynie przyrzekł, że odda pieniądze w końcu lipca lub na początku sierpnia! Jak to usłyszałem od mamy w czwartek, natychmiast zareagowałem i zacząłem jej tłumaczyć, że zrobiła bardzo źle! Przyznała też, że telefonicznie konsultowała kwestię pożyczki z proboszczem sąsiedniej parafii św. Maksymiliana w Barcinie, (bo do swego nie miała zaufania za przyczyną (tu pada nazwisko księdza G.)). Sąsiedni proboszcz jej odradzał tę pożyczkę i darowiznę, powiedział, że lepiej gdyby przekazała tę kwotę dla biednych dzieci na wakacje czy na inny cel charytatywny.

Jednak stwierdziła i że i tak zrobi po swojemu, no i stało się!

Wczoraj na mą prośbę zadzwoniła do Księdza Grzegorza zapytać o zwrot pożyczki wg. pokwitowania, to nie otrzymała odpowiedzi - nie podał terminu zwrotu. Tyko stwierdził, że w środę, jak wróci z urlopu, to porozmawia z nią. (...)

 (...) Równocześnie i mnie namawiał do ofiary dla niego na msze święte! Ja wczoraj wieczorem odwiedziłem księdza proboszcza Napierałę i opowiedziałem mu całą powyższą historię. Był w szoku, stwierdził, że podobne zdarzenia już miały wielokrotnie miejsce, a on przyjął księdza Grzegorza do siebie jako ostatnią szansę mu daną i myślał że Ksiądz Grzegorz się zmienił i zaprzestał już swego procederu po karnych rekolekcjach!

Karygodna i niedopuszczalna jest postawa księdza Grzegorza, który bazując na wielkim autorytecie kapłana i Kościoła, działając w jego imieniu, czyniąc jego misję, wkrada się w łaski i zdobywa podstępnie zaufanie bezradnej schorowanej 89-letniej staruszki, wyłudzając jej wszystkie wdowie oszczędności, grając na uczuciach ludzkich. Jednocześnie takim podstępnym zachowaniem i plugawymi opowieściami znieważył i podważył autorytet wszystkich księży, proboszcza i Kurii Biskupiej rozpowszechniając takie plotki w parafii, gdzie pracuje.

Proszę o wyciągniecie konsekwencji, przeprowadzenie dochodzenia w tych sprawach i  pisemną odpowiedź o podjętych działaniach.

W razie potrzeby służę swoją osobą w celu dosłuchania lub dokonania konfrontacji.

W nadziei na ukrócenie takiego postępowania i niedopuszczenia tego typu księdza do kontaktów z parafianami i nadużywania ich zaufania.
Andrzej Chirek w imieniu swoim i mojej Mamy.

Ksiądz kanclerz natychmiast powyższe pismo przedstawił księdzu biskupowi pomocniczemu gnieźnieńskiemu Bogdanowi Wojtusiowi. Ten wezwał księdza Grzegorza G. do Gniezna na rozmowę dyscyplinującą.

 

Wywiad w parafiach

Tymczasem Andrzej Chirek chciał się czegoś więcej dowiedzieć o możliwościach wyegzekwowania pożyczonych przez wikariusza pieniędzy, bo zdawał sobie sprawę, że ksiądz biskup może wprawdzie upomnieć, czy w inny sposób ukarać wikariusza, ale to nie oznacza jeszcze, że 30.000 zł zostanie odzyskane.
 Księża wikariusze mają dwa podstawowe źródła czerpania dochodów na swe utrzymanie. Pierwszy z nich to subwencja oświatowa, gdy nauczają religii w szkołach. Jeśli nie, to wówczas ksiądz proboszcz ma obowiązek wypłacać miesięczną dietę na utrzymanie się wikariusza. Jak powiedział ksiądz rzecznik Kurii Metropolitalnej, jest to 600 zł.

- Tylko, że ja chcąc się dowiedzieć, jakie będę miał szanse i na co będzie mógł wejść księdzu Grzegorzowi komornik, jeśliby nie oddawał pieniędzy mojej mamie, zapytywałem o to księdza proboszcza u św. Jakuba. Ten jednak powiedział mi, że na księdzu Grzegorzu G. ciąży już egzekucja komornicza z tytułu jakiś wcześniejszych spraw - mówi Andrzej Chirek.

Dlatego zadzwonił on do księdza proboszcza w Nowej Wsi Wielkiej w dekanacie złotnickim. Dowiedział się, że w czasie, gdy Grzegorz G. był w tej parafii wikariuszem, tamtejszy proboszcz, ksiądz Michał Stolarski pewnego razu udał się na kilkudniowy urlop do Zakopanego, pozostawiając parafię pod opieką księdza Grzegorza G., a gdy wrócił, okazało się, że z kasy parafialnej zginęły pieniądze.

Zapytaliśmy księdza Michała Stolarskiego o sprawę byłego wikariusza oraz o to, co ma ksiądz proboszcz do powiedzenia w sprawie pomówień księdza Grzegorza G. o układy z władzą lokalną. - Ta sprawa jest już zakończona i nie chcę tego komentować, podobnie jak tych pomówień, o których pan mówi. Natomiast jeśli chodzi o wyłudzenia poprzez prywatne pożyczki, to w naszej parafii ksiądz Grzegorz tego nie uczynił. Przynajmniej mi nic nie wiadomo - powiedział proboszcz parafii pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Nowej Wsi Wielkiej.

Jak się dowiedzieliśmy w Kurii Metropolitalnej, od 25 marca 2004 r., czyli od dnia, kiedy ksiądz Grzegorz G. jest kapłanem Archidiecezji Gnieźnieńskiej, nikt nie zwracał się do tejże kurii w celu potwierdzenia wiarygodności księdza G., który prywatnie pożyczał pieniądze.

Andrzej Chirek jakiś czas temu, gdy jeszcze rozmawiał z księdzem Grzegorzem G., zainteresował się tym, że kapłan ma do dyspozycji efektowny samochód. - To był „saab 5000”. W duchu sobie wtedy pomyślałem, że w razie co, to może komornik w sprawie egzekucji długu wobec mojej mamy zajmie ten samochód. Wtedy ksiądz Grzegorz powiedział jednak, że to nie jego samochód, tylko pożyczył od kogoś ze swojej rodziny. Jednak teraz po upływie kilkunastu miesięcy nadal widziałem, że ksiądz Grzegorz jeździ tym samochodem. Więc może jednak jest to mimo wszystko jego auto? - wyraża nadzieję Andrzej Chirek.

 

Ksiądz G. przyznaje się i obiecuje oddać długi

Na początku sierpnia 2010 r. ksiądz Grzegorz G. zaczął zdawać sobie sprawę, że nie da rady dłużej unikać płatności. Andrzej Chirek bowiem zaczął naciskać na spłatę wierzytelności. - No cóż, byłem zszokowany postawą księdza. Dokonał wyłudzenia na szkodę mojej mamy metodą można powiedzieć na Pana Boga.

Inni robią to kosztem starszych osób metodą na tzw. wnuczka, natomiast ksiądz zrobił to - można powiedzieć - właśnie na Pana Boga. Myślę, że to bardzo wyrachowane, co on robi. Mam wiedzę, że ksiądz Grzegorz próbował zapożyczać się także u innych, starszych wiekiem wiernych u św. Jakuba w Barcinie. Swoje ofiary znajdował wśród ponad osiemdziesięcioletnich, schorowanych ludzi, bo po pierwsze, są one z innego pokolenia, które wierzy w kapłana i jego intencje bezkrytycznie, gdyż kapłan jest dla tego pokolenia po prostu fizycznym wcieleniem Boga na ziemi. Po drugie mógł cynicznie liczyć, że najpierw będzie przedłużał oddanie pieniędzy, a może sprawa odpowiednio wcześnie nie wyjdzie na jaw, aż po prostu pożyczkodawca umrze na starość i on już nie będzie musiał się martwić o zwrot pieniędzy. Moim zdaniem, to gorsze nawet od tych oszustw metodą na wnuczka. Natomiast moją mamę omamił naprawdę na dużą kwotę i mama wreszcie udała się z nim osobiście do banku, gdzie miała swe oszczędności i nastąpiło ich przekazanie. Kiedy ksiądz Grzegorz G. zdał sobie sprawę, że nie odpuszczę, że nie ujdzie mu to płazem i wisi już na nim groźba kary ze strony biskupa, to złożył pisemne oświadczenie, że odda pieniądze - opowiada Andrzej Chirek.

W oświadczeniu tym, które zostało podpisane imieniem i nazwiskiem w pełnym brzmieniu Grzegorza G., tenże zobowiązał się:
Oświadczam, iż jestem winien Pani Marii Janinie Pankowskiej-Chirek zam. Barcin (tutaj dokładny adres) kwotę trzydzieści tysięcy złotych (30 tys). Wymienioną kwotę pożyczyłem w miesiącu kwietniu 2010 r. Zobowiązuję się do końca sierpnia tj. 31.08.2010 zwrócić w gotówce w całości, czyli 30 tys złotych.

Syn poszkodowanej oświadczenie to złożone 4 sierpnia 2010 r. przefaksował do Kurii Metropolitalnej. Dodatkowo napisał do księdza kanclerza, że nadal oczekuje na podjęcie odpowiednich działań ze strony kurii i wyciągnięcia konsekwencji wobec działań księdza G.

Ksiądz proboszcz Edmund Napierała powiedział: - Nie będę się odnosił do tych pomówień, o których pan wspomina. To istnieje już 2 lata. Proszę się zwracać do kurii i księdza rzecznika prasowego.

 

Upomnienie kanonicze

Barciński wikariusz stanął wreszcie na dywaniku u księdza biskupa. 25 sierpnia 2010 r. do Andrzeja Chirka kanclerz kurii, ksiądz Krzysztof Wętkowski wysłał pismo ze stanowiskiem kurii i biskupa Bogdana Wojtusia:

(...) W związku z Pana skargą ksiądz (tu pada nazwisko wikariusza z Barcina) został wezwany na rozmowę do Księdza Biskupa Bogdana Wojtusia. W trakcie tej rozmowy przyznał się do pożyczenia pieniędzy od Pańskiej matki i zobowiązał się do ich niezwłocznego oddania. Ksiądz Biskup w stanowczych słowach zwrócił uwagę Księdzu (...), że swoim zachowaniem i postępowaniem podważa wiarygodność kapłanów i szkodzi Kościołowi. Ksiądz (...) otrzymał upomnienie kanoniczne, które - w przypadku powtórzenia się podobnej sytuacji - będzie skutkowało sankcjami karnymi, zgodnie z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego.
Jednocześnie wyrażam szczere ubolewanie, że w wyniku postępowania Księdza (...) spotkała Pana Matkę i pana osobiście taka przykrość ze strony kapłana naszej Archidiecezji.

Wyjaśnijmy, kiedy i dlaczego w karnym prawie kanonicznym nakłada się karę upomnienia. Jak podkreśla ksiądz Zbigniew Przybylski, rzecznik kurii, przede wszystkim prawo kanoniczne dotyczy wykroczeń, uchybień, błędów ludzi Kościoła w zakresie moralności. I dlatego kary i sankcje w prawie kanonicznym są za postępki niezgodne z chrześcijańską etyką i nie wiążą się bezpośrednio z sankcjami wynikającymi z innych kodeksów - świeckich, jak np. kodeks karny.

Według kodeksu kanonicznego kan.1339 paragraf 1: Tego, kto znajduje się w bardzo bliskiej okazji popełnienia przestępstwa lub na kogo w wyniku przeprowadzonego dochodzenia pada poważne podejrzenie popełnienia przestępstwa, ordynariusz może osobiście lub przez innego upomnieć. I taką właśnie karę ekspiacyjną nałożył na księdza Grzegorza G. biskup Bogdan Wojtuś. Według kodeksu prawa kanonicznego ordynariusz mógł też, ale nie musiał, nałożyć na upomnianego wikariusza pokutę w postaci wykonaniu jakiegoś aktu religijności, pobożności, czy miłości. W tym przypadku o tym, czy była zastosowana pokuta ksiądz kanclerz nie poinformował. Obowiązkiem księdza Grzegorza G. było natomiast według oczekiwań ordynariusza zwrócić pieniądze wierzycielom.

 

Ksiądz nie oddał, więc nakazał mu to sąd

Mimo obietnic złożonych przed księdzem biskupem i zobowiązania, które podpisał, ksiądz Grzegorz G. nie uregulował długu wobec Marii Janiny Pankowskiej-Chirek do końca sierpnia 2010 r. Kiedy minął ten termin, Andrzej Chirek powiadomił kurię, że na nic zdały się wszystkie wcześniejsze zabiegi podejmowane w celu odzyskania pieniędzy. Biskup oraz ksiądz kanclerz zaraz odpowiedzieli, że ksiądz Grzegorz G. otrzymał następne upomnienie, żeby dokonał zwrotu pieniędzy. (...) Prosimy, aby Pan ze swojej strony domagał się zwrotu pieniędzy od księdza (...) - zalecali biskup i ksiądz kanclerz Andrzejowi Chirkowi.
Ten tak też uczynił. We wrześniu 2010 r. poszkodowana udzieliła pełnomocnictw radcy prawnemu Arturowi Leśnemu z Torunia do reprezentowania jej w sprawie przeciwko Grzegorzowi G. o zapłatę przed wszelkimi organami i sądami.

- Wtedy jeszcze nie myślałem o zgłoszeniu sprawy na policję w celu ścigania przestępstwa wyłudzenia z oskarżenia publicznego. Chodziło mi przede wszystkim o moją mamę. Ona i tak ledwo ledwo, po długich namowach zdecydowała się opowiedzieć mi, co się stało w związku z zażyłością, na którą pozwoliła księdzu wikariuszowi. Wiedziałem, że teraz przesłuchiwania na policji, czy przez prokuratora i fakt, że to wszystko przeciwko księdzu, który z samej instytucji kapłana dla niej był od dziecka kimś więcej niż zwykłym człowiekiem, to mogłoby się niekorzystnie na niej odbić. Choć teraz myślę, że jednak chyba trzeba będzie powiadomić o tym prokuraturę i policję, bo egzekucji długu wciąż nie ma. Mam wiedzę, że ksiądz podejmował inne próby wyłudzania pożyczek od parafian (nam udało się ustalić jednego mieszkańca Barcina, który uległ namowom wikariusza i pożyczył mu kilkaset złotych. Nie mniej jednak ten wierzyciel nadal liczy na to, że dogada się z wikariuszem w sprawie uregulowania długu, dlatego nie chce, aby podawać jego nazwisko - przypis kg). Teraz może być taka sytuacja, że przyciśnięty do muru egzekucją spłaty, zacznie znów chodzić po mieście, jak to robił wcześniej i namawiać ludzi do dania mu pieniędzy. W ten sposób znalazłby kwoty na spłatę dotychczasowych długów, czyli w tym tych wobec mojej mamy. Jednak nie chciałbym, żeby to się stało kosztem kolejnych oszukanych. Wciąż się zastanawiam nad tym, czy iść już do prokuratury, czy jeszcze nie. Nie wiem, czy to już jest tylko sprawa między dłużnikami, czy już podlega pod kodeks karny - opowiada Andrzej Chirek. Sądzi, że gdyby tak uczynił, to wówczas ksiądz Grzegorz G., jako podejrzany o dokonanie oszustw (wyłudzeń) mógłby być ścigany z artykułu 286 kodeksu karnego i groziłaby mu kara do 8 lat pozbawienia wolności.

Prokurator Jan Bednarek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy powiedział, że może być ta sprawa rozpatrywana pod kątem możliwości złamania przepisów także kodeksu karnego, a konkretnie właśnie artykułu 286. Według Jana Bednarka, o podejrzeniu popełnienia oszustwa możemy mówić zwłaszcza w przypadku, gdy zapożyczający się mówił swojemu wierzycielowi, że pieniądze są potrzebne mu na inny cel niż w rzeczywistości. Zawiadomienia prokuratorów w sprawie tego typu podejrzeń oszustw, gdy ktoś prywatnie pożycza i nie oddaje pieniędzy, zdarzają się często. Również bywa, że postępowanie cywilne jest dopiero preludium przed założeniem sprawy karnej, choć z reguły jest jednak odwrotnie: to sprawa karna zapoczątkowuje procesy cywilne wytaczane przez poszkodowanych. Co do egzekucji komorniczej, to Jan Bednarek przyznał, że w przypadku dochodów księży można zająć te, które są oficjalnie udokumentowane, czyli za prowadzenie lekcji katechezy. Jeśli wierzycieli, którzy uzyskali nakazy komornicze jest więcej niż dochodów dłużnika, to wierzyciele ci czekają w kolejce za wyegzekwowaniem długu.

Andrzej Chirek nie zdecydował się jeszcze z obawy na stres, któremu poddana byłaby w tym przypadku matka (przesłuchania, postępowanie sądowe), złożyć zawiadomienia w prokuraturze. Nie zawahał się jednak przed założeniem sprawy z powództwa cywilnego w sądzie. Z uwagi na to, że księża wikariusze nie mają stałego zameldowania w swoich aktualnych parafiach, tylko tam, skąd się wywodzą, to sprawa cywilna przeciwko Grzegorzowi G. została założona w Sądzie Rejonowym we Włocławku 4 stycznia 2011 r. Ksiądz Grzegorz G. zameldowany jest bowiem w Kowalu, a ta miejscowość jest w jurysdykcji włocławskiej.

Przewodniczący składu orzekającego w postępowaniu nakazowym niejawnym sędzia Piotr Wrzesiński 11 maja br. nakazał pozwanemu Grzegorzowi G., aby w ciągu 2 tygodni od dnia doręczenia mu nakazu zapłacił powódce Marii Janinie Pankowskiej-Chirek 30.000 zł wraz z ustawowymi odsetkami liczonymi od 1 września 2010 r. do dnia zapłaty oraz kwotę 2.792 zł tytułem zwrotu kosztów procesu.

 

Ksiądz Grzegorz odmawia komentarza

Z księdzem Grzegorzem G. trudno jest się spotkać. Udało się uzyskać jego numer telefonu komórkowego. Nie wiadomo jednak, czy nadal aktualny. Tak, czy inaczej, nikt nie odbierał, gdy pod ten numer telefonowaliśmy. Dzwoniliśmy również do drzwi domu parafialnego, w którym mieszka. O różnych porach dnia po kilka razy w poniedziałek i wtorek. Bezskutecznie. Ksiądz proboszcz powiedział nam, że również nie wie, czy ksiądz wikariusz jest w domu, czy go nie ma. Jest bowiem podejrzenie, że może być, ale nie otwiera drzwi.

Ksiądz proboszcz i ksiądz wikariusz raczej unikają też siebie nawzajem. W czasach, gdy proboszczem był ksiądz Rajmund Kołodziejczak, wikariusz i proboszcz mieszkali w jednym domu. Teraz księża mają swe mieszkania w niezależnych budynkach (parafia ma bowiem do dyspozycji dom po siostrach elżbietankach, które kilka lat temu mieszkały jeszcze w Barcinie). Nawet gdy koncelebrują mszę św., to z kościoła do domów nie wracają razem.

Wreszcie udało nam się spotkać księdza Grzegorza G. wychodzącego po odprawionej mszy św. nie przez zakrystię, a przez główne drzwi świątyni. Nie tracąc czasu zapytaliśmy, czy zechciałby odnieść się do sprawy. Nim jednak zdążyliśmy przedstawić, jaka to sprawa, to ksiądz stwierdził, że nie będzie odpowiadał. Zapytaliśmy, czy odda pieniądze, które zobowiązał się zwrócić Marii Janinie Pankowskiej-Chirek. Ksiądz jeszcze raz powtórzył, że nie powinno mnie to interesować, bo to prywatna sprawa. Zapytaliśmy, czy jako ksiądz nie jest osobą publiczną, bo naszym zdaniem tak. Również swego zdania w tej kwestii ksiądz Grzegorz G. nie wyjawił.

Cała ta krótka rozmowa miała miejsce na około 50-metrowej trasie od głównych drzwi kościoła do domu, w którym mieszka ksiądz. Szliśmy normalnym tempem, ale i tak w kilkadziesiąt sekund dotarliśmy na ganek księdza, więc siłą rzeczy nie było szansy na zadanie kolejnych pytań. Gdy wikariusz otwierał drzwi do swego mieszkania zauważyliśmy, że przecież dla dobra sprawy byłoby lepiej, gdyby przedstawił swoje zdanie na ten temat. Ksiądz stwierdził spokojnie: - Przed panem tłumaczył się nie będę - i zaraz drzwi za nim zamknęły się.

 

Aby uchronic innych

Ksiądz Grzegorz G., który wcześniej obiecywał biskupowi i zobowiązywał się na piśmie zwrócić pieniądze, złożył odwołanie od zapadłego w maju wyroku.

- Dobrze, że poszkodowani starają się odzyskać pieniądze w postępowaniu cywilnym, bo my, mimo naszych chęci, nie mamy takich narzędzi, żeby zmusić księdza Grzegorza do spłaty długu, który zaciągnął. Ksiądz biskup może teraz nałożyć na księdza Grzegorza sankcję karną wynikającą z prawa kanonicznego w postaci suspensy. To oznacza, że kapłan zostałby pozbawiony możliwości pełnienia posług. W takiej sytuacji nie miałby też dochodów, z których mógłby regulować wierzytelności. Oczywiście jest nam bardzo przykro, że tak się dzieje, bo zostało tutaj naruszone dobre imię Kościoła i nadwątlone zaufanie do niego, jako instytucji, a przede wszystkim ucierpieli ludzie - nasi wierni - powiedział ksiądz Zbigniew Przybylski.

Jedna z osób związanych ze świeckimi stowarzyszeniami współpracującymi z Kościołem w parafii pw. św. Jakuba powiedziała: - Jest to szok dla całej naszej parafii, zachowanie tego księdza. To moim zdaniem skandal na całą diecezję, albo i na dwie diecezje, bo oprócz naszej jeszcze na włocławską. Zachowanie księdza wikarego pod pewnymi względami od początku było dziwne. Bardzo zdziwił mnie podczas pierwszej swojej wizyty duszpasterskiej w naszym domu, czyli podczas kolędy. Otóż zaczął się dopytywać nas - domowników o status materialny i źródła dochodów jakichś parafian zamieszkałych w innej części miasta, pewnie ze 2 km od nas. Po co ten wywiad był mu potrzebny? Zwłaszcza, że jak się później dowiedziałem, tę technikę zbierania informacji o mieszkańcach stosował podczas kolędy również w wielu innych domach. Teraz okazuje się, że on po prostu zbierał informacje, kogo warto spróbować namówić do udzielenia mu pożyczki.

W tym miejscu zaznaczmy, że póki ksiądz ma możliwość wykonywania wszystkich sakramentów i pełnienia posługi, to nawet gdy nie uczy w szkole, albo na jego normalnych dochodach ciąży komornik, to ma jeszcze szanse jakieś przychody mimo wszystko osiągnąć. Chodzi tutaj o ofiary. O ile np. ofiary zbierane podczas mszy św. oraz ofiary za pogrzeby, czy chrzciny itd. są w dyspozycji proboszczów, to np. ksiądz wikary może udzielać sakramentów osobom chorym w ich miejscu zamieszkania. A wtedy przeważnie otrzymuje on od nich za tę posługę ofiarę do rąk własnych, o której wysokości tak naprawdę ksiądz proboszcz nic nie wie.

Pokrzywdzone finansowo osoby, z którymi rozmawialiśmy, zwracają się do tych, którzy mogą być proszeni przez księdza wikariusza o pożyczkę, aby rozważnie podejmowali swoje decyzje. O dalszym rozwoju tej sprawy będziemy informować.

Artykuł wyświetlono 3869 razy
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz
Mapa
Informacje o gazecie
Nazwa
Pałuki
Wydawca
Wydawnictwo Wulkan
Rok założenia
1991
Zasięg
powiat żniński
Nakład
6773

Jedynka gazety
Small
Najczęściej czytane
Częstochowską prostytutkę „Kobrę” znają wszyscy, a szczególnie...
Szok! Funkcjonariusze z kutnowskiej komendy w biały dzień mieli w...
Zaledwie 22-letni podróżnik wraz ze swymi dwoma towarzyszami marzył...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Najczęściej komentowane
Kutnowski szpital opanowała biała gorączka! Spółka, która po...
Trzy lata temu „Tygodnik Podhalański” opublikował fragmenty rozmowy...
80-letnia Barbara Maćkowiak czuje się oszukana przez...
Rada Wydawców Stowarzyszenia Gazet Lokalnych oświadcza, iż nie jest...
Pilska telewizja ujawniła niewygodne dla sędziego Mariusza Sygreli...
Najwyżej oceniane
Tylko do 21 października (piątek) 2011, do północy czekamy na...
Instytut Monitorowania Mediów ogłosił analizę częstotliwości...
Tereny pohutnicze zamiast „pracować” dla Częstochowy leżą odłogiem!...
W sobotę w Wągrowcu gościli Roman Czejarek oraz Sława Bieńczycka...
Józef Kinder w czasie pracy spadł z dachu. By ukryć wypadek, bez...